Politics

Drożyzna, podwyżki cen prądu i gazu, pandemia. Jak Polacy spędzą tegoroczne święta? – Społeczeństwo



Portfele ludzi i tak zostały już uszczuplone przez pandemię i związane z nią wyzwania, jak mniejsze wpływy z biznesu czy wydatki na sprzęt elektroniczny potrzebny do pracy i nauki zdalnej. Teraz z przerażeniem patrzą na rachunki po zakupach. Szymon tuż przed pandemią odszedł z dobrze płatnej posady, żeby za mniejsze pieniądze spróbować swoich sił w branży gamingowej.


– Wracam do starej roboty. Co mi z rozwoju, jak teraz za zwykłe zakupy spożywcze wykładam z 300 złotych i prawie nic w tym koszyku nie ma? – mówi.


Niedługo będzie znów lepiej zarabiał, ale i tak myślą z partnerką, by wyprowadzić się poza Warszawę. W małych miastach taniej. – O ile oczywiście pozwolą mi pracować zdalnie, bo z dojazdami przy tych cenach paliwa, to sobie nie wyobrażam – podkreśla Szymon.


Dodaje, że już się boi, ile wyda na dojazd do domu rodzinnego na święta. Ma do pokonania 380 kilometrów, więc to będzie lekko licząc 170 złotych w jedną stronę. – Głowa mnie boli, jak o tym myślę. Ta nowa-stara praca od lutego dopiero, a jakoś trzeba dotrwać do tego momentu – martwi się.



„Powiedzą, że zniszczyłam im święta”


Swoje zmartwienia ma też Jolanta. Tak się utarło, że święta są co roku u niej. Z mężem i córką mieszkają w dwupiętrowym domu, więc to naturalny wybór, skoro cała reszta rodziny żyje w mieszkaniach. U Joli jest przestronnie, wygodnie, wszyscy się zmieszczą i mają gdzie spać. Jest jednak jeden minus: to ona z partnerem ponoszą większość kosztów. Oczywiście, każdy przywozi ze sobą jakieś danie, ale jednak główny ciężar przygotowań i zakupów leży na niej. Jak się zjeżdża szesnaście osób, to koszty robią się zatrważające.


– Teraz, jak wszystko podrożało, po prostu tego nie dźwignę. Mąż ma firmę eventową, która mocno odczuła skutki pandemii. Długo nie odbywały się żadne imprezy, więc i nie było wpływów. A ja pracuję, jako nauczycielka, więc może sobie pani wyobrazić, jakie to są zarobki. Finansowo to mąż nas dźwiga – mówi. Ustalili, że w tym roku świąt nie zorganizują, bo zwyczajnie nie mogą sobie na to pozwolić. „Suche” miesiące w firmie zjadły też znaczną część ich oszczędności.


Jola czuje się, jakby miała sprawić ogromny zawód swojej rodzinie. Dlatego telefon ze smutnymi wieściami odkłada, jak tylko może. – Wiem, że im szybciej dam im znak, tym lepiej. Ale cały czas znajduję sobie jakieś wymówki, by nie dzwonić. Boję się, że powiedzą, że zniszczyłam im święta. Matka to na pewno tak powie. Od zawsze słyszę od niej, ile to rzeczy mogłabym robić lepiej. Więc teraz się pewnie dowiem, że mogłam się przygotować, odłożyć, że bliskich na lodzie zostawiam – wzdycha Jola.



Prezenty na kredyt


Marta pracuje w marketingu. Zarobki więcej niż przyzwoite, ale jak większość – odczuwa to, co się dzieje w sklepach. Ma jednak postanowienie – nie przejmować się inflacją. – Nie będę rezygnować z obchodzenia Bożego Narodzenia, nie mam zamiaru oszczędzać na prezentach. To jest dosłownie mój ukochany czas w roku i żadne finansowe trudności mi w tym nie przeszkodzą – wyjaśnia.


Chce, żeby było z przepychem, wymarzonymi podarunkami za kilkaset złotych. Wzięła więc pożyczkę na 10 tysięcy. Zrobiła też część zakupów, korzystając z nowej opcji, którą daje coraz więcej sklepów internetowych: możliwości zapłaty za 30 dni.


