Politics

Lekcje zdalne powodują depresję, apatię i lęki. Jak przejść pandemię w szkole? – Społeczeństwo



– Zdalne lekcje ją rozwalają. Często wyglądają tak, że nauczyciel coś im czyta, więc to nie jest nauka, a ona zawsze chciała się uczyć. W pierwszej klasie postanowiła, że będzie zdawać na medycynę. Tak bardzo czekała, aż znów wrócą do szkoły, nadrobią zaległości, ale to są powroty na krótko – mówi Ala.


Córka zaczęła się ciąć. Miała takie dni, że nawet gdy można już było iść do szkoły, to nie szła. Mówiła, że nie ma siły. – Choć znalezienie pomocy psychologicznej graniczy z cudem, udało się prywatnie. Ma psychologa – płacimy 200 zł za wizytę i psychiatrę – za każdym razem 250. Dostała leki antydepresyjne, ale wciąż żyjemy w strachu o nią. Gdy rano schodzi na śniadanie smutna i nic nie mówi, tylko podchodzi, przytula się, jestem w lęku, że znów z nią źle. I gdy nie chce wyjść z domu, tylko leży. I gdy w końcu wyjdzie gdzieś i zbyt długo nie wraca. Boję się nieustannie – mówi Ala.


Czytaj więcej: „Myśli samobójcze, lęki, samotność”. Z jakimi problemami dzieci dzwonią do telefonu zaufania?



Świat wyłączony


– Pandemia zadziałała tak, jakby ktoś jednym przyciskiem pilota wyłączył świat, który znamy. Wszystkim jest ciężko, ale szczególnie tym, którzy dopiero dorastają, jeszcze sami siebie nie zdążyli poznać, nie mają doświadczenia. Pandemia uwypukliła problemy związane z dojrzewaniem, zadziałała jak szkło skupiające promienie. Łatwo może dojść do pożaru – tłumaczy Wiktoria Niedzielska-Galant, psycholog, terapeuta. Popatrzyła ostatnio w swój grafik: dwie trzecie potrzebujących pilnej pomocy to młodzi. Coraz młodsi. – Drastycznie obniża się wiek osób z zaburzeniami odżywiania, dawniej zdarzały się czternastoletnie, teraz już nawet jedenastolatki. Coraz więcej dzieci się okalecza, coraz więcej jest po próbach samobójczych – mówi.


– Zachowania depresyjne, życiowa apatia, obniżone poczucie woli życia – te problemy w pandemii niezwykle się nasiliły – tłumaczy dr Maciej Dębski, socjolog problemów społecznych z Uniwersytetu Gdańskiego, prezes Fundacji Dbam o Mój Zasięg. – Ostatnio prowadziliśmy badania w szkołach w Gdyni, okazało się, że co najmniej połowie nastolatków samopoczucie zdecydowanie się obniżyło. Czują się gorzej niż przed pandemią. Co trzecia badana osoba narzekała, że w ostatnim czasie było jej smutno. Co czwartej chciało się płakać, była przygnębiona, czuła się samotna – mówi dr Dębski. I dodaje, że problemem jest niska samoocena, utrata motywacji. – Im się przestało chcieć. Ale jak miałoby im się chcieć, skoro nic nie jest pewne. W dodatku przez ostatni rok nie musieli się nawet ubierać, żeby iść do szkoły, zaczęły im się zmieniać nawyki, wyskoczyli ze szkolnego, znanego i bezpiecznego rytmu. Niedawno, gdy prowadziłem szkolenie dla dyrektorów, narzekali, że młodzież po zdalnym musi się uczyć rytmu na nowo. Poza tym stała się jakaś taka wsobna, wycofana, nie zauważa innych, część unika kontaktów, jakby złapała już nawyk bycia sama ze sobą – tłumaczy dr Dębski.



