Politics

Maja Ostaszewska na granicy polsko-białoruskiej: stoi za mną wielu ludzi – Społeczeństwo



– Ale mam jeszcze gorsze – mówi Anna Dąbrowska, prezeska lubelskiego stowarzyszenia Homo Faber. I opowiada: był słoneczny dzień, spotkali w lesie sześć osób. – Czworo Hazarów z Afganistanu i młodych chłopaków z Ghany i z Demokratycznej Republiki Konga. Zebraliśmy od nich wywiady, pojechałam do domu spisać je dla prawnika, żeby przygotował skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. I wieczorem przyszła odpowiedź: tylko czwórka z Afganistanu dostała pozytywną decyzję o zastosowaniu tzw. interim measures, środków tymczasowych. Musiałam pojechać do lasu i tej czwórce powiedzieć: jesteście bezpieczni, nie grozi wam już wywózka. A chłopakom przekazać, że nie mam dla nich nic.


Do dziś sobie z tym nie poradziła. – Moja psycholożka mówi, że to nie jest moja wina, ale to było takie upodlenie, że to nie panowie Kamiński, Kaczyński, Błaszczak czy Duda muszą tym ludziom powiedzieć, że nie są w Polsce bezpieczni, tylko ja. A ja nie chcę być częścią tej machiny opresji – tłumaczy.


Pamięta pierwszą interwencję w lesie, na początku września. – W plecaku miałam tylko kilka butelek wody, kilka folii NRC. I za mało pełnomocnictw, więc przepisywaliśmy je na kolanie. Żyliśmy w nieprawdziwym przekonaniu, że przyjedzie Straż Graniczna i historia potoczy się według scenariusza przewidzianego przez prawo. Rozpocznie się procedura przyjmowania wniosków o ochronę międzynarodową. Następnego dnia dostaliśmy serię SMS-ów, że wojsko wywiozło ich na granicę z Białorusią. Poczułam się oszukana przez to państwo.


Czytaj też: Kryzys na granicy z Białorusią, IV fala pandemii, drożyzna. PiS ma się czego bać [INFOGRAFIKA]



Nagle spotykamy ludzi


Lucynie Marciniak, lekarce z Białowieży, też trudno zaakceptować, że pogranicznicy najczęściej wypychają uchodźców z Polski. Nigdy nie zapomni poczucia bezsilności, gdy pojechała z pomocą do chłopców siedzących na wjeździe do Białowieży. Straż Graniczna nie pozwoliła jej podejść, więc tylko patrzyła, jak siedzą wykończeni.


Później zadzwonił znajomy: „Jest człowiek w lesie, nie może iść dalej, pomożesz?”. – Znalazłam dwóch młodych mężczyzn, jeden był w ciężkim stanie, więc zdecydowaliśmy, że bierzemy go do szpitala. Kiedy się żegnali, wczepili się w siebie i nie tyle płakali, co wyli – mówi doktor Marciniak. Następnego dnia odwiedziła w szpitalu w Hajnówce tego, który został. Strasznie się ucieszył, a ona pomyślała, że musi dalej pomagać.


Dostała wezwanie do kobiety chorej na cukrzycę. – Była tak osłabiona i odwodniona, że trzeba było ją wytargać z lasu. Nieśliśmy ją w piątkę, ciemna noc, ale nie mogliśmy świecić latarkami, żeby nie przyciągnąć uwagi. Wykroty, poprzewracane drzewa, podmokłe miejsca. Co chwilę ktoś się potykał, przewracał, grzązł w błocie. Do drogi było może 200 metrów, a mnie się wydawało, że ta akcja nigdy się nie skończy. Udało się, wezwaliśmy karetkę, zaraz po niej przyjechała Straż Graniczna – opowiada.


Zastrzega, że nie chce wyjść na bohaterkę. – Ja tylko usiłuję przyzwoicie wykonywać swój zawód i zachowywać się jak człowiek w obliczu sytuacji, która mnie przerasta. W Białowieży do lasu chodzimy na spacery. I nagle w tym naszym lesie spotykamy ludzi, którzy są głodni, wyziębieni i odwodnieni. Potrzebują pomocy.