– Uznałam, że to nie jest kredyt na grubą kasę, żebym miała mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. A tak przynajmniej święta uratuję. Ja chodziłam do takiej prestiżowej szkoły… Rodzice uciułali z pensji, żeby mnie tak posłać. Ale odstawałam i zawsze zazdrościłam koleżankom, jak się chwaliły świątecznymi prezentami. Zmyślałam, że też dostałam ich dużo. Wyśmiałyby mnie, gdyby się dowiedziały, że pod choinką znalazłam skarpety i książkę. Nie chcę takich doświadczeń fundować moim dzieciom, więc będzie na bogato. Raz w roku można sobie pozwolić, prawda? – dopytuje, jakby szukała potwierdzenia.


Marta nie jest jedyną, która zdecydowała się na pożyczkę czy opcję „zapłać później”. Ekonomista Marcin Zieliński z Forum Obywatelskiego Rozwoju wyjaśnia, że chociaż nie da się określić, jak dokładnie obecna inflacja wpływa na zachowania konsumenckie, to jednak widać, że Polacy więcej się zadłużają w ostatnim czasie.


– Trudno jednak powiedzieć, w jakim stopniu wynika to z samej inflacji, a na ile z przesunięcia się handlu do Internetu, za pośrednictwem którego kupujemy coraz więcej rzeczy. Kupując np. ubrania, często zamawiamy po kilka sztuk w różnych fasonach i rozmiarach, aby je przymierzyć w domu i odesłać te, które nam nie pasują. Same sklepy ułatwiają takie działania, oferując poza darmową przesyłką także bezodsetkowe odroczenie płatności. I kupujący, który skorzysta z tej usługi, zadłuża się – wyjaśnia.


Ekspert podkreśla jednak, że korzystanie z tej opcji też nie musi się wiązać ze wzrostem inflacji konsumenckiej. Tymczasem ta wynosi już 7,8 proc i bardzo możliwe, że jeszcze w tym miesiącu przekroczy próg 8 procent. Z czego to wynika?


– Czynniki możemy podzielić na te zewnętrzne, niezależne od polityki prowadzonej przez nasz rząd i bank centralny oraz wewnętrzne. Zewnętrznym czynnikiem jest na przykład wzrost cen energii na rynkach międzynarodowych. Wewnętrznym czynnikiem jest z kolei osłabienie złotówki – przez co wysokie ceny surowców w dolarach przekładają się na jeszcze wyższe ceny w złotych. To pochodna m.in. tego, że Narodowy Bank Polski prowadził politykę osłabiania kursu walutowego w celu wsparcia eksportu. Wpływa też na to niska wiarygodność NBP czy rządu – nawet zapowiedzi decydentów o chęci umocnienia złotego nie wpłynęły długotrwale na rynek – opowiada Zieliński.


I dodaje: – Kolejnym czynnikiem wewnętrznym jest polityka fiskalna polskiego rządu, która od dłuższego czasu opiera się na rozdawnictwie. Teraz inflacja występuje na całym świecie, ale w większości miejsc jest przede wszystkim efektem luźnej polityki monetarnej, polegającej na pompowaniu ogromnych pieniędzy w gospodarkę w odpowiedzi na kryzys towarzyszący wybuchowi pandemii wiosną 2020 roku. W Polsce mieliśmy podwyższoną inflację jeszcze przed wybuchem pandemii, już wtedy była znacząco wyższa niż w większości krajów europejskich.



Oszuści korzystają z niepewności


Rząd zapowiada kolejne podwyżki stóp procentowych, które mają pomóc opanować sytuację. Zanim jednak odczujemy skutki tych decyzji, może minąć pół roku albo i rok. – Trzeba być przygotowanym na to, że inflacja przez najbliższe 12 miesięcy będzie utrzymywać się na poziomie wyższym od celu inflacyjnego – mówi Zieliński.


Zaznacza też, że „wysoki wzrost cen przekłada się na wyższe wymagania co do wzrostu wynagrodzeń, co z kolei generuje większe koszty dla przedsiębiorstw, które próbują je przerzucić na konsumentów. Ta spirala płacowo-cenowa może sprawić, że efekty podwyżek stóp procentowych będą odłożone w czasie”.


Niektórzy, żeby ochronić swoje oszczędności, decydują się wymienić złotówki na inne, bardziej stabilne waluty. Według Zielińskiego taki ruch może być ryzykowny.


– Jeśli mamy odłożone np. 20-30 tysięcy złotych na lokacie czy w obligacjach skarbowych i mają nam one posłużyć w razie utraty pracy, czy na nagły duży wydatek, to można myśleć nad bardziej ryzykownymi formami lokowania oszczędności. Jeżeli jednak kupujemy euro czy dolary teraz, a pieniądze będą nam potrzebne za pół roku czy rok, to może okazać się, że przez ten okres stracimy. Może się zdarzyć, że złoty umocni się po kolejnych podwyżkach stóp procentowych, co sprawi, że nabyte euro czy dolary będą warte w przeliczeniu na polską walutę mniej – wyjaśnia.


