Politics

Krzysztof Varga: Istotą węgierskiej duszy jest nieuleczalna melancholia. Esej – Świat




***


Orbán w swoim triumfalnym przemówieniu po ogłoszeniu wyników mówił, że walczył nie tylko z lewicą i Brukselą, ale także z Wołodymyrem Zełenskim, opowiedział się więc po stronie Rosji. Konflikt ukraińsko-węgierski tlił się od paru lat, co związane było z ukraińską ustawą zabraniającą posiadaczom podwójnego obywatelstwa pełnienia funkcji w administracji państwowej. Ustawa miała chronić państwo ukraińskie przed przejmowaniem go przez ludzi, którzy mają paszporty ukraińskie i rosyjskie. Jednak rząd Orbána, rozdający węgierskie dokumenty rodakom mieszkającym na Zakarpaciu, uznał za wrogi akt wobec Budapesztu.


Wyborca z Wielkiej Niziny wroga też chętniej zobaczy w Ukrainie niż w Rosji, co rozgrywał Orbán. Tyle że przed 24 lutego 2022 roku tarcia z Ukrainą można było uznać od biedy za przepychanki dyplomatyczne, lecz dzisiaj słowny atak na kraj broniący się przed barbarzyńską agresją znaczy, że Orbán staje obok Putina, tak jak Miklós Horthy 80 lat temu stanął obok Hitlera.


W wyborczy wieczór zrobiłem przegląd najważniejszych węgierskich portali internetowych, z których większość jest prorządowa (ludzie Fideszu mają w ręku 80 proc. wszystkich mediów). Głównie wałkowano informacje wyborcze, ale mnie interesowała wojna. To, co rzucało się w oczy na tych stronach w kilka godzin po ujawnieniu masowych mordów w Buczy, to oświadczenie Moskwy, że mamy do czynienia z prowokacją USA i NATO w celu zniszczenia reputacji Rosji. Chyba tylko portal 444.hu pokazywał prawdziwą skalę zbrodni i nie relacjonował rosyjskiej agresji jako – jak to nazwał Orbán – „wojny dwóch narodów, w której Węgry są po stronie Węgier”.


Czytaj też: Orban nie dowierza w rosyjskie zbrodnie w Ukrainie i sprzeciwia się sankcjom na Rosję



***


W drugiej połowie XV wieku, w czasach panowania króla Macieja Korwina, gdy Królestwo Węgier było u szczytu potęgi i biło Turków na Chlebowym Polu i pod Belgradem, istniała tak zwana Czarna Armia. Były to zawodowe, doskonale wyćwiczone, ale niezwykle drogie w utrzymaniu siły, dlatego ich kariera trwała ledwo 30 lat. I po latach zwycięstw przyszedł czas wielkiej smuty, który na dobrą sprawę, z niedługimi przerwami, trwał 500 lat.


Zwycięstwa Jana Hunyady’ego i Pála Kinizsiego to daleka przeszłość: imaginarium węgierskie tworzą przede wszystkim klęski i poczucie historycznej niesprawiedliwości, rozgoryczenie, że świat Węgrów nie rozumie albo lekceważy. Po XV-wiecznych wiktoriach przyszła katastrofalna bitwa pod Mohaczem w 1526 roku, której skutkiem była stupięćdziesięcioletnia niewola turecka, a później wpadnięcie w zależność od Habsburgów. A dalej zależność od Hitlera, od Stalina, a teraz – jak się okazuje – zależność od Putina.