Zielony na twarzy


– To jest pełzający dramat – mówi Ewa, graficzka z Warszawy. Ma dwóch synów, 14 i 16 lat. – Gdy wybuchła pandemia, starszy chodził jeszcze do podstawówki. Przez pierwszy miesiąc w ogóle nie miał lekcji, szkoła tyle czasu potrzebowała, żeby zorganizować zdalne nauczanie. Wcześniej chodził na zajęcia przygotowujące do egzaminów, ale zostały zawieszone. Syn bardzo chciał się dostać do dwujęzycznego liceum, a do tego potrzebny był świetny wynik egzaminu na koniec podstawówki i zewnętrznego egzaminu językowego. Ten, z powodu lockdownu, był w kółko przesuwany. W końcu odbył się w czerwcu, wyniki przyszły w lipcu, a dopiero gdzieś pod koniec sierpnia dowiedzieliśmy się, że syn został przyjęty. Był wtedy już tak wyczerpany, że aż zielony na twarzy, miał worki pod oczami, język mu się plątał – opowiada Ewa. Młodszy syn to już w ogóle się zapadał. Jest zdolny, inteligentny, ale ma dysleksję, dysgrafię, problemy z koncentracją. Odkąd przeszli na zdalne, spadły mu oceny, nie był w stanie się skupić. – Gdy mu nie wychodziło, najpierw mówił: poprawię. Ale nie poprawiał. Jakby mu się wyłączyła dawna mobilizacja. Nie chciało mu się nawet prowadzić zeszytów. Szkolne testy z polskiego czy matematyki stały się himalajami przeszkód nie do pokonania. I mimo że ostatecznie egzamin kończący podstawówkę zdał dobrze, to przez słabe oceny stracił szansę na liceum, do którego chciał iść. Ledwie dostał się do takiego sobie. Całe wakacje były w nerwach, bo się odwoływał, zabiegał o przejście do chociaż trochę lepszego. Widzieliśmy, że dziecko nam się rozsypuje, chcieliśmy mu pomóc, prosiliśmy: porozmawiaj z nami. Nie chciał. Na wszystko zaczął reagować agresją. Potrafił w złości wybiec z domu, a my w nerwach, czy nic mu się nie stanie i kiedy wróci? Byłam na skraju wytrzymałości. Gdy po wakacjach ruszyło nauczanie stacjonarne, miałam nadzieję, że chłopcy odżyją, zakumplują się z kimś z klasy. Jednak pochodzili trochę i znów są na zdalnym. My z mężem – odkąd jest pandemia – pracujemy w domu, więc siedzimy na kupie. Co prawda mieszkanie mamy duże, chłopcy mają swoje pokoje, ale to wszystko razem stało się nie do zniesienia – mówi Ewa.



Hybrydowy chaos


– We wrześniu, gdy przyszliśmy do szkoły, było wiadomo, że prędzej czy później wrócimy na zdalne. I to przechodzenie zaczęło się już w październiku, nagle: prowadzisz lekcję, dzwonią z sanepidu, że mają wynik testu jednego z uczniów, klasa ma iść na kwarantannę. I klasa się pakuje. Wraz z nią do domu odsyłani są niezaszczepieni nauczyciele, w pracy zostają tylko zaszczepieni, więc są braki, część klas nie ma lekcji. Tak to wygląda. I lepiej nie będzie – mówi Lidia Różacka, polonistka z Zespołu Szkół nr 6 w Jastrzębiu-Zdroju.


Jest zaszczepiona trzema dawkami, więc pracuje. Część klas naucza zdalnie, część stacjonarnie. To się nazywa ładnie: nauczanie hybrydowe. W praktyce to pośpiech i chaos.


– Sytuacja wygląda tak: jeżeli rano mam zdalne z dwiema klasami, zostaję w domu i z jedną zrobię całą lekcję, a z drugą tylko część, nad resztą materiału pracują już sami, bo muszę zdążyć na lekcje, które mam w szkole – tłumaczy nauczycielka. Nie tylko w jej przypadku hybryda wygląda tak, że zdalne prowadzi się w domu, później trzeba szybko dojechać na stacjonarne, a po nich często z powrotem pędzić do domu, żeby z jakąś klasą poprowadzić zdalne, bo w szkole nie ma do tego warunków.


– Ale oficjalnie oczywiście wszystko jest OK, podawane są komunikaty, że szkoły pracują normalnie. Tymczasem od jesieni są hybrydy i półhybrydy. Nie ma systemowych rozwiązań, żadnej odgórnie zorganizowanej pomocy, wszystko spadło na dyrektorów i każdy radzi sobie, jak potrafi. Nie tylko uczniowie, ale nauczyciele też mają dość. Jest niepewność i przekonanie, że minister edukacji zajmuje się nie tym, co trzeba – mówi Marcin Korczyc.


