Politics

Ambasador Rosji oblany sztuczną krwią. „To jak prezent dla Putina” – Opinie




Atak na ambasadora Rosji


Nie trzeba było być Sherlockiem Holmesem, żeby domyśleć się, że ukraińscy aktywiści nie będą chcieli dopuścić do złożenia kwiatów w rosyjskim Dniu Zwycięstwa. Z góry też można było przewidzieć, że personel ambasady nie posłucha rekomendacji władz RP i Warszawy i będzie wręcz prowokował Ukraińców do ataku. Reżim Putina potrzebuje dowodów na to, że jest ofiarą – że Zachód, a w szczególności Polska, jako „sługus Zachodu”, zwierzęco wręcz nienawidzi Rosjan, nie szanuje rosyjskiej historii, rosyjskich dyplomatów, itd. Poniedziałkowy incydent w Warszawie zostanie wykorzystany jako dowód na poparcie tej tezy. Z czynownika Putina polskie władze zrobiły – mam nadzieję, że niechcący – „męczennika”.


„Ambasador zbrodniarza właśnie tego oczekiwał. Nie należało dawać mu satysfakcji, a bilet w jedną stronę. Pisowska ekipa wolała jednak, rękami swoich oficerów prasowych, robić z nim wywiady niż wydalić z Polski” – komentował wydarzenie Marek Belka, dziś europoseł, wcześniej premier i minister finansów.


Szefa MSWiA Mariusz Kamińskiego w dość pokrętny sposób próbował tłumaczyć zajście: „Zgromadzenie przeciwników rosyjskiej agresji na Ukrainę, gdzie każdego dnia dochodzi do zbrodni ludobójstwa, było legalne. Emocje ukraińskich kobiet, biorących udział w manifestacji, których mężowie dzielnie walczą w obronie ojczyzny, są zrozumiałe. Polskie władze nie rekomendowały ambasadorowi Rosji składania kwiatów 9 maja w Warszawie. Policja umożliwiła ambasadorowi bezpieczny odjazd z miejsca zdarzenia” – napisał na Twitterze.


Wyjaśnienia te uważam za, delikatnie mówiąc, niewystarczające. Przebija w nich też nuta pewnej satysfakcji z tego, co się stało. Owszem, emocje Ukrainek są zrozumiałe, ale indolencja władz i krótkowzroczność policji zrozumiała już nie jest. Mam wrażenie, że Kamiński, który swą polityczną karierę zaczynał od „zbezczeszczenia” pomnika wdzięczności Armii Czerwonej w 1981, gdyby mógł, to sam chętnie chlusnąłby farbą na Andriejewa.



Jakie mogą być skutki?


Rosjanie są pamiętliwi a w dyplomacji, podobnie jak i w innych dziedzinach polityki, stosują zasadę „dwoje oczu za oko, cztery zęby za ząb”. Należy się więc spodziewać, że ambasadora RP w Moskwie spotka niebawem coś jeszcze bardziej nieprzyjemnego niż to, co przydarzyło się Andriejewowi.


Całe szczęście, że ambasadorowi Federacji Rosyjskiej nie przytrafiło się dziś na cmentarzu coś gorszego. Strach pomyśleć o tym, gdyby np. ktoś ugodził go nożem, a ambasador wykrwawiłby się w drodze do szpitala. Nie chcę wywoływać wilka z lasu, ale jeśli Rosja będzie chciała zaatakować Polskę, to rosyjskie służby sprokurują do tego odpowiedni powód. Nie musi być on wcale związany z pomocą wojskową dla Ukrainy. Tak więc chrońmy rosyjskich dyplomatów dopóki są w Polsce, a najlepiej wydalmy ich do czasu zakończenia wojny.


Czytaj też: Rotfeld: Mądry Polak po szkodzie, tyle że szkody już mamy, a mądrości nie widzę



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.