Politics

Czy w PRL-u żyło się lepiej? „Mam dość słuchania takich bzdur” – Społeczeństwo




Cudowne lata PRL? Bzdura


Słyszałam już wiele bzdur na temat życia w czasach PRL-u, ale ta jest jedną z większych. Wygłaszanie jej jest tym dziwniejsze, że przecież to nie jest prehistoria. Socjalizm w Polsce skończył się – i dobrze – zaledwie trzydzieści kilka lat temu, ale wciąż żyją ludzie, którzy tamten czas pamiętają. Wystarczyłoby ich zapytać, jak naprawdę było, porównać to z własnymi wyobrażeniami na temat cudownych lat PRL-u. Ale nie, z boomerami pan Tymoteusz Kochan nie rozmawia. To przecież libki, które nic nie rozumieją i żyją w błędnym przekonaniu, że wszystko w życiu osiągnęli sami, dzięki własnej pracy, „wręcz pomimo wrogów”, jak w innym tweecie ironizuje pan Kochan.


Marksistowski filozof ma rację, że parę rzeczy się w PRL-u udało. Bezpłatna edukacja, która takim jak ja dzieciom z robotniczych rodzin dawała szansę na ukończenie studiów. Służba zdrowia też bezpłatna, ze słynnymi gabinetami stomatologicznymi w każdej szkole i regularnie powtarzaną fluoryzacją, która miała powstrzymywać próchnicę. Nie zawsze jej się to udawało oczywiście. I tak, za darmo można było dostać aparat korekcyjny na zęby, taki ruchomy, który trzeba było nosić dzień i noc, więc dzieciaki nie nosiły. Bo się tych aparatów strasznie wstydziły.


I oczywiście mieszkania spółdzielcze, które przez jakiś były rzeczywiście relatywnie dostępne i tanie. Ale nie darmowe, jak próbują nam wmówić niektórzy apologeci socjalizmu. I nie czekające na każdego i przydzielane od ręki, jak twierdzą ci wszyscy, którzy dzisiaj tak tęsknią za czasem, o którym tak naprawdę nie mają pojęcia.


Moi rodzice – oboje chłopo-robotnicy – latami wynajmowali pokoje przy starszych ludziach, zanim wreszcie dostali swoje pierwsze M-3: dwa niewielkie pokoje na szóstym piętrze wieżowca z wielkiej płyty. Kiedy urodziły im się moje młodsze siostry bliźniaczki, złożyli do spółdzielni wniosek o zamianę mieszkania na większe. Dostali je wyłącznie dlatego, że ja śpiewałam w utrzymywanym przez spółdzielnię zespole wokalno-tanecznym, oczku prezesa. Prezes więc, po znajomości, tym słynnym wynalazku PRL-u, bez którego nie dało się wielu rzeczy załatwić, podpisał wniosek, dał większe mieszkanie. I nie ukrywał, że to z powodu mojego śpiewania, które mu się podobało.


Potem rodzice co miesiąc odkładali na książeczkach mieszkaniowych dla mnie i dla moich sióstr. Mieli nam uzbierać na kawalerki, po latach dostali rekompensatę, jakieś marne grosze. Więc pierwsze mieszkanie kupiłam już po ślubie, za pieniądze od koreańskich teściów. Za to, co dostałam po rozwodzie, wpłaciłam zaliczkę na mniejsze, a kredyt będę spłacać jeszcze długo po przejściu na emeryturę. Ja, urodzona w głębokim PRL-u przedstawicielka libków, boomerów, ludzi, co wszystko od państwa dostali, a teraz na to plują. Zamiast tęsknić za czasami niesłusznie minionymi.



Tęsknota? Tylko za młodością


Przyznaję, że czasem tęsknię za PRL-em. W końcu to był czas mojej młodości, tej wczesnej – licealnej i tej późniejszej, studenckiej. Czas pierwszych miłości i kasztanów w maju, które najpierw straszyły zbliżającą się maturą, a potem były znakiem, że wiosna w pełni, zaraz lato i wakacje. Tak, czasem tęsknię za PRL-em.


Ale nigdy, przenigdy nie powiedziałabym, że był on dobry. I nie znam nikogo, kto by wracał do niego z sentymentem wynikającym z czegoś innego, niż tylko nostalgia za czasem niesłusznie minionym. Niesłusznie tylko dlatego, że jak już dawno ustalono, człowiek młody jest tylko raz. A potem się już wyłącznie starzeje.


Moja i moich przyjaciół młodość byłaby znacznie piękniejsza, gdybyśmy nie żyli z głębokim przekonaniem, że w państwie PRL nie ma dla nas przyszłości. „No future” – pisaliśmy na murach i w tamtym czasie to była prawda. Planowaliśmy studia, z reguły humanistyczne, i wiedzieliśmy, że po ich skończeniu nie będzie na nas czekać żadna praca. Żaden bezpieczny etat w wyuczonym zawodzie, jak fantazjuje Tomasz Kochan, żadna fucha, z której dałoby się utrzymać. Uczyliśmy się więc angielskiego, francuskiego, czasem niemieckiego, bo to dawało możliwość udzielania dzieciakom korepetycji. Bo korepetycje to nie jest wymysł kapitalizmu, w PRL-u też miały się całkiem nieźle, a nam ratowały skórę, pozwalały czasem kupić sobie coś w tych ekskluzywnych sklepach nazywanych Pewexami. Wystarczyło wymienić złotówki na dolary albo na bony o niemal tej samej co amerykańska waluta wartości.