Co w takim razie robić? – Dobrze jest szukać promocji, jak możemy coś kupić taniej i ufamy sprzedawcy, warto z tego korzystać. Jeśli zaś chodzi o same produkty oszczędnościowe, to lokaty w bankach wciąż oferują mniej, niż wynosi inflacja. Teoretycznie pomóc mogą antyinflacyjne obligacje skarbowe, które oferuje Ministerstwo Finansów, jednak trzeba pamiętać, że pierwszym roku nie uwzględniają one inflacji, a poza tym od odsetek trzeba zapłacić tzw. podatek Belki. Najbardziej wyczulonym trzeba być jednak na nowe produkty, które są teraz często reklamowane w internecie jako przynoszące bezpieczny zysk – różnego rodzaju pseudolokaty, które mogą być zwykłym oszustwem. Osoby je oferujące korzystają z panującej niepewności i tego, że ludzie się boją o swoje pieniądze – mówi Zieliński.



Traumatyzujące napięcie


Inflacja i pandemia to jednak nie tylko problemy finansowe. A raczej: kłopoty ekonomiczne – szczególnie w trakcie świąt – mogą prowadzić do innych trudności. Tych natury psychicznej. Z badań przeprowadzonych przez naukowców z Northwestern University Feinberg School of Medicine wynika, że długi oraz niepewność finansowa przyczyniają się do podwyższenia ciśnienia rozkurczowego krwi oraz ogólnego pogorszenia samopoczucia fizycznego i psychicznego.


– Dla części osób świąteczna gorączka nie jest w tym roku tak wysoka, jak zazwyczaj. Czują potrzebę, by znacząco ograniczać wydatki. Oczywiście jednym z powodów jest to, że produkty drożeją. Jednak przede wszystkim utrzymujący się klimat pandemii i niepewności finansowej, sprawia, że ludzie patrzą z trwogą w przyszłość. Dłużej zastanawiają się nad tym, jaki produkt wybrać i to nie ze względu na sam zdrowy rozsądek, ale lęk – mówi psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.


Wyjaśnia, że niepewność sprawia, że tracimy poczucie bezpieczeństwa. – Zaczynamy dużo rozmyślać, tworzymy czarne scenariusze. Do tego dokłada się pogoda – kolejny miesiąc bez słońca sprawia, że mamy gorszy nastrój. Od blisko dwóch lat świat dostarcza nam też kolejnych, dużych stresorów. Każdy dzień może przynieść złe informacje. To ciągłe, przewlekłe napięcie może być dla człowieka wręcz traumatyzujące – podkreśla.


Kucewicz zaznacza jednak, że są metody, które mogą pomóc w poradzeniu sobie z tą trudną sytuacją: – Możemy stworzyć dwie listy: rzeczy, na które mamy wpływ i tych, na które nie mamy. Tę drugą odkładamy do szuflady i zostawiamy. Pierwszą możemy rozpisać bardziej szczegółowo. Na przykład: mogę rejestrować wydatki, rozplanować co konkretnie chcę kupić, jakie są moje cele finansowe i oszczędnościowe. To pozwala poukładać sytuacje, zamknąć ją w jakichś ramach i tym samym odzyskać kontrolę. Poza tym warto zadbać o siebie behawioralnie: wysypiać się, nie siedzieć za dużo przed komputerem i być aktywnym fizycznie. Ćwiczenia dodają siły, energii i sprawiają, że jesteśmy bardziej kreatywni, a więc wymyślamy lepsze sposoby na radzenie sobie z rzeczywistością.


Według psychoterapeutki nieodzowne jest też wsparcie bliskich. Jeżeli mamy osoby, z którymi możemy porozmawiać, to warto z tego skorzystać. – Wyrzucić z siebie emocje, przegadać wyzwania. Jeżeli nic nie pomaga i czujemy, że zapadamy się w sobie wtedy dobrze zgłosić się do specjalisty – psychoterapeuty czy psychiatry – który przyjrzy się temu, jak się czujemy i zaproponuje jakąś formę pomocy – podsumowuje.


Czytaj także: Kraśko i nie tylko. W Polsce jest ciche przyzwolenie na łamanie przepisów drogowych. Efekt? Dużo trupów



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close