Politics

Jak rozładowywać rodzinne napięcia? Można to zrobić w trzech krokach – Psychologia



Serialowa rodzina Pearsonów ma w tej kwestii ogromne doświadczenie. Odzwierciedleniem tego jest dialog, w którym ojciec zwraca się do dorosłego syna tuż po tym, jak podzielił się swoimi zmaganiami z młodości: „Cieszę się, że twoi teściowie (Pearsonowie) potrafią mówić o tym, co jest dla nich trudne, o rzeczach, które ich martwią. Szkoda, że ja tak nie potrafiłem. Chciałbym taki być”. W innej scenie, kiedy jednemu z bohaterów musi naprawić usterkę w domu, mówi o nich: „Nie mogę zadzwonić do teścia, choć pracował w budownictwie, ale wiem, co by było, gdyby przyjechał. Nie jestem dziś w nastroju na rozmawianie o moich uczuciach, potem płacz, a potem rozmawianie o moim płaczu przez te uczucia”.


Serial ten pokazuje mniej popularny sposób funkcjonowania w rodzinie. Bohaterowie i bohaterki rozmawiają o tym, co jest dla nich trudne w relacjach, konfrontują się ze swoimi wewnętrznymi stanami. Jednocześnie okazuje się, że umiejętność komunikowania i gotowość na doświadczanie swoich emocji wcale nie sprawia, że te relacje stają się bezproblemowe. Momentami może wydawać się, że problemów i konfliktów jest wręcz więcej niż w przeciętnej rodzinie, a my obserwując ich perypetie, czujemy ciężar i ból, jakiego doświadczają. Z czasem okazuje się jednak, że otwarta komunikacja, po serii gorzkich słów i morzu łez, kiedy upłynie wystarczająco dużo czasu, przynosi lekkość i uwalnia.



Gramy całą gamę uczuć


Samo hasło „negatywne emocje” nie kojarzy się dobrze w czasach, kiedy promowane są przede wszystkim te stany i doświadczenia, które sprawiają, że czujemy się dobrze. Najlepiej natychmiast. Jest to w jakimś sensie zrozumiałe – nasz mózg jest tak skonstruowany, żebyśmy robili rzeczy, które zwiększają nasze szanse na przyjemność. Czy więc chodzi o to, żeby tkwić w przyjemności najdłużej jak to możliwe? Odpowiedź nie jest taka prosta.


Po pierwsze, z perspektywy ewolucyjnej możemy powiedzieć, że wszystkie emocje – niezależnie, czy są przyjemne czy dostarczają nam bólu, są niezwykle istotne. Pozwalają nam dostosować się do otaczającej rzeczywistości, pomagają zrozumieć, czy dana sytuacja jest dla nas dobra, czy raczej powinniśmy znaleźć nowe, zupełnie inne rozwiązanie.


Kiedy np. stracimy pracę, na której nam zależało, to poczujemy smutek. Kiedy przyjaciółka bez wyraźnego powodu nagle przestanie odbierać od nas telefony, poczujemy ból, smutek, rozczarowanie. W ten sposób dostajemy informację, że coś dla nas ważnego się skończyło. Gdy ktoś przekroczy nasze granice albo obrazi nasze wartości, poczujemy zdenerwowanie albo złość. Te wszystkie reakcje to adekwatna odpowiedź na pojawiające się sytuacje, pozwalają nam się rozeznać w okolicznościach i podjąć działania, które będą miały sens.


Jeśli jesteśmy dojrzali emocjonalnie, będziemy doświadczać pełnej gamy uczuć, również tych negatywnych, nieprzyjemnych i wykorzystywać je przy podejmowaniu decyzji. Z drugiej strony, znaczna część z nas będzie starała się takie uczucia od siebie odsunąć, bagatelizując i starając się zagłuszyć sygnały płynące z ciała i umysłu. Możemy np. stwierdzić, że tak naprawdę wcale nie zależało nam na tej utraconej rzeczy czy osobie. Nie jest to jednak optymalne rozwiązanie. Przez chwilę poczujemy się lepiej, ale w perspektywie długofalowej możemy spodziewać się, że emocje będą się kumulować, a nawet powodować psychomatyczne reakcje ciała.