Czytaj także: Justyna Kowalczyk-Tekieli: Wielokrotnie płakałam. Tak samo te najtwardsze dziewczyny, których nikt by nie podejrzewał o łzę


Uczy polskiego oraz historii w wielkopolskim Lubaszu i jest prezesem Fundacji Ja, Nauczyciel, która bierze udział w ogólnopolskich Nadzwyczajnych Radach Pedagogicznych. To oddolna inicjatywa, nauczyciele obradują online, opowiadają, jakie są problemy w szkołach, szukają rozwiązań. – Mamy połowę roku szkolnego, czwartą falę, rośnie panika, nie ma gwarancji, że uczniowie wrócą do klas i na jak długo. Wciąż nawet nie wiemy, jak w tym roku będą wyglądać ferie i czy klasy maturalne będą mieć studniówkę. A w ich wieku przecież osiemnastka i studniówka to najważniejsze wydarzenia na świecie – mówi Korczyc. – Uczniowie są jak pozamykani w klatkach. Niezależnie od tego, czy mieszkają w bloku, czy w przestronnym domu, czują się jednakowo ograniczeni. Pamiętam siebie z tamtego okresu. Ja bym szyby wybijał, tak wszystko we mnie buzowało. Chciałem się spotykać, bawić się, poznawać ludzi, chciałem wszystkiego naraz. Całego świata, całego życia – tłumaczy.


– A oni? Patrzę na nich: część jakby już się oswoiła z myślą, że nie zdarzy się to, na czym im zależy. Osowiali. Bierni. Niedawno mieliśmy próbną maturę, podeszli bez entuzjazmu, powiedziałam im: „Musicie dotrwać, skończyć szkołę, iść na studia”. Nie są pewni, czy pójdą – mówi Lidia Różacka.



Daj spokój, nie dożyję


Starszy syn Ewy ostatnio powiedział, że jest mu zajebiście smutno, chce, żeby mu znalazła jakiegoś psychologa. – A młodszy? Kiedy rozmawialiśmy o planach, powiedział: „Daj spokój, przecież zanim dożyję czterdziestki, tego świata już nie będzie”. Rano pukam do niego, w pokoju ciemno, okna szczelnie zasłonięte, leży na łóżku, patrzy w smartfon obojętnie. Na migi daje mi znać, że ma lekcje. Na ekranie widzę 26 okienek, w większości to puste kółka. Uczniowie nie mają obowiązku łączyć się tak, żeby było ich widać, więc wyłączają kamerę. Lekcja wuefu wyglądała tak, że nauczyciel powiedział do tych kółek: teraz zróbcie 20 przysiadów. I po 10 minutach zapytał, czy zrobili. Każdy zapewniał, że tak. Mój syn też, a nie ruszył się z łóżka. Jak na fizyce nauczyciel zarządził kartkówkę, w jednej chwili kółeczka zniknęły. Późnej każdy tłumaczył, że to przez problemy z łączem. Z całej klasy nie zerwał połączenia tylko mój syn. Po prostu głupio mu było tak nagle zniknąć.


– Nauczanie zdalne to w dużej mierze gra pozorów – mówi prof. Krzysztof Konarzewski, pedagog, były dyrektor Centralnej


Komisji Egzaminacyjnej. Teraz wykłada na Uniwersytecie Warszawskim, często zdalnie. – Nie widzisz słuchaczy i nie masz pewności, czy po drugiej stronie ktoś cię w ogóle słucha. W normalnej sytuacji nauczyciel patrzy na uczniów, czyta z wyrazu ich twarzy i orientuje się, czy to, co mówi, do nich dociera. Tu nie ma szansy. Poza tym wiadomo, że oni się zrywają. Gdy stawiam pytanie, jest długie milczenie, w końcu ktoś, próbując ratować sytuację, odzywa się: „Jesteśmy, jesteśmy… Tylko czy mógłby pan powtórzyć pytanie?” – opowiada prof. Konarzewski.


– Z naszych badań wynika, że przynajmniej 28 proc. uczniów i 9 proc. nauczycieli w czasie zdalnych lekcji korzysta z portali społecznościowych, gra w gry, przegląda wiadomości – mówi dr Dębski.


– Pandemia trwa prawie dwa lata, wszyscy – i uczniowie, i nauczyciele – mają jej dość. Chcieliby już móc zapomnieć o tej nauce na pół gwizdka – twierdzi Marcin Korczyc.


– Widać zmęczenie pandemią. I ogromne zmęczenie ekranowe – przyznaje dr Dębski. – Gdy zrobiliśmy wraz z Polskim Towarzystwem Edukacji Medialnej badania, jak dużo czasu uczniowie spędzali w sieci przed pandemią, a ile, gdy trzeba było przejść na nauczanie zdalne, okazało się, że w dni powszednie odsetek uczniów, którzy spędzają w internecie sześć godzin lub więcej, wzrósł o 700 procent! Przed pandemią tak długo w sieci było siedem proc. uczniów, a w pandemii już połowa! Totalnie ignorują higienę cyfrową. Kończąc lekcje, nie przestają wpatrywać się w ekran. Jedzą przy ekranie, kładą się spać przy ekranie. Kompulsywnie śledzą media społecznościowe i zaliczają seriale na Netflixie. Nawet dzieciaki z trzeciej klasy podstawówki oglądają po pięć odcinków za jednym razem – mówi dr Dębski. Mają po tym nie tylko kłopoty z zasypianiem, bóle kręgosłupa, oczu, szyi, nadgarstka. Mają bardzo zmęczony mózg.