Nie będę udawał


Tomasz mieszka na Podlasiu, ale nie interesował się kryzysem migracyjnym. Wszystko się zmieniło, kiedy pojawiły się informacje o znalezionych w lesie martwych ludziach. – To była druga połowa września, pierwsze mrozy. Dotarło do mnie, że któregoś dnia wstanę i przeczytam w gazecie, że kilkaset metrów od mojego domu znaleziono ciało. Nie będę już udawał, że nic się za moim płotem nie dzieje – opowiada.


Razem z kolegą i partnerką zaczęli od rozwieszania w lesie paczek ratunkowych. – Żywność, batony, mleko skondensowane, woda. I ubrania w różnych rozmiarach – wylicza.


Kiedy potem znajdowali rozdartą reklamówkę, papierki po batonach i puste tubki po mleku, czuli ulgę. Nie przeszkadzało im, że czasem ktoś te pakiety kradł, że policja i wojsko zdejmowały je z drzew. – Jeżeli chociaż jeden trafił tam, gdzie miał trafić, to nam wystarcza – tłumaczy.


Nawiązali kontakt z Grupą Granica, nauczyli się, jak udzielać pomocy. Pierwsze spotkanie było trudne: sześć rodzin, 27 osób. – Większość po kilku wywózkach na Białoruś. Klęczeli, błagali o wodę. Mnie przypadła opieka nad trzyosobową rodziną. Dziewczynka miała gorączkę, z matką nie było kontaktu, siedziała w kucki, kiwała się. Na szczęście ojciec był przytomny. Pytaliśmy, czy zabrać ich do szpitala, ale nie chcieli się ujawnić. Błagali: „No Białoruś, no police, please”. Wiedzieli, że nie przeżyją kolejnego push-backu – opowiada Tomasz.


Pomogli im, jak umieli, a potem musieli odejść. – Po czymś takim już nic nie jest, jakie było. Człowiek jest po prostu przybity, nie może pracować, jeść mu się nie chce, spać też nie.



Nie mogłam inaczej


– Ja po prostu czułam, że muszę tam pojechać na Podlasie, nie mogłam inaczej. Strasznie się tym gryzłam, nie spałam po nocach. Kiedy przytulałam się do mojej córki w ciepłym domu, szykowałam dzieciom posiłek, cały czas myślałam o tamtych dzieciach. Głodnych, chorych, przerażonych. Często przecież rozdzielanych z rodzicami. Szłam na wieczorny spacer z psem, robiło się coraz zimniej i znowu uporczywa myśl, że oni tam nie mają gdzie uciec przed chłodem, do tego boją się stosowanej wobec nich przemocy – mówi aktorka Maja Ostaszewska.


Długo miała nadzieję na jakieś systemowe rozwiązanie sytuacji na granicy. – Na to, że organizacje, które potrafią profesjonalnie nieść pomoc humanitarną, będą tam wpuszczone. Byłam pewna, że staną tam obozy organizacji humanitarnych takich jak PAH, UNICEF, Polski Czerwony Krzyż. Więc jak zobaczyłam, że to się nie dzieje, a sytuacja się pogarsza, zaczęłam się zastanawiać, co robić – wspomina aktorka.


Początkowo pomagała z Warszawy, razem z grupą Rodziny bez Granic. – A potem zaczęłam dostawać sygnały od ludzi z Podlasia, że przyjazd takiej osoby jak ja mógłby być pomocny. Odezwał się do mnie Kamil Syller z prośbą o rozpropagowanie pomysłu, by zapalać wieczorem zielone światła na znak, że w tym domu można otrzymać pomoc. Sama zaczęłam kontaktować się z kolejnymi osobami niosącymi pomoc na miejscu. Do tej pory nie zajmowałam się tematyką uchodźczą, moja działalność społeczna dotyczyła innych obszarów. Ale to, co się dzieje na Podlasiu, traktuję tak, jakby ktoś przyszedł do mojego domu w stanie krytycznym. I teraz pytanie: otwierasz drzwi czy udajesz, że nie słyszysz prośby o pomoc? Uważam, że to jest sprawa nas wszystkich.