I szczerze? Nie tęsknię za tym ówczesnym powiewem luksusu. Ani za codziennym życiem w kraju, w którym pachnący dezodorant i ładna czarna kredka do oczu to luksus, na który można sobie pozwolić, jak człowiek ma rodzinę za granicą, która przez znajomych przysyła walutę. Albo jak się urobi po pachy, ucząc popołudniami cudze dzieci gramatyki różnych obcych języków.


Nie wzdycham też do czterech lat liceum, które przechodziłam w jednej granatowej, plisowanej spódniczce. Bo w sklepach nie było właściwie żadnych towarów, a w miarę ładne ciuchy na tzw. tandecie, jak nazywano w Krakowie plac z przywożonymi z Zachodu towarami, kosztowały tyle, że żadne korepetycje nie wystarczały. Za miesiąc tyrania w myjni samochodowej albo jako pokojówka w hotelu można sobie było kupić kolorową, modną spódnicę. Albo podkoszulek. Jednego i drugiego już nie trzeba było wybierać.


Albo te zagraniczne wyjazdy: trzeba było prosić o paszport i nie zawsze się go dostawało. Mnie się nie udało, kiedy w wieku 18 lat chciałam pojechać do wujka w Belgii. Pojechałam dopiero rok później i byłam tak oszołomiona bogactwem wszystkich towarów, że przez miesiąc chciałam tylko sklepy zwiedzać, chociaż oczami się nachapać. I jadłam wszystko, co mi dawano, tak zachłannie, że wróciłam o kilka kilo grubsza. W Polsce tego wszystkiego nigdy nawet nie spróbowałam.


Z tamtych czasów pamiętam głównie ohydny smak importowanego żółtego sera. I smętny widok butelek octu stojących na pustych sklepowych półkach. I stanie w wielogodzinnych kolejkach po papier toaletowy i wszystkie inne towary, które przychodziły w ilościach zbyt małych, by wystarczyło dla wszystkich. A później były kartki na mięso, cukier i inne towary odważane z aptekarską precyzją. Jak zgubiłeś kartkę, nie jadłeś, byłeś konsumpcyjnym nędzarzem. Czarnego rynku żywności, o ile pamiętam, nie było. Tylko kiełbasa w słoikach przywożona z wiejskiego uboju.


Owszem, tęsknię za czekaniem przez całą noc przed sklepem GS-u we wsi mojej babci na chleb, który przywożono rano i zawsze go było za mało. Ale to znowu jest nostalgia za czasem niesłusznie minionym, bo nigdy potem już nie byłam beztroskim dzieckiem, które razem z kolegami bawi się w kilkunastogodzinne czekanie w kolejce.



Strach i upokorzenie


To, o czym zapominają apologeci PRL-u, to fakt, że te wszystkie braki, ten brak perspektyw, były okropnie poniżające. Byliśmy biedni, spędzaliśmy czas w kolejkach, choć w tym czasie powinniśmy byli czytać książki. Niektórzy z nas razem z rodzicami roznosili ulotki z hasłami wrogimi wobec socjalistycznej władzy, więc do zwykłego zestawu uciążliwości życia dochodził jeszcze strach: czy milicja obywatelska nie zatrzyma, czy socjalistyczna szkoła nie wyrzuci z wilczym biletem, przekreślając marzenia o studiach.


Bo innych marzeń w sumie nie mieliśmy. Nie mogliśmy, byliśmy przecież pokoleniem „No future”, bez przyszłości.


I bez względu na to, jak bardzo się to nie podoba apologetom PRL-u, to transformacja dała nam szansę na przyszłość. Na zbudowanie przyzwoitego życia, w którym rzeczywiście sukces w dużej części zależał od nas. Od naszej ciężkiej pracy.


I to wcale nie jest tak, że chcemy te nowe czasy wychwalać pod niebiosa, że cieszymy się każdym ich wymiarem. My widzimy, że zrobiły z nas wiernych wyznawców kultury zapierdolu, odebrały czas, który należał się naszym dzieciom. I że mając po pięćdziesiąt kilka lat dostaliśmy od młodszych ludzi rolę starych, głupich boomerów, którzy nic nie rozumieją. I którzy bezrozumnie wychwalają kapitalistyczny system, co tak wielu Polakom tak wiele odebrał. Bezpowrotnie i niesprawiedliwie. Widzimy tę kulejącą państwową ochronę zdrowia i prywatne abonamenty medyczne. Wiemy, co się stało z pracownikami PGR-ów i dlaczego w szkołach nie ma dentystów. I zgadzamy się, że mieszkanie jest prawem, nie luksusem.


Tak, my to wszystko widzimy i wiemy. I rozumiemy nawet tę nostalgię z PRL-em, sami ją czasem czujemy. Ale nie zgadzamy się na to, by o tamtym czasie opowiadać takie piramidalne bzdury, jak ta, że mieszkania każdy dostawał za darmo, wystarczyło wyciągnąć rękę. I że każdy trzymał w wersalce ogromne zapasy cukru, bo jeśli nawet trzymał, to nie dlatego, że był zachłanny, tylko dlatego, że bał się, że za chwilę cukru zabraknie, nie posłodzi sobie herbaty.


To dlatego tak się irytujemy, gdy słyszymy peany na cześć Gierka, a nawet, jak ostatnio, Bieruta. I gdy ktoś przekonuje, że PRL to był czas sprawiedliwości i dobrobytu, a teraz zgnilizna moralna i nierówności społeczne. Bo to po prostu nie jest prawda i wystarczyłoby zapytać tych, którzy pamiętają.


Ale nie, boomerów się nie pyta. Oni głupi są, niczego nie rozumieją.



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close