Politics

Lekomania w Polsce. Jak się kupuje benzodiazepiny przez internet – Społeczeństwo



– Od dzieciństwa miałem niezdiagnozowane zaburzenia, z którymi się zmagałem – opowiada. – Już na studiach cierpiałem na fobię socjalną, miałem problem z przebywaniem w pomieszczeniu pełnym ludzi. Ale jakoś sobie dawałem radę. Niektóre zajęcia opuszczałem, uczyłem się w domu.


Problem pojawił się wtedy, kiedy Piotr poszedł pracować do dużego zakładu przemysłowego w swoim mieście. Duży kombinat, dużo ludzi, dużo interakcji. Pojawiły się napady lęku panicznego („człowiek ma wrażenie, jakby umierał”). Po kilku takich napadach Piotr wylądował u psychiatry. I wtedy dostał Clonazepam.


Czytaj też: „Gdy szedłem do apteki ubierałem się w garnitur, brałem aktówkę. Byle nikt nie miał wrażenia, że jestem ćpunem”


Clonazepam to związek chemiczny z grupy benzodiazepin, jeden z najsilniejszych leków psychotropowych wydawanych na receptę. Działa nasennie, rozluźniająco i przeciw lękowo. I koszmarnie uzależnia, o czym lekarka Piotra nie uprzedziła.


Clonazepam Piotr dostał „w pakiecie” z innym lekiem, który nie uzależniał, za to zaczynał działać dopiero po kilkunastu dniach. Jednak Clonazepam przynosił natychmiastową ulgę. Piotr uznał, że inne leki mu nie potrzebne, i gdy skończyły mu się tabletki, poszedł z prośbą o receptę do innego lekarza.



„Nic nie wyrządziło mi w życiu tyle złego”


Marcin (imię zmienione) bez benzodiazepin nie jest w stanie zwlec się z łóżka. Nawiązuję z nim kontakt za pośrednictwem forum o narkotykach hyperreal.info.


W wątku „Jakie benzodiazepiny są najlepsze rekreacyjnie” użytkownicy ze znawstwem przerzucają się nazwami leków i sposobami na największą „bombę”. Piszę, że przygotowuję tekst o lekomanii i nielegalnym handlu lekami. „Anonimowo mogę się wypowiedzieć” – odpisuje Marcin. „Zjawisko spożywania benzo w celach rekreacyjnych jest ogromne również w Polsce”.


Marcin ma 30 lat. Z benzodiazepinami pierwszy razy zetknął się w roku 2013–14, gdy jego koleżanka podprowadziła Clonazepam babci. „Klon” nie zrobił jednak na nim wielkiego wrażenia.


„Przełom to rok 2017, gdy poznałem Alprazolam (inaczej Xanax)” – pisze. „Zakochałem się od pierwszej tabletki. Miałem wtedy prywatnie trochę problemów życiowych, przez co moja psychika była w rozsypce, a tabletka Xanaksu była jak lek na całe zło! Wszystko co negatywne, minęło, dostałem wielkiej motywacji do życia. Miałem nawet euforię z powodu sprzątania mieszkania, czego na trzeźwo nienawidzę robić” – wspomina.


Czytaj też: Leki klasy średniej. Polacy uzależnili się od środków uspokajających


I tak od pierwszej tabletki w 2017 roku Marcin wpadł w dwuletni, intensywny ciąg. Z początku leki kupował od kolegi, któremu przepisywał je lekarz, a który „od dawna wolał sprzedawać, niż samemu brać”. Później kupował sprowadzane z zagranicy.


„To kwesta kontaktów” – pisze. „Zostałem polecony znajomemu znajomego, który – nie wiem skąd – miał bardzo dużo leków do wyboru w dowolnej ilości do ogarnięcia”. Kiedyś wrzucił do tłumacza Google nazwę z blistrów. Wyszło mu, że zostały wyprodukowane w Serbii.


Marcin przyznaje, że dziś „poważnie chce z tego wyjść” i stosuje „schodzenie z dawek”. Po wprowadzeniu e–recept znalazł lekarza, który zaczął mu przepisywać leki po konsultacjach telefonicznych, „żeby schodzić według tabelki opracowanej przez uznanych na świecie lekarzy”. Całkowicie odstawić leku nie jest w stanie.


