Politics

Mamo, pomdl si za nas. Reporta ‘Spiegla’ o ofiarach zmarych na granicy polsko-biaoruskiej


Nowi zmarli chowani są tuż koło siebie, w odległym rogu cmentarza. Trzej mężczyźni sypią ziemię na trumnę. Słychać chrzęst ich łopat. Na grobie umieszczają tablicę z datą śmierci i literami N.N. – nomen nescio, imię nieznane.

Dla mężczyzn z Bohonik w gminie Sokółka przy granicy z Białorusią to już drugi pogrzeb w ciągu trzech dni. O zmarłym wiedzą tylko tyle, że nie pochodził z okolicy, podobno był muzułmaninem i że grzybiarz znalazł jego ciało w lesie. Członkowie lokalnej muzułmańskiej społeczności przybyli na cmentarz, by wraz z imamem pomodlić się za zmarłego.

W Bohonikach znajduje się największy w Polsce mizar – muzułmański cmentarz. Od listopada odbywają się tu pogrzeby osób, które zginęły podczas próby ucieczki przez Białoruś. Lokalny imam wciąż ma nadzieję, że uda mu się kiedyś repatriować zmarłych. Wtedy ich groby będą mogli odwiedzać krewni. Teraz kwiaty składają obcy ludzie.

Pogranicze między Polską a Białorusią zamieniło się w śmiertelną pułapkę. Żołnierze z Polski i Białorusi stoją naprzeciw siebie, a tysiące uchodźców od tygodni tkwią między nimi. Część z nich wprawdzie powróciła w ostatnim czasie do swoich krajów, ale część nadal pozostaje w pasie granicznym.

Od września średnio prawie co tydzień ktoś tu ginie, ponieważ zarówno Białoruś, jak i UE nie udzieliły tym osobom prawie żadnej pomocy. Zamarzli na śmierć lub utonęli w granicznej rzece Bug. W doniesieniach agencji informacyjnych zmarli prawie zawsze pozostają bezimienni. Europejscy politycy nazwali ich “bronią” białoruskiego dyktatora Aleksandra Łukaszenki w „wojnie hybrydowej” przeciwko Europie. W rzeczywistości byli to ludzie z marzeniami, lękami, planami na przyszłość.

Reporterzy niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”, wspólnie z platformą medialną Lighthouse Reports, spędzili tygodnie, ustalając, kim byli ci ludzie i dlaczego zmarli. Szukali tropów w internecie, rozmawiali z krewnymi, śledczymi, lekarzami, służbami bezpieczeństwa i obrońcami praw człowieka na Białorusi, w Polsce, Niemczech, Syrii, Jemenie i Iraku.

Materiał “Spiegel” opublikował 17 grudnia, tekst redakcja przekazała „Wyborczej”.

Dziennikarze udowodnili śmierć 16 osób dorosłych i jednego nienarodzonego dziecka. Udało im się ustalić nazwiska 12 zmarłych. Wśród nich są syryjski cukiernik, kibic piłkarski z Jemenu i Irakijka, która w chwili wyruszenia w podróż do Europy była w ciąży.

Żywicielka rodziny 

Rajaa Hasan, 44 lata, Hama, Syria 

Wiadomość ta rozniosła się we wrześniu jak pożar po obozie dla uchodźców palestyńskich w Hamie, mieście w północno-zachodniej Syrii. Młodemu Palestyńczykowi się udało – z obozu, przez Białoruś, dotarł do Holandii. Usłyszała o tym również Rajaa Hasan i uwierzyła: oto wreszcie szansa na lepsze życie w Europie.

Rajaa znała tylko świat przepełnionych obozów dla uchodźców. Urodziła się w jednym z nich, a potem mieszkała w ciasnej dzielnicy dla uchodźców w Hamie z mężem i czterema synami. Na haftowaniu zarabiała równowartość dwóch dolarów dziennie – opowiada nam przez telefon jej brat.

Rajaa dostała numer kontaktowy do człowieka w Holandii, który zorganizował wyjazd do Mińska za 3700 dolarów. Dalsza podróż do Holandii miała kosztować 2500 dolarów. Rajaa w drogę ruszyła sama. Jej mąż był zbyt chory. – Wierzyła, że jej się uda – mówi jej brat. A przemytnicy twierdzili: “Nie ma problemu. Wsiadasz do samolotu do Mińska. Zabierzemy cię do granicy w Polsce, przejdziesz trzy-cztery godziny piechotą, a potem jesteś w UE”.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

W Mińsku Rajaa zaopatrzyła się w ciepłe ubrania i suszone daktyle. Następnie wraz z trzema innymi uchodźcami pojechała na granicę. Wędrowali przez las, mokli, marzli. – Rajaa była coraz słabsza i wolniejsza, z trudem oddychała, co 10 minut chciała robić przerwę – opowiada Syryjczyk, który dołączył do jej grupy w lesie. W pewnym momencie zauważyli ich polskie służby. Zostali wciągnięci do ciężarówki. Ale pogranicznicy, zamiast zabrać Raję do szpitala, zawlekli ją z powrotem na Białoruś.