Wiem, co czuję


W badaniach, które pozwalają na obserwację reakcji fizjologicznych wynikających z odczuwanych emocji, pojawia się pewien paradoks. Okazuje się, że kiedy pojawia się w nas jakaś emocja negatywna, ale nie jesteśmy w stanie ich odpowiednio zidentyfikować i nazwać, to siła ich oddziaływania na nas będzie większa.


W badaniu prowadzonym przez psychologów Leonarda Berkowitza i Bartholomeu Tróccoli z 1990 r. poddano osoby badane procedurze wzbudzania emocji, a następnie proszono je o ocenę swoich emocji. W drugiej części badania część osób poproszono o określenie swojego stanu – nazwanie emocji, których doświadczają, natomiast druga grupa miała nie opisywać swojego stanu. W kolejnych badaniach realizowanych przez różne zespoły badawcze wykorzystywano emocje smutku, złości oraz stres, ale wyniki badań były bardzo do siebie podobne. W części z tych badań badacze przyglądali się reakcjom ciała osób badanych. Dlaczego? W badaniach nad emocjami często wykorzystuje się miary psychofizjologiczne, ponieważ pozwalają one na monitorowanie stanu danej osoby bez pytania ją o to, jak się czuje. W momencie, kiedy jesteśmy bardziej pobudzeni, aktywuje się nasz układ sympatyczny, który jest odpowiedzialny za wprowadzenie naszego ciała w stan gotowości do działania. Przejawia się to m.in.: przyspieszoną akcją serca, zwiększonym napięciem mięśni, przyspieszonym oddechem. Nasze ciało jest lepiej dotlenione, mięśnie są gotowe do działania. A to wszystko sprawia, że jesteśmy w stanie szybciej reagować na swoiste zagrożenie.


Wracając do wyników badań, u osób, które miały nazwać odczuwany stan – stwierdzić: ok, czuję się wkurzony, smutny itd., poziom pobudzenia fizjologicznego był niższy. Znacznie szybciej udawało im uspokoić się i wrócić do stanu sprzed badania niż osobom, które miały nie koncentrować się na emocjach. Oznacza to, że emocja, jakiej doświadczały, wygasała znacznie szybciej niż wtedy, kiedy nie dochodziło do świadomego określenia odczuwanego stanu.



Kula śniegu


Jak te wszystkie informacje przekładają się na nasze relacje rodzinne? Pomyślmy o przebiegu świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocnych, niedzielnych obiadów i innych okoliczności, przy okazji których spotykamy się w gronie rodziny – z rodzicami, rodzeństwem, dziadkami, ale również ciotkami i wujkami. W jaki sposób przebiegają nasze rozmowy, z jakimi emocjami te wydarzenia się nam kojarzą? Dla wielu z nas jest to wyjątkowo trudny czas. Odczuwamy napięcie, które pojawia się kilka, a czasami nawet kilkanaście dni przed spotkaniem. I choć z założenia ma być pozytywne – w końcu to spotkanie z bliskimi – to równolegle, wbrew naszym oczekiwaniom, pojawiają się emocje, z którymi nie umiemy sobie poradzić. Bo jak swobodnie biesiadować, rozmawiać, jeśli nosimy w sobie emocje, które mają swoje źródło w wydarzeniach z przeszłości? One są jak kula śniegu – toczy się, oblepia w kolejne warstwy, rośnie, aż w końcu nas przytłacza.