Na granicy. Posłanka Magdalena Biejat, tłumacz Jakub Sypiański, aktorka Maja Ostaszewska i aktywista Iwo Los z Grupy Granica trzymają zdjęcia uchodźców podczas wspólnej konferencji prasowej Grupy Granica, Fundacji Ocalenie i władz lokalnych. Przejście graniczne Kuźnica, 12 listopada 2021 r


Na granicy. Posłanka Magdalena Biejat, tłumacz Jakub Sypiański, aktorka Maja Ostaszewska i aktywista Iwo Los z Grupy Granica trzymają zdjęcia uchodźców podczas wspólnej konferencji prasowej Grupy Granica, Fundacji Ocalenie i władz lokalnych. Przejście graniczne Kuźnica, 12 listopada 2021 r

Fot.: Wojtek Radwański/AFP/East News / East News



Nie chcieliśmy biernie czekać


– Pomysł oznaczania domów zielonym światłem narodził się z bezsilności. Kiedy po raz pierwszy w naszej miejscowości pojawili się uchodźcy, wyprzedziła nas Straż Graniczna. Zrozumieliśmy z żoną, że możemy nie dotrzeć do ludzi, którzy wymagają pomocy – tłumaczy Kamil Syller, prawnik, który od sześciu lat mieszka w gminie Dubicze Cerkiewne.


Został pełnomocnikiem 50-letniej Syryjki, której pomocy udzielili Medycy na Granicy i zawieźli do szpitala w Hajnówce. Była w głębokiej hipotermii, miała zapalenie płuc. – Stało się dla mnie jasne, że nie możemy biernie czekać na uchodźców. Bo na początku myśleliśmy tak: mamy ciepłe ubrania, karimaty, jedzenie, najprostsze leki, to jak ktoś zapuka, dostanie pomoc. Ale szybko doszliśmy do wniosku, że musimy dać uchodźcom jakiś sygnał, bo oni nie chodzą po wioskach. Trzymają się z daleka od ludzi, bo się boją, że zadzwonią po Straż Graniczną – mówi Syller.


Pomysł był prosty: zielone światło to dla uchodźców sygnał, że w tym domu mogą liczyć na posiłek, ogrzanie się, wysuszenie ubrań, naładowanie telefonu, prostą pomoc medyczną i lekarstwa. „Nie pomożemy Ci w ukrywaniu się ani w dalszej podróży. Pomożemy Ci tylko przetrwać – w ramach solidarności z człowiekiem w potrzebie” – napisał na Facebooku.


– To światło miało, po pierwsze, zwabić tych, którzy potrzebują pomocy. A po drugie, sprawić, by sąsiedzi zapytali, dlaczego co noc je włączam – mówi.


Wbrew obawom nie było negatywnych reakcji. – A potem okazało się, że osoby, które na początku, widząc uchodźców, dzwoniły po Straż, zaczęły dzwonić do nas. Bo oto jest ktoś, kto pokazuje, że się nie boi pomagać i że pomoc jest legalna.


Czytaj też: Czy w Polsce realizowany jest scenariusz pisany cyrylicą? A jeśli tak to przez kogo pisany?



Maja Ostaszewska: To nasza katastrofa moralna


Maja Ostaszewska szybko znalazła organizacje, które zajmują się pomocą dla uchodźców, skontaktowała się z nimi, zapytała, co może zrobić. Zorganizowała jedną zbiórkę pomocy u siebie w Nowym Teatrze, potem drugą. Sama pojechała z tymi rzeczami na Podlasie.


– Chciałam na miejscu zapytać tych, którzy pomagają, czego tak naprawdę najbardziej im potrzeba. Chciałam dać im poczucie, że nie są sami. Działają pod ogromną presją i nie mają wsparcia systemowego, żadnej pomocy od państwa. Na ich barkach spoczywa gigantyczny ciężar. Chciałam z nimi usiąść, podziękować im za to, co robią, powiedzieć, że mogą na mnie liczyć – mówi. Najpierw były rozmowy, pomoc przy segregowaniu rzeczy, potem ruszyłam również do lasu.