„Najstraszniejszą i najbardziej bolącą prawdą jest to, że to niby „tylko leki”, a nic nie wyrządziło mi w życiu tyle złego, co legalne narkotyki, jak alkohol czy benzo” – podsumowuje gorzko.



„Lek to nie narkotyk”


Lekomania to w Polsce niezbadany problem. Alkohol daje się wyczuć, pijanego łatwo wskazać. Narkomana – w zależności od tego, co wziął – także. A naćpanego benzodiazepinami rozpoznać bardzo trudno. Ma energię do działania, myśli jasno i klarownie, jest pozytywnie nastawiony do świata. Wzorowy obywatel, mąż, pracownik. I narkoman. Dopiero przy większych dawkach pojawiają się problemy z błędnikiem i wymową (benzodiazepiny działają na te same receptory, co alkohol).


– Ja nie mam problemu z dostrzeżeniem, że ktoś jest naćpany lekami, bo zajmuję się tym zawodowo. Ale przeciętny człowiek nie ma szans – mówi dr Bohdan Woronowicz z Centrum Konsultacyjnego Akmed, legenda polskiej terapii uzależnień, twórca i wieloletni kierownik Ośrodka Terapii Uzależnień w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.


W dodatku w Polsce „lek to nie narkotyk”. W powszechnym mniemaniu coś, co zostało przepisane przez lekarza, musi być bezpieczne. W ten sposób usprawiedliwiają się ci, którzy benzodiazepiny biorą przez lata, mimo że na ulotkach jasno napisane jest, że powinno się je stosować „możliwie najkrócej i w najmniejszej skutecznej dawce”.



Dr Szoping, czyli jak zdobyć leki


Większość uzależnionych zdobywa lek „na zasadzie klasycznego dr szoping”, czyli odwiedza kilku lekarzy w mieście, którzy wzajemnie o sobie nie wiedzą. Nie wiedzą więc też, że ten sam lek, który właśnie wypisują pacjentowi, wypisało wcześniej czterech jego kolegów.


– Niestety, w Polsce nie ma takiego systemu jaki jest np. w Stanach Zjednoczonych – ubolewa Piotr. – Tam każdy lekarz, który przyjmuje pacjenta, widzi od razu wszystkie leki, jakie przypisali mu inni lekarze. U nas wystarczy zapłacić 100, 150, 200 zł za wizytę, by otrzymać kolejną receptę.


Wyłudzanie leków na „dr Szoping” potwierdza jedna z internetowych dilerek. Na portalu top.ogloszenia.net znajduję ogłoszenie kuszące zdjęciem kilkudziesięciu opakowań leków, które mogłyby zapełnić kilka domowych apteczek. „Sprzedam Clonazepam 2 mg, **** 2 mg, alprox, ramal, tramal krople i inne tanio”.


Czytaj też: Trzeźwienie i picie w pandemii. „Piłem »do odcinki«, dziś chodzę na spacery”


Cena podana w ogłoszeniu to 110 zł za opakowanie. W aptece to samo opakowanie kosztuje niespełna 12 zł. Przebitka dziesięciokrotna.


Piszę pod wskazany na stronie numer. Kilka minut później przychodzi odpowiedź z innego numeru. Kobieta daje się wciągnąć w rozmowę. Skarży się, że „coraz ciężej jest z kombinowaniem recept”, ale „w poniedziałek idzie do lekarza i spróbuje naciągnąć go na recepty”.


„Niestety ostatnio niechętnie albo wcale przepisuje te psychotropy na mnie” – pisze. „Zawsze chętnie recepty przepisywał, trzeba było zapłacić 180 zł i już. Nie wiem, może miał kontrolę i się boi, muszę kolegę wynająć”.



Darknet: „Apteka u kontenera”


Szeroką „gamę produktów” oferuje darknet – część internetu niedostępna z poziomu standardowych wyszukiwarek internetowych, w której dużo łatwiej o anonimowość i nielegalne treści.


Wystarczy kwadrans poszukiwań i przeglądarka darknetu TOR, bym na „Cebulce” – największym polskim forum w darknecie – znalazł ogłoszenia sprzedaży wszelkich dostępnych leków. Użytkownik o nazwie kontener2, prowadzący sklepik APTEKA U KONTENERA publikuje nawet regulamin z dziesiątkami wymagań i zaleceń. Gwarantuje, że „wszystkie leki są oryginalne, pochodzą z Polskiej apteki i mają dobre daty ważności”. „Przy zamówieniu kilku opakowań (może być mix różnych) możliwe małe rabaty”.