Zawiedzeni


Wiktoria Niedzielska-Galant mówi o nastolatkach, które trafiają do niej na terapię: przygaszone. Rezygnujące z aktywności, siedzące w domu, przed ekranem. Najpierw, bo są lekcje, później, bo co innego robić? Nie wychodzą do ludzi, widzą ich w ekranie telefonu, głównie na Instagramie.


– Patrzą na uśmiechnięte twarze i myślą: „Wszyscy są szczęśliwi, radzą sobie, tylko ja nie. Tylko ze mną coś jest nie tak”. Są zawiedzeni, cierpią. Mają wrażenie, że są niewystarczający. I jeżeli chodzi o naukę, i relacje rówieśnicze. Nie wiedzą, jak powinno być, ale są przekonani, że nie tak, jak jest – mówi.


– Bez przerwy powtarzam, że szkoła jest ważna nie tylko dlatego, że można w niej zdobyć wiedzę, ale dlatego, że grupuje dzieci w podobnym wieku i każe im żyć razem, układać swoje stosunki, kłócić się, godzić, przyjaźnić, pomagać sobie. W ten sposób dziecko wrasta w społeczeństwo. Jeżeli siedzi przed ekranem, to nie wrasta – mówi prof. Konarzewski. I dodaje: – Jeżeli ktoś wierzy, powinien się modlić, aby to się szybko skończyło. Bo tej wyrwy spowodowanej najpierw nieudaną reformą wprowadzoną przez PiS, a teraz pogłębianej przez pandemię, nie da się zasypać do połowy stulecia.


Prof. Janusz Heitzman, psychiatra, członek Komitetu Zdrowia Publicznego PAN, już dawno ostrzegał, że pandemia szczególnie odciśnie się na psychice dzieci i nastolatków. – W przyszłości mogą nie mieć siły przebicia, gorzej rozwiązywać swoje problemy, mieć niższe kompetencje, poczucie krzywdy, jakiejś życiowej przegranej. To samo kiedyś zrobiła z młodymi epidemia hiszpanki. Wyrosło pokolenie, które nie zdobywało szczytów, stało w drugim szeregu – tłumaczył.


– Niektórym się wydaje, że przecież pandemia prędzej czy później się skończy i natychmiast wszystko będzie jak dawniej, wrócą do szkoły. A przecież tej, która była, już nie ma. Rozsypała się – mówi Marcin Korczyc. – Trzeba będzie wszystko zbudować od nowa. I przede wszystkim oprzeć na relacjach.


Kiedy w Gdyni zrobili pilotaż badań dotyczących relacji szkolnych, okazało się, że popsuły się i te między uczniami, i między nauczycielami. – Trzeba je spróbować poprawić. Wszyscy chcą zmian. Uczniowie, poza lepszymi relacjami, chcą innej organizacji systemu szkolnego, ciekawszych zajęć, takiej przestrzeni w szkole, w której dobrze by się czuli – mówi dr Dębski. W 10 szkołach zaczynają pilotażowe działania. Chcą stworzyć strefy relaksu. W części – w ramach projektu „Dobrze, że jesteś” – zaczynają przygotowywać uczniów do tego, by umieli rozpoznać u rówieśników pierwsze symptomy depresji i szybko to zgłaszać nauczycielom.


– Trzeba by było jeszcze przeszkolić nauczycieli, bo przecież teraz, nawet jeżeli zauważą, że uczeń wymaga pomocy, nie wiedzą, jak mu pomóc, do kogo skierować. Brakuje psychologów, psychiatrów – mówi Marcin Korczyc. Uważa, że nauczyciele pilnie powinni stać się interwentami kryzysowymi. I w ogóle są potrzebne głębokie zmiany w szkole, zanim młodzi otrząsną się z tego stanu przybicia, w jakim są teraz i ostentacyjnie opuszczą system edukacji. – Już zaczynają coś mówić o strajku, wiosną może być bunt. Mówią, że i tak uczą się poza szkołą, która teraz im nie pomaga, a wręcz przeszkadza – mówi Korczyc. – Jeżeli zostawimy wszystko tak, jak jest, wysadzą nas. Przyjdą do szkoły i powyrzucają nasze biurka przez okna.


Zobacz też: Gdy dziecko przeżywa trudności, rodzice zbyt często zwlekają



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close