Kiedy ostatnio tam była, spotkała Luqmana Hakeem Kareem, Kurda, któremu właśnie urodził się synek. On i jego mama Susan po tragicznych przejściach są bezpieczni pod opieką Fundacji Dialog w Białymstoku. Luqman był tak szczęśliwy, powtarzał, że jego syn jest Polakiem. Przytulał się do nas, mówił, że kocha Polskę. Wszystkim pokazywał zdjęcia synka – opowiada.


Poznała też tłumacza kurdyjskiego pochodzenia Arasa Palani, który ma już obywatelstwo brytyjskie, ale przyjechał do Polski, po swoją rodzinę, która także była uwięziona w lesie. Jego córka, syn i wnuczek są teraz w ośrodku zamkniętym. – Aras zna dwanaście języków, zgłosił się do Grupy Granica i pracuje jako tłumacz, by pomagać innym. On też mówił mi piękne rzeczy o Polakach. To było bardzo


wzruszające i ważne, że to też jest nasze oblicze. Nie jesteśmy tylko niegościnnym krajem, ale również krajem ludzi, którzy potrafią się zmobilizować i nieść pomoc poza systemem – mówi.


Kiedy zbierała się już do powrotu do Warszawy, przyszła informacja o grupie uchodźców, którzy utknęli na najniebezpieczniejszych bagnach głęboko w puszczy. – Nie można było do nich wysłać aktywistów, bo mogliby sami się potopić. Trzeba było wezwać Straż Graniczną. I to jest wstrząsające, że zamiast cieszyć się, że pogranicznicy udzielą tym ludziom pomocy, baliśmy się, że po raz kolejny wypchną ich w stronę Białorusi. Tak jak powiedział Marian Turski, katastrofa humanitarna to jest dla tych, którzy zamarzają w białowieskim lesie. Dla nas jest to katastrofa moralna.



Nie chcę tego robić


Tomasz idzie z partnerką na leśny patrol i znajdują plecak.– Była w nim szeroka plastikowa taśma, jakiej czasami używa się w gospodarstwie albo w domu. Dziury nią łatają w ubraniach? Wtedy przychodzi informacja, że ktoś w lesie potrzebuje pomocy. Trzej mężczyźni w bagnie, pośrodku niczego. Wyciągamy dla nich buty i wtedy widzę, że na nogach mają skarpety owinięte taką taśmą.


Więc jak potem słyszy wiceszefa MSWiA Macieja Wąsika i innych polityków, którzy opowiadają, że wojsko i policja doskonale sobie radzą na granicy, to już nawet się nie złości. – Ja przestaję rozumieć, jak ci ludzie rano patrzą w lustro. Jak mogą wziąć dziecko na ręce, pojechać na święta do matki i ojca? – pyta.


Cały czas myśli, że nie chce tego wszystkiego robić. Ale nie przestanie, dopóki sytuacja będzie, jaka jest. Niedawno ratowali dwóch braci. – Nie mieli już co jeść i co pić. Jeden nie był w stanie chodzić, a drugi nie miał siły, żeby go z bagien wyciągnąć. Gdybyśmy do nich nie dotarli, to pewnie w lesie byłyby już dwa trupy – mówi.


Kiedy wyjeżdża czasem ze swojej wioski do Białegostoku, ma poczucie, jakby był w innym świecie. – Ludzie nie rozumieją, co się dzieje 40-50 kilometrów dalej. A po drugiej stronie Wisły kompletnie nie macie pojęcia, jak my tu żyjemy.



Polska odwraca wzrok


– Ta wiedza jest niewygodna, bo jak się już wie, trzeba zająć stanowisko. Kiedy opowiadamy, co tutaj się dzieje, ludzie z innych części Polski nie chcą słuchać, bo to burzy ich spokój – dodaje Lucyna Marciniak.


Już kilka tygodni temu zauważyła, że uchodźców w lesie jest zdecydowanie mniej. – Z jednej strony to ulga, że nie trzeba robić tego wszystkiego, co robiliśmy. Ale też niepokój straszny, bo ci ludzie gdzieś tam są. Owszem, mamy informacje, że część wróciła samolotami do swoich ojczyzn, ale liczby nam się nie zgadzają, mamy wrażenie, że spora część błąka się po lesie. U nas teraz poranki są jak z bajki, wszystko ośnieżone, oszronione, ale my się nie zachwycamy, tylko myślimy, jak zimno musi być w tym lesie – mówi lekarka.


