Politics

Inflacja i wysokie raty kredytu pogrążają PiS, które w końcu doczeka się swojego „zmień pracę, weź kredyt” – Opinie



– Moja siostra trzy lata szukała pracy i zarabia 2 tys. zł, jak ma kupić mieszkanie? – zapytał.


– Znaleźć inną [pracę], wziąć kredyt, mieć pracę. Bezrobocie spada w Polsce, a w Anglii idzie w górę – odpowiedział na to prezydent.


Być może w tym właśnie momencie Bronisław Komorowski przegrał wybory. PiS z niefortunnej wypowiedzi prezydenta wyciągnął maksimum politycznego kapitału. Słowa prezydenta, uproszczone do „zmień pracę, weź kredyt” weszły do języka potocznego i stały się – nie tylko w propagandzie PiS – symbolem oderwania elit PO od życia i problemów zwykłych Polaków. Niezależnie od tego czy cała akcja była czy nie była pisowską ustawką i czy prezydent był właściwym adresatem pytań o mieszkania i pracę.



PiSowcy wchodzą w buty byłego prezydenta


Latami propaganda partii rządzącej nieustannie nagłaśniała – często zmanipulowane – wypowiedzi polityków PO, mające udowadniać, że tak jak prezydent Komorowski nie rozumieją oni zwykłych ludzi, a nawet gardzą ich problemami. Politycy rządzącej partii sami pilnowali się też na każdym kroku, by nie powtórzyć gafy Komorowskiego.


Przynajmniej do ostatniego miesiąca. Bo gdy polityków PiS zaczęto intensywnie pytać o problemy kredytobiorców, którym raty wzrosły czasem nawet dwukrotnie, ich odpowiedzi były równie niezręczne, jak niesławna wypowiedź Komorowskiego.


– Trzeba ten bardzo trudny czas przeczekać. Ten rok będzie rokiem bardzo wysokiej inflacji – mówiła pytana przez „Super Express” o opinię na temat nowej podwyżki stóp procentowych była ministra pracy i polityki socjalnej Elżbieta Rafalska. – Mamy stabilny rynek pracy, co jest ogromnym atutem, rynek pracownika. Mamy rosnące wynagrodzenia – przekonywała polityczka. Zupełnie jak Bronisław Komorowski, tłumaczący młodemu człowiekowi rozważającemu migrację do Anglii, że bezrobocie przecież w Polsce spada, a w Anglii rośnie.


Tabloid nie omieszkał wypomnieć Rafalskiej, która karierę ministerialną porzuciła na rzecz etatu europosłanki, że w Brukseli jej zarobki sięgać mogą nawet 37 tys. brutto miesięcznie. Ktoś, kto z wygodnej posady z Brukseli, dysponując takimi dochodami, zachwala polski rynek pracy i rodzinom walczącym o związanie końca z końcem radzi „przeczekać”, łatwo może zostać uznany za oderwanego od życia aroganta.


Popis jeszcze większej arogancji dał – bez zaskoczenia, w swoim stylu – Marek Suski. Pytany o swoje rady dla kredytobiorców odpowiedział: „Niestety, jak się zaciąga kredyty, to się je spłaca”. Suski, według najnowszego dostępnego na stronach Sejmu oświadczenia majątkowego z końca kwietnia 2021, żadnych zobowiązań pieniężnych większych niż 10 tys. zł nie posiada. Ma za to prawie 100 tys. zł oszczędności i dom o wartości oszacowanej na 350 tys. zł (wspólnie z małżonką).


Czytaj też: Życie w kredycie. Rządowy plan dla kredytobiorców może skończyć się chaosem


Ponad dwadzieścia lat w polityce – Suski nieprzerwanie zasiada w Sejmie od 2001 roku – dało Markowi Suskiemu materialną stabilizację, jakiej wiele Polaków mogłoby mu pozazdrościć. Pytanie, jak wyborcy, którzy składają się w podatkach na jego pobory, przyjmą tego typu aroganckie pouczania.


Do tej trójki można by jeszcze dodać prezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Glapińskiego. Odkąd zaczął się problem rosnących cen, komunikacja szefa banku centralnego z opinią publiczną łączyła ze sobą skrajną arogancję i zupełnie niezrozumiałą beztroskę. Glapiński najpierw bagatelizował skutki inflacji, zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą, a potem niespodziewanie przemienił się w antyinflacyjnego „jastrzębia”.


Tak jak kiedyś bagatelizował drożyznę, tak dziś wydaje się lekceważyć skutki, jakie jego polityka wywołuje dla budżetu przeciętnego gospodarstwa domowego spłacającego kredyt. Choć wiele osób czeka na kolejne konferencje prasowe prezesa NBP z drążącym sercem i kalkulatorem w dłoni, on na każdej zachowuje się, jakby właśnie startował w konkursie dla gawędziarzy-amatorów na jakimś wakacyjnym maratonie kabaretowym.