Wyniki


Wyniki

Fot.: Newsweek


Największym jednak nieszczęściem jest trauma Trianonu i choć od podpisania upokarzającego traktatu w wersalskim pałacu minęły 122 lata, to Węgrzy wciąż mają w głowie to, że Siedmiogród, cała Słowacja, obecnie serbska Wojwodina, a także dziś ukraińskie Zakarpacie przez stulecia należące do Korony świętego Stefana zostały im odebrane arbitralnym wyrokiem zwycięskiej Ententy. Trianon był potworną ceną, jaką Węgry zapłaciły za bycie częścią C.K. Monarchii i za przegraną w I wojnie światowej. Poza granicami kraju zostało 2/3 dawnego terytorium i ponad trzy miliony Węgrów, a krwawa rana po tym wydarzeniu wciąż się nie zabliźniła. Trianon skutkował też kolejną węgierską tragedią – przyłączeniem się Królestwa Węgier, rządzonego przez regenta Horthy’ego, do II wojny światowej po stronie III Rzeszy, by w ten sposób odzyskać utracone ziemie. Słabo uzbrojone węgierskie wojska zostały wysłane na front wschodni, gdzie poniosły potworne straty, a do domu wróciły jedynie niedobitki. Horthy usiłował po tej klęsce lawirować między Berlinem a aliantami, co z kolei skutkowało obaleniem go przez Niemców i ustanowieniem na Węgrzech nazistowskiej dyktatury strzałokrzyżowców. Budapeszt po miesiącach oblężenia został zdobyty przez Armię Czerwoną, a że był stolicą wrogiego kraju, to zapłacił za to ceną masowych gwałtów na Węgierkach. Czy pamięć śmierci węgierskich żołnierzy na froncie i gwałtów popełnianych przez czerwonoarmiejców dziś wywołuje u wyborców Orbána strach przed wplątaniem w wojnę i poklask dla antyukraińskiej retoryki premiera?


Piszę o tym, bo Węgry miały w swoich dziejach okresy wielkości, wspaniałych zwycięstw, siły gospodarczej, spektakularnego rozwoju kultury i nauki, lecz zawsze ciążyły ku klęsce. I to pamięć klęsk formowała węgierskie myślenie o ojczyźnie. Aż do przyjścia Orbána węgierską narrację o polityce międzynarodowej można było określić słowami: jesteśmy małym krajem na peryferiach Europy, niewiele możemy zrobić, musimy dostosować się do większych i silniejszych. Orbán walnął pięścią w stół i zawołał: Nieprawda! Jesteśmy wielkim, dumnym narodem ze wspaniałą historią i nikt nie będzie nami kierował!


Już lata temu w czasie święta narodowego 15 marca (rocznica wybuchu rewolucji 1848 roku) stwierdził: „Nie będzie nam Bruksela mówiła, co mamy robić, tak jak kiedyś mówiły nam Wiedeń i Moskwa!”. Tyle że dziś Moskwa ma na premiera Węgier niepomiernie większy wpływ niż Bruksela, o Wiedniu nie wspominając.



***


W ostatnich wyborach w Budapeszcie miażdżąco zwyciężyła koalicja Wspólnie dla Węgier; Fidesz wygrał tylko w dwóch stołecznych okręgach, opozycja w 16. Ale wybory rozstrzygają się na węgierskiej prowincji, a nie w XIII dzielnicy Budapesztu, gdzie front opozycji zdobył 60 proc. głosów.


Lektura szczegółowych wyników wywołać mogła depresję. We wszystkich okręgach przy nazwiskach nowych posłów była niemal wyłącznie adnotacja „FIDESZ-KDNP”. Poza Budapesztem zalazłem ledwo pojedynczych opozycyjnych posłów. O, w moim ulubionym Peczu będzie jeden! W Szegedzie też jeden! Ale cały Debreczyn i okolice wzięte przez Fidesz. I nawet zachodnie Węgry, te przy austriackiej granicy, gdzie leżą Győr i Sopron – wszystkie w rękach Fideszu.