Niestosowne wydaje jej się myślenie o prezentach czy wigilijnych potrawach. – Miała mnie odwiedzić mama i syn, ale nie wiem, czy będą mogli wjechać do Białowieży. Ja na pewno do nich na dłużej nie pojadę, bo muszę być tutaj.



Pojawia się poczucie winy


– Jak idę do sklepu i widzę te dekoracje i leci muzyczka świąteczna, to mnie to wkurza. Takie udawanie, że wszystko jest w porządku i że obok nas nie dzieje się tragedia – dodaje prawnik Kamil Syller.


Życie jego rodziny bardzo się zmieniło. – Nie mamy tyle wolnego czasu co dawniej, bo większość przeznaczamy na działania pomocowe. I wcale nie jest tak, że jak jest mniej wezwań z lasu, to nie pomagamy. Teraz coraz częściej dostajemy wezwania z ośrodków strzeżonych dla uchodźców. Dzwoniła do mnie kobieta w piątym miesiącu ciąży, która się źle czuje i nie dostaje pomocy medycznej. Prosiła, żebym pomógł, bo nie ma do kogo się zwrócić – opowiada prawnik.


Poza tym nie mają gdzie odpoczywać, bo w swoim lesie nie czują się dobrze. – Idziemy na spacer i mamy przymus uważnego patrzenia, czy kogoś nie ma, szukania śladów. Bo może kawałek dalej ktoś się schował, gdy nas usłyszał – tłumaczy.


Część aktywistów próbowała odpoczywać, wyłączając komunikator pomocowy, ale po pewnym czasie go włączali, bo nie mogli wytrzymać, albo ktoś do nich dzwonił po zwykłej linii, bo brakuje ludzi, a trzeba jechać na akcję. I kończyło się odpoczywanie. Poza tym, jak się wyłączy komunikator, to pojawia się poczucie winy wobec ludzi, którzy są w lesie.



Stoi za mną wielu ludzi


Anna Dąbrowska dopiero w zeszłym tygodniu, po raz pierwszy od początku kryzysu na granicy, przespała spokojnie noc. – Obudziłam się w panice, sprawdzając, czy nie przegapiłam jakiegoś alertu, i okazało się, że nic nie ma. Leżałam i myślałam, jakie to jest niezwykłe, że tego alertu nie ma. A jednocześnie przerażające, bo przecież wiem, że ci ludzie tam są – mówi prezeska Homo Faber.


Najtrudniejszy jest dla niej kontakt z szeroko rozumianą władzą. – Bo to jest państwo, które posługuje się systemowym rasizmem i łamie prawa człowieka. Państwo, które zawodzi, jest przemocowe i nie respektuje zasad, na jakie się umówiliśmy. Jak idę do lasu, to się nie boję uchodźców, tylko tego, że do nich nie dotrę, bo zatrzyma mnie Straż Graniczna albo Wojska Obrony Terytorialnej. I będzie to dla mnie upadlający kontakt. Ale upadla mnie także to, że skradam się po lesie, nie używając czołówki, jak jakiś przestępca, tylko dlatego, że niosę pomoc humanitarną – mówi.


Była niedawno w Muzeum Solidarności w Gdańsku, słuchała Danuty Kuroń, która opowiadała o swoim zaangażowaniu w Solidarność i KOR. – Widzę dużo analogii. My też rozpędziliśmy machinę. Grupa Granica to nie jest 14 organizacji i trochę mieszkańców Podlasia, ale pewien ruch społeczny – tłumaczy.


Bardzo jej pomaga świadomość, że na innych odcinkach granicy koleżanki i koledzy robią dokładnie to samo. – I że przyświeca nam ten sam cel. I że to wszystko jest zbudowane na tych samych wartościach, tym samym myśleniu o wspólnocie, o człowieczeństwie, o Polsce. To nie jest tak, że za mną niczego już nie ma, tylko ten ciemny las. Ja wiem, że tam stoi wielu ludzi. Czuję ich za sobą.


Współpraca Natalia Fabisiak


Czytaj także: Donald Tusk: Wygramy kolejne wybory. Wiem, co trzeba zrobić



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close