Ludzie obserwujący, jak rata kredytu pochłania im kolejną porcję dochodów, mogą na to reagować wyłącznie gniewem. A że Glapiński jest powszechnie uważany za pisowskiego szefa NBP, rykoszetem oberwie też rządząca partia.



PiS-owi to wszystko jeszcze nie musi zaszkodzić…


Czy wobec tego możemy spodziewać się, że „dobre rady” Rafalskiej, bezczelność Suskiego czy dezynwoltura Glapińskiego staną się dla PiS takim samym źródłem kłopotów, jak dla Komorowskiego i PO słowa „weź pracę, zmień kredyt?”. Niestety, chyba nie do końca.


Od 2015 roku scena polityczna stała się znacznie bardziej spolaryzowana. PiS stworzył sobie wierny, połączony więzami plemiennej lojalności z partią elektorat, gotowy wybaczyć jej politykom bardzo wiele. Zwłaszcza brutalność wobec elektoratu innych formacji.


A można zastanawiać się, na ile problem rosnących rat kredytu hipotecznego dotyczy elektoratu PiS. Problem ten najbardziej odczuwalny jest dla klasy średniej na dorobku z większych miast. Tam ceny mieszkań są największe w kraju, by dostać kredyt i zrobić pierwszy krok na drodze do własności trzeba mieć – z perspektywy polskiej mediany – nienajgorsze dochody i odłożony wkład własny. Spłacający hipoteki trzydziesto- i czterdziestolatkowie z dużych miast to nie jest statystycznie grupa szczególnie chętnie głosująca na PiS.


Czytaj też: „SMS-y z banku są krótkie i straszne. To koszmar”


W poprzednich wyborach PiS wśród wszystkich grup wiekowych największe poparcie miał, według exit polls, wśród seniorów 60+ – 55 proc. Choć część z nich ciągle spłaca hipotekę, to nie jest to grupa najbardziej dotknięta tym problemem. PiS ma też elektorat raczej w mniejszych miastach – poniżej 200 tys. mieszkańców – i na wsi, gdzie w 2019 roku na partię Kaczyńskiego głosowało 56 proc. wyborców. Na tych obszarach problem mieszkaniowej drożyzny i rat kredytu jest nieporównanie mniej dotkliwy niż w wielkich metropoliach. Wreszcie, jeśli chodzi o kategorie społeczno-zawodowe wyborców, PiS przegrało z PO wśród właścicieli firm, dyrektorów, specjalistów i kierowników, wygrało za to zdecydowanie wśród rolników, bezrobotnych, emerytów i rencistów – grup, których przedstawiciele nie zawsze maja zdolność kredytową na zakup własnego lokum.


Być może PiS zakłada, że problem w tak małym stopniu dotyczy jego elektoratu, że nie warto się tu szczególnie pilnować. Jednocześnie gafy Suskiego i gawędy Glapińskiego mogą zmobilizować elektorat opozycji, by faktycznie w następnych wyborach zagłosował przeciw rządzącej partii. Tym bardziej, że zarówno PO, jak i Lewica dostrzegają problem i wyraziście upominają się o interesy zagrożonych zubożeniem przez politykę pieniężną NBP kredytobiorców.



…ale ktoś w końcu powie o jedno słowo za dużo


Przy tym wysokość rat nie jest dziś jedynym problemem dręczącym Polaków. Dochodzi do tego coraz bardziej odczuwalna drożyzna. A ta uderza przede wszystkim w statystycznie uboższy elektorat rządzącej partii.


Opozycja zauważyła już, że kwestie drożyzny, siły nabywczej gospodarstw domowych, sytuacja budżetówki, gdzie wynagrodzenia wolniej podążają za rynkiem niż w sektorze prywatnym, mogą stać się tematem numer jeden następnych wyborów. Ten temat sprawnie rozgrywa zarówno Lewica, jak i Donald Tusk, który od kilku tygodni konsekwentnie buduje nową polityczną narrację, skupioną na codziennych, bytowych problemach zwykłych Polek i Polaków.


PiS, co dość zaskakujące, nie ma na to dobrej odpowiedzi. Opowieści o „putinflacji” są nieprzekonujące, tym bardziej, że ludzie oczekują nie wskazania winnego, a rozwiązań. W sytuacji, gdy problem będzie narastał, a politykom PiS coraz częściej zadawane będzie pytanie jak przeżyć za polską pensję, ktoś w końcu powie o jedno-dwa słowa za dużo i efekt będzie podobny, jak z „dobrą radą” Komorowskiego o pracy i kredycie.



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close