Warto zobaczyć mapę Węgier po wyborach, jaką można znaleźć w węgierskim internecie. Na zielono są miejsca, gdzie wygrała opozycja. Trzy zielone plamki oznaczają zamieszkaną przez ćwierć populacji Węgier aglomerację budapeszteńską oraz Pecz i Szeged, ośrodki uniwersyteckie. Wysepki w pomarańczowym oceanie – to od zawsze kolor Fideszu. Dziś ma on odcień brunatny, ale nie zajmuje to głowy wyborcy Fideszu, bo zyskał on dzięki Orbánowi dwie rzeczy: potężne transfery socjalne oraz poczucie godności. Godnościowa narracja premiera, przez ostatnie 12 lat implementowana do głów obywateli za pomocą propagandy telewizyjnej, radiowej, prasowej, internetowej, zrobiła swoje. Węgier wreszcie poczuł, że należy do wspaniałego narodu, że jego peryferyjność i przekonanie o byciu otoczonym przez wrogie żywioły nie skazuje go na poślednią rolę w wielkiej grze światowej.


Zresztą Orbán przez lata uważany był za jednego z rozgrywających w europejskiej polityce, widziano w nim silnego lidera potrafiącego sprawnie poruszać się w labiryntach brukselskich instytucji i umiejącego dogadać się ze Wschodem. Nie tylko PiS koronowało go na herolda przyszłej „Europy ojczyzn”. Dziś międzynarodowa reputacja Orbána leży w gruzach, ale nie zajmuje to węgierskiego wyborcy, o ile nie mieszka w stolicy.


Czytaj też: Ukraińskie elity mają być eksterminowane, a Ukraińcy cierpieć. Rosja od dawna przygotowuje grunt pod zbrodnie wojenne



***


Polacy często dziwią się, że tak wielu Węgrów popiera prorosyjski kurs Fideszu, a przecież bratankowie powinni pamiętać o stłumieniu przez Sowietów węgierskiego zrywu z 1956 roku. Ale tamten wstrząs przeżyli głównie mieszkańcy Budapesztu, którzy pisali na murach: „Ruscy do domu!”, nie zaś wszyscy Węgrzy. We wsiach, miasteczkach, miastach ledwo po minięciu granic stolicy znajdziemy częściej pomniki Trianonu, bohaterów I wojny światowej, rzeźby ukazujące świętego ptaka Turula, sięgające do pogańskiej przeszłości Węgier, gdy Madziarzy jeszcze mieli skośne oczy i wystające kości policzkowe, a w 896 roku zalali masą bitnego i okrutnego wojska Kotlinę Pannońską.


O ile na liberalnym, bywałym w Europie mieszkańcu Budapesztu (a i tak nie każdym) bombastyczna retoryka narodowa Orbána nie robiła wrażenia, to mieszkaniec prowincji poczuł się lepiej. Uznał, że ten azjatycki step, na którym żyje (puszta naprawdę jest pozostałością prawdziwego stepu), to wcale nie gorsza część świata niż to, co na zachód od Balatonu.


Żeby zrozumieć Węgry prowincjonalne, warto sięgnąć po literaturę. Z mnogości książek przeprowadzających wiwisekcję węgierskiej duszy warto czytać powieści László Krasznahorkaia, szczególnie „Szatańskie tango” i „Melancholię sprzeciwu” oraz oglądać filmy Béli Tarra nakręcone na ich podstawie. „Szatańskie tango” opowiada o zabitej dziurze w odmętach Wielkiej Niziny, gdzie pośród błota, biedy i beznadziei mieszkańcy, jedząc paprykarz ziemniaczany, pijąc palinkę i popadając w rozpacz, wyczekują mitycznego mesjasza, który wyprowadzi ich z tego kraju niewoli i poprowadzi ku ziemi obiecanej. Ponadsiedmiogodzinny film Tarra to jedno z największych dzieł węgierskiej kinematografii oraz przejmująca opowieść o katastrofie życia w miejscu, z którego każdy chciałby uciec, ale nikt nie potrafi.