„Dobrze by było (ale nie musisz) podać imię i nazwisko jakiegoś słupa, który w razie czego odbierze pakę z punktu odbioru (w razie losowych zdarzeń, np. gdybyś nie zdążył odebrać paki, nie było miejsca w paczkomacie itp.)” – radzi nawet sprzedawca. Minimalne zamówienie 300 zł.



Setka tabletek dziennie


Jak mówią eksperci, jednym z największych problemów w Polsce jest nieszczelność systemu opieki zdrowotnej, która pozwala na wyłudzanie niemal nieograniczonej liczby recept na benzodiazepiny. Mimo, że są to leki przeznaczone wyłącznie do krótkotrwałego stosowania, polskie prawodawstwo w ogóle tego nie reguluje. Lekarzy wypisujących takie leki długotrwale nie spotykają żadne sankcje.


– Lekarzowi pierwszego kontaktu wygodniej jest przepisać lek uspokajający czy nasenny, niż zbierać dokładniejszy wywiad i później w oparciu o niego skierować taką osobę do psychiatry czy psychoterapeuty – mówi dr Bohdan Woronowicz. – A przecież człowiek nie bez powodu odczuwa niepokój, ma lęki czy problemy ze snem – tłumaczy.


Kiedy pacjenci już się uzależnią od leków, lekarze kontynuują wypisywanie recept całymi miesiącami a nawet latami – tym razem dla świętego spokoju. Osoby uzależnione potrafią być bardzo dobrymi manipulatorami: kłamstwem, awanturą, prośbą i groźbą często są w stanie skłonić lekarza do wypisania recepty. W efekcie lek, który powinno się zażywać dwa-cztery tygodnie, przepisywany jest latami.


Tymczasem tolerancja na lekki wzrasta.


– Najpierw wystarcza jedna tabletka, potem bierze się dwie, potem piętnaście itd. Organizm stopniowo się do tego przystosowuje – mówi dr Woronowicz. – Miałem pacjentkę, kobietę pod czterdziestce, która brała tak ogromne ilości, że cały czas była zamroczona jak pijana. Przyszła z opiekunką. Okazało się, że bierze setkę tabletek dziennie. Setkę! Gdyby pan albo ja przyjął taką ilość, prawdopodobnie by nas szlag trafił, a ona stała na nogach.



Szara strefa recept „z bloczka”


Lepszą kontrolę nad obiegiem wypisywanych recept miała zapewnić informatyzacja systemu opieki zdrowotnej, czyli Internetowe Konto Pacjenta (IKP) i e–recepty. Zgodnie z jego założeniami lekarz – przyjmujący zarówno publicznie, jak i prywatnie – miałby wgląd w całą historię leczenia pacjenta i wypisanych mu w przeszłości recept.


Tyle teorii. W praktyce założenie IKP nie jest obowiązkowe, a nawet jeśli je założymy, musimy wyrazić zgodę, by lekarz uzyskał do niego dostęp. W rezultacie do dziś konto posiada zaledwie nieco ponad 30 proc. Polaków, a jeszcze mniejszy odsetek udostępnia je swoim lekarzom.


Cała reszta wciąż porusza się w sferze recept, które nie są w żaden sposób kontrolowane przez lekarzy.


Czytaj też: Alkoholizm trzydziestolatków. „Gin z tonikiem piłam już w pracy. Później obowiązkowo szłam na drinki”


Wiele z nich to osoby starsze i wykluczone technologiczne. Tymczasem to właśnie one otrzymują najwięcej recept, w tym na benzodiazepiny. To otwiera pole do nadużyć dla oszustów, którzy posługują się seniorami, żeby otrzymać wystawione na nich recepty.


Nie wiadomo, dlaczego państwo nie wprowadziło obowiązku posiadania Internetowego Konta Pacjenta i z automatu nie udostępnia danych o pacjentach lekarzom, co radykalnie ograniczyłoby nadużycia. Tym bardziej, że niemal wszystkie dane pacjentów mają już postać cyfrową.



„Polskie piekło odstawiania”


Piotr po Clanazepamie czuł się świetnie. Najbardziej dokuczał mu lęk, a – jak sam mówi – benzodiazepiny „skosiły mu wszystkie emocje”.


