Politics

Czy czeka nas 10 proc. inflacja? Czym różnią się inflacja producencka i konsumencka? – Biznes



Ta wzrosła w grudniu aż do 14,2 proc., czego nie notowano od 1997 r., czyli niemal od ćwierć wieku. Tymczasem większość ekonomistów spodziewała się jej lekkiego spadku, z 13,6 proc. w listopadzie. Nic z tych rzeczy, ceny na poziomie producentów i sprzedawców hurtowych nadal rosną.



Galop u producentów


Czym ta inflacja różni się od konsumenckiej, z którą mamy do czynienia podczas zakupów w sklepach czy w internecie, opłacając rachunki bądź korzystając z usług fryzjera?


Można powiedzieć, że jest to jej wcześniejszy etap. Wskaźnik cen dóbr produkcyjnych, zwany też PPI (od Producer Price Index) pokazuje bowiem, w jakim tempie rosną ceny sprzedaży produktów przemysłowych na różnych etapach procesu gospodarczego. Chodzi bowiem zarówno o ceny „przy wyjeździe z fabryki”, a więc tam, gdzie są wytwarzane, jak i te w obrocie między przedsiębiorstwami, zanim trafią przez sklepy i sieci handlowe do konsumentów.


Wyliczeniami wskaźnika PPI zajmuje się GUS, który co miesiąc zbiera dane dotyczące cen około 30 tys. produktów przemysłowych od ponad 3 tysięcy ich wytwórców i sprzedawców, dobranych według klucza branżowego. I przynajmniej od zeszłej wiosny nie ma dla nas dobrych wieści. Bo – poza nielicznymi wyjątkami, np. odzieżą – wzrost cen u producentów przyspiesza z każdym miesiącem i dotyczy praktycznie wszystkich sektorów.


W grudniu, podobnie zresztą jak w dwóch poprzednich miesiącach, największy galop cen (powyżej 50 proc. w skali roku) dotyczył produktów rafinacji ropy, a więc głównie paliw silnikowych. Ale rekordowe wzrosty, rzędu 20-30 proc. i więcej, dotyczyły też wydobycia kopalin i rud metali, energii elektrycznej i gazu oraz chemikaliów i wyrobów z drewna. Nieco tylko mniej, o kilkanaście procent, rosły ceny produktów z tworzyw sztucznych, gumy, papieru czy żywności. Słowem: niemal wszystkiego.



Wskaźnik wyprzedzający


Ceny surowców, komponentów czy towarów od przedsiębiorców nie zawsze mają bezpośrednie przełożenie na poziom cen w sklepach. Zależy to m in. od struktury gospodarki, jej uzależnienia od importu czy choćby konkurencji na rynku. Zdarza się bowiem, że producenci wyrobów finalnych czy same sieci handlowe, długo nie podnoszą cen proporcjonalnie do wzrostu cen nabywanych surowców czy towarów, obawiając się utraty klientów. Biorą te dodatkowe koszty „na klatę”, zmniejszając po prostu marżę swojego zarobku.


W takiej sytuacji PPI może gwałtownie rosnąć, ale wskaźnik cen detalicznych (CPI) odzwierciedla to w małym, czasem znikomym wręcz stopniu. Krótko mówiąc, inflacja producencka nie przekłada się na konsumencką. W niektórych krajach rozbieżności są rażące. Na przykład w Niemczech PPI bije ostatnio historyczne rekordy (ok. 24 proc.) a inflacja detaliczna dopiero przekroczyła 5 proc. W Norwegii, Chinach czy Japonii kontrast jest jeszcze większy, o czym decydują ceny surowców, energii i paliw.


Czy to obniża rangę tego barometru wzrostu cen dóbr przemysłowych? Nic bardziej mylnego. PPI to jeden z kluczowych mierników inflacji, zwłaszcza jako tzw. wskaźnik wyprzedzający, sygnalizujący presję na wzrost cen detalicznych. Nad Wisłą widać to ostatnimi czasy w sposób wręcz modelowy.


Gdy wiosną zeszłego roku indeks cen producentów zaczął już wyraźnie rosnąć, osiągając w kwietniu 5,5 proc., inflacja konsumencka była jeszcze na „akceptowalnym „poziomie” ok. 3 proc. Zaczęła wyraźnie rosnąć dopiero u progu wakacji, gdy PPI przekraczał już 8 proc. w skali roku. W kolejnych miesiącach ceny sprzedaży w przemyśle też wyraźnie „ciągnęły” te detaliczne, wyprzedzając ich wzrost o ok. 3 p. proc. Ostatnio ten dystans jeszcze się powiększył, z indeksem PPI 14,2 proc. wobec 8,6 proc. inflacji konsumenckiej.


Czy przy takiej eksplozji cen u producentów można mieć złudzenia, że w kolejnych miesiącach wzrost cen detalicznych wyhamuje, nie mówiąc już o ich spadku? Znacznie bardziej realne wydaje się rychłe – jak nie w styczniu, to w lutym – przebicie przez CPI psychologicznej bariery 10 proc. Sygnałem zmiany trendu inflacji byłaby dopiero trwalsza obniżka „wskaźnika wyprzedzającego”, czyli właśnie PPI. A na to na razie widoków nie ma.



Co to oznacza dla naszych kieszeni?


Ale dynamika zmian cen produkcji sprzedanej przemysłu nie tylko sygnalizuje trend cenowy w sklepach. W większości krajów wpływa też na decyzje banków centralnych, które przy wyraźnym i trwałym wzroście PPI zacieśniają zwykle swą politykę pieniężną, co oznacza podwyżki stóp procentowych. Wiele wskazuje, że to właśnie przyspieszający jesienią wzrost cen u producentów okazał się czynnikiem, który, obok wzrostu inflacji bazowej, spowodował dość nagłą zmianę postawy prezesa NBP Adama Glapińskiego, wcześniej broniącego się rękami i nogami przed zmianą najniższych w historii stóp procentowych nad Wisłą.


Od początku października, gdy indeks PPI przekroczył pułap 10 proc., podnoszono je już jednak trzykrotnie. A niedawno, znając już zapewne szacunki grudniowego wzrostu cen produkcyjnych, Glapiński stwierdził wręcz, że stopy procentowe mogą wzrosnąć do poziomu wyższego, niż oczekuje tego rynek. Co mogłoby oznaczać podniesienie w tym roku stóp nawet powyżej 4 proc.


Wzrost cen producentów niesie więc podwójne ryzyko. Z jednej strony zapowiada dalsze podwyżki cen w detalu, bijąc w konsumentów. Z drugiej wzrost stóp procentowych, a zatem i rat kredytów, które w pesymistycznym – ale jednak realnym – scenariuszu mogą się okazać nawet dwa razy wyższe, niż jeszcze latem ub. r. Miejmy więc nadzieję, że dane GUS o inflacji producenckiej za styczeń i luty nie będą już tak dramatyczne.


Czytaj więcej: Wszyscy zapłacimy za Polski Ład. Także ci, których rząd zapewnia, że na nim zyskają



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.