Debiutancka powieść Krasznahorkaia ukazała się w 1985 roku, w apogeum agonii systemu kadarowskiego, a film Tarra powstał niecałe dziesięć lat później. To hipnotyzujące arcydzieła, a scena pijackiego tańca w knajpie rozdziera serce wizją bezradności i rozpaczy mieszkańców tej zapomnianej przez Boga wsi, gdzie rzeczywiście tylko Szatan może przybyć, by zatańczyć tango. Ale wieść niesie, że tajemniczy Irimiás, podobno nieżywy, ale jednak zmartwychwstały, powróci i wyciągnie ich z tego błota, tej beznadziei, z tej knajpy, w której zapijają się rozpaczliwie.


W tym sensie Orbán jest Irimiásem, fałszywym prorokiem, na którego czekali mieszkańcy Wielkiej Niziny, żyjący w poczuciu beznadziei, ale jednak wierzący, że przyjdzie dzień, gdy poczują się godnie, będą wolni i szczęśliwi.



***


Węgry składają się z Budapesztu i całej reszty, czyli prowincji. Drugim co do wielkości miastem jest Debreczyn, ledwo ponad dwustutysięczny, Szeged i Miszkolc mają mniej niż dwieście tysięcy mieszkańców – wszystkie są dziesięć razy mniejsze od Budapesztu. Węgry są podzielone przez Dunaj na zachodnie i wschodnie, ale nie mniej ważną granicą jest inna rzeka – Cisa. Poza nią na wschód liberalne wartości przyjmowane są z pogardą, nieufnością, nienawiścią. Zjechałem swego czasu całą węgierską prowincję, od zachodnich Węgier, tych przy granicy austriackiej, gdzie domy na wsiach są czyste i umajone kwiatami, przez pogranicze serbskie i rumuńskie, środkowe Węgry i długą granicę słowacką aż po granicę ukraińską i było dla mnie jasne, że to jest inny kraj niż ten budapeszteński. Widziałem takie miejsca, jak to opisane w „Szatańskim tangu”. Byłem w okolicach miasta Gyula, gdzie urodził się Krasznahorkai i gdzie rozgrywa się akcja jego powieści. I naprawdę myślałem wtedy, że jedynym ratunkiem, by nie popaść w samobójczą melancholię, może być tylko picie palinki do upadłego.


Orbán wypłynął na szerokie wody, mając ledwo 26 lat. W trakcie powtórnego symbolicznego pogrzebu Imre Nagya, bohatera węgierskiego powstania 1956 roku, wypowiedział na budapeszteńskim placu Bohaterów słynne żądanie, by Armia Radziecka opuściła Węgry. Był czerwiec roku 1989 i domaganie się, by Sowieci wrócili do domu, było zuchwałością i odwagą godną nonkonformisty. Orbán reprezentował młodych ludzi zrzeszonych w założonym w akademiku Związku Młodych Demokratów, bo tak się wówczas nazywał Fidesz. Wtedy byli liberałami, ale od 1992 roku zaczęli dryfować w stronę konserwatyzmu. Orbán zorientował się, że na wielkomiejskim, proeuropejskim kursie liberalnym nie dopłynie nigdy do zwycięstwa, bo społeczeństwo węgierskie w swojej masie jest tradycjonalistyczne, konserwatywne, nieufne zachodnim trendom. I że na Węgrzech można być prawicowcem albo lewicowcem, ale na pewno nie liberałem. Nauczył się też, że za pomocą państwowego rozdawnictwa pieniędzy wygrywa się wybory.


W tych wyborach ujawnił się znów węgierski fatalizm – Węgrzy w swoich dziejach często dokonywali fatalnych wyborów, choć wydawało im się, że podejmują decyzje jedynie słuszne. Horthy kiedyś podpisał pakt z diabłem, dziś Orban też oddał duszę diabłu w zamian za tani gaz i kredyty na elektrownię atomową. Diabeł jest ten sam, wtedy nazywał się Hitler, dziś – Putin.


Orbán będzie rządził Węgrami może nawet do śmierci. Nad Dunajem wszystko jest zabetonowane.


Czytaj też: „W Putinie nie ma cienia człowieka. To postać ulepiona z KGB-istowskich wzorów niczym z plasteliny”



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.