– Bo to nie jest tak, że on kosi wybiórczo tylko te negatywne: strach, lęk, gniew, przerażenie. On kosi wszystko, także radość, popęd seksualny, zachwyt. Ale jeżeli ktoś od wielu miesięcy przeżywa traumę, paniczne lęki, to po zażyciu wszystko znika i człowiek czuje się jak nowonarodzony.


Przez 14 lat od zażycia pierwszej tabletki Piotr brał Clonazepam „praktycznie non stop”. Recepty z początku przepisywał mu lekarz rodzinny, później znajomy weterynarz. Jeszcze później – jak sam niechętnie przyznaje, bez wnikania w szczegóły – zaczął zdobywać je „w inny sposób”. Zamiast dwóch tabletek dziennie brał 15.


I oszukiwał się, że wszystko jest w porządku.


– Oczywiście czasami zdawałem sobie nawet sprawę, że coś jest nie tak. Z drugiej strony tłumaczyłem sobie, że zażywam leki przepisane przez lekarza. Psychoterapia była luksusem niedostępnym w moim mieście. Wiedziałem, że mam problem, ale nie wiedziałem, jak inaczej go rozwiązać. Więc trzymałem się kurczowo tego, co było mi dobrze znane.


Po dziewięciu latach brania Piotr „sięgnął dna”. Już wiedział, że musi się leczyć. Mimo to minęło jeszcze pięć lat, zanim udało mu się ostatecznie przezwyciężyć nałóg. Wszystko przez to, że – jak mówi – lekomani nie mają gdzie się w Polsce leczyć, a te placówki, które tego próbują, często robią to nieprofesjonalnie.


– Miałem 20 detoksów w 10 placówkach – wylicza. – Po polskim piekle odstawiania zdiagnozowano u mnie zespół stresu pourazowego, takie jak występują u osób torturowanych. Detoks, który w powinien trwać dwa miesiące, u mnie przeprowadzano w dwa-trzy dni.


Eksperci potwierdzają, że o ile leczenie alkoholizmu czy uzależnienia od opiatów takich jak heroina czy morfina jest w Polsce na wysokim poziomie, o tyle ciągle nie ma ośrodków, które by leczyłyby uzależnienie od benzodiazepin, bazując na rzetelnych danych naukowych. Stąd pomysły, by detoksykację tych leków prowadzić tak samo, jak detoksykację od alkoholu, czyli zaledwie przez kilka dni.


Efekt jest taki, że uzależniony szybko opuszcza placówkę we względnie dobrym stanie, a prawdziwego kryzysu związanego z głodem narkotykowym doświadcza dopiero w domu. I wraca do nałogu.



Lekomani tacy jak my


Dziś Piotr jest czysty. Prowadzi bloga o uzależnieniu od leków uspokajających.


– Kiedy zaczynałem leczenie, szukałem w internecie jakichkolwiek informacji na ten temat. Nie znalazłem nic. Postanowiłem więc sam założyć stronę, na której będę opisywać swoje doświadczenia i gromadzić wszelkie informacje, jakie uda mi się zabrać. Chciałem, aby lekomanii mieli swoje miejsce w sieci – tłumaczy.


Piotr dodaje, że jego misją jest też nagłaśnianie „problemu lekomanii w Polsce w czasach kultu tabletki”. Jego zdaniem problem tylko narasta, a służba zdrowia udaje, że go nie widzi.


– Pułapką tego nałogu jest to, że w porównaniu do alkoholizmu i narkomanii, które spotykają się ze społecznym potępieniem, jest dużo bardziej uniwersalny i „wygodny” – uważa.


Piotr podejrzewa, że część osób jest uzależniona od niskich dawek terapeutycznych i „nawet nie zdaje sobie z tego sprawy”. – Oni jakoś funkcjonują, jeżdżą samochodami, pracują – może poniżej swoich możliwości, ale jednak to zwykli ludzi: nauczyciele, przedsiębiorcy, studenci, pracownicy korporacji, lekarze i pielęgniarki. Matki, gospodynie domowe, wiekowe panie i panowie, Co jakiś czas grzecznie wydeptują ścieżki do lekarzy po recepty, regularnie je zażywają przekonani, że się leczą. Ale niech tylko zabraknie im tych tabletek. Ich świat się wtedy wali.



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.