Inna sytuacja rodzinna to wspólne wyjazdy. Na początku panuje wspaniała atmosfera, wszyscy cieszą się, że mogą znowu się spotkać, wszystkim zależy, żeby wszystko się udało. Chociaż nie wszystko zawsze dobrze się między nimi układa, przecież rodzina jest najważniejsza i chodzi o to, by nie zdestabilizować tego wrażliwego, wypracowanego i złożonego z wielu strategii stanu. Do połowy wyjazdu wszystko toczy się jak w bajce. Tematy rozmów są lekkie, nikt nie porusza trudnych wątków, ciągnących się od lat na linii córka – matka, mąż – siostra, tata – syn, szwagier – teściowa. Pewnego dnia coś jednak pęka, coraz trudniej ustalić plan dnia, każdy ciągnie w swoją stronę. Dogadanie się i wypracowanie go staje się coraz trudniejsze, gdyż wymagałoby wejścia nieco głębiej, wysłuchania i wypowiedzenia swoich perspektyw. Wszyscy zaczynają chodzić jak na szpilkach, coraz bardziej niezadowoleni, odliczają dni do końca wyjazdu. I choć atmosfera jest niezwykle napięta, nikt z „aktorów” nie jest w stanie bezpośrednio skonfrontować się z narastającymi emocjami. Wszyscy boją się otwartego konfliktu.



Jak zostać Pearsonem


Pytanie zatem brzmi – jak rozładowywać konflikty na co dzień, nawet jeśli nie jest to łatwe, ale mierzymy się jeszcze z kulką śniegu, a nie kulą śniegową, czyli kiedy intensywność jest jeszcze umiarkowana. Czyli: Jak się stać Pearsonami z wspomnianego na początku serialu „This is Us”:


1. Skonfrontujmy się z trudną sytuacją. Doświadczajmy pojawiających się emocji.


2. Pomyślmy, że w tej sytuacji jest wzrost, że sygnały i odczucia płynące z naszego ciała i umysłu niosą ważną dla nas informację odnośnie obecnej sytuacji. Zastanówmy się, skąd się biorą i dlaczego pojawiają się właśnie w takim momencie.


3. Mówmy o swoich uczuciach. Starajmy się nie atakować drugiej osoby: „Jesteś taka a taka”, bo nie jesteśmy w stanie tego obiektywnie stwierdzić i nie jest naszą rolą w bliskich relacjach być sędzią. Ważne jest to, jak się czujemy w danej sytuacji z tą osobą. Tego możemy być pewni. Dlatego warto używać komunikatu Ja, który polega na tym, że na początku mówimy o swoich uczuciach, tłumaczymy drugiej osobie, co czujemy. Na przykład możemy powiedzieć: „Czuję złość, radość, smutek”. Następnie staramy się jak najbardziej obiektywnie opisać sytuację, w której doświadczamy tych emocji, mówiąc np. „Kiedy zostawiasz swoje naczynia na stole”; „Mówisz do mnie podniesionym głosem”; „Nie patrzysz na mnie, kiedy do ciebie mówię”. Na koniec warto powiedzieć o swojej potrzebie, np.: „Chciałabym, żebyś odpowiadał na moje pytania”; „Chciałbym, żebyśmy mogli o tym porozmawiać”; „Chciałabym, żebyśmy razem dbali o porządek w kuchni”.


I choć na początku może to wydawać się trudne, a nawet sztuczne, to po pewnym czasie taki sposób podkreślania swojego subiektywizmu w rozmowie z bliskimi może pomóc nam rozładować napięcia i zmienić sekwencje naszych interakcji. Ten nowy styl prowadzenia rozmowy może na początku prowadzić do odblokowywania się silnych, nagromadzonych przez lata emocji i bólu, ale w perspektywie długofalowej uwalnianie, akceptowanie i doświadczanie tego, co trudne pozwoli doświadczyć nowych poziomów relacji z naszymi bliskimi.


Czytaj też: Są znacznie spokojniejsze, niż w tym wieku byli ich rodzice. Dlaczego mimo to źle myślimy o nastolatkach?


Dr Olga Kamińska – neuropsycholożka, badaczka i wykładowczyni na Uniwersytecie SWPS. Zaangażowana w badania nad neuronalnym podłożem emocji, motywacji i bliskich związków. Prowadzi wykłady, warsztaty oraz swój podcast #Love. Miłość w XXI wieku



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.