Ledwo mogła stać. Syryjczyk relacjonuje, że krzyknął do białoruskich strażników granicznych: “Ta kobieta umiera!”. – Ale oni tylko się śmiali – mówi. Kiedy 8 listopada białoruscy żołnierze zabrali ją do najbliższego miasta Grodna, Rajaa już nie reagowała. Na ustach miała pianę. Jednak zamiast natychmiast zabrać kobietę do kliniki, żołnierze wezwali taksówkę. Za podróż do Mińska uchodźcy musieli zapłacić 600 euro.

Serce Rai przestało bić. Mężczyźni wyciągnęli ją z samochodu i położyli na asfalcie. Wezwani ratownicy medyczni nie byli już w stanie jej pomóc.

Rodzina w Hamie dowiedziała się o śmierci Rai Hasan od swojego syryjskiego towarzysza. Przekazał im również dwa nagrania. Hasan nagrała je dla swojej matki, gdy była jeszcze w lesie, ale nie mogła ich wysłać: “Jak się masz, mamo?” – zapytała. – “Módl się za nas”.

Synek mamusi  

Kawa Anwar Mahmud al-Dżaf, 25, As-Sulajmanijja, Irak  

Gdy dowiedział się od znajomych, że przez Białoruś można dostać się do UE, Kawa Anwar Mahmud al-Dżaf nie wahał się długo. Pracował na targu w mieście As-Sulajmanijja, w północnym Iraku. Na początku listopada wyruszył stamtąd wraz z kilkoma znajomymi. Al-Dżaf zapłacił za przelot do Mińska 3500 dolarów. Na selfie widać młodego mężczyznę przed centrum handlowym. Ubrany jest w niebieską zimową kurtkę, szalik ma podciągnięty pod nos.

Jego siostra mówi, że w dzieciństwie al-Dżaf miał szczególnie bliską więź z matką. Do dziś pamięta, jak całował ją, gdy przynosiła mu prezenty lub nowe ubrania. Później al-Dżaf chodził w weekendy z przyjaciółmi w góry, piekli tam mięso na grillu, jego ulubionym daniem była szawarma. Marzył o życiu w Szwajcarii, w Europie chciał studiować informatykę.

Według ojca, który utrzymywał z nim kontakt podczas przeprawy, al-Dżaf sześciokrotnie bezskutecznie próbował przekroczyć polski płot graniczny. Dwukrotnie został odepchnięty przez polską Straż Graniczną. W końcu al-Dżaf przedostał się wraz z grupą Kurdów w głąb Polski. Wkrótce potem towarzysze al-Dżafa zadzwonili do jego ojca. Przemytnik miał zawieźć ich do Niemiec, ale jego syn nie czuł się dobrze, nie mógł chodzić. Potem kolejny telefon: byli już w samochodzie, synowi się pogarszało. Ojciec al-Dżafa szukał pomocy u swojego zięcia, który mieszka w Danii. Błagał grupę, by zabrała al-Dżafa do szpitala. Ale mężczyźni odmówili, najwyraźniej z obawy, że zostaną złapani.

23 listopada ojciec al-Dżafa odebrał ostatni telefon. Grupa dotarła do Frankfurtu. Ale jego syn nie żył.

Najmłodszy z rodzeństwa 

Ahmad al-Hasan, 19 lat, Homs, Syria

W zimny listopadowy dzień Ahmad al-Ensi siedzi w kawiarni na dworcu kolejowym w Neumünster. Minęły trzy tygodnie, odkąd przekroczył granicę z Białorusi do Polski. Nadal jest w szoku. Jego przyjaciel Ahmad al-Hasan utonął w rzece. Al-Ensi śmierci uniknął o włos.

Ahmad al-Hasan był najmłodszym z siedmiorga rodzeństwa. „Oczko w głowie rodziców” – mówią jego bracia przez telefon: ulubione dziecko. On sam wolał być nazywany Amirem. Uważał, że Ahmad to zbyt pospolite imię. Na zdjęciach al-Hasan wygląda trochę jak żigolak ze swoimi cienkimi wąsikami, wyskubanymi brwiami i prowokującym spojrzeniem.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Al-Hasan był jeszcze dzieckiem, kiedy jego rodzice uciekli z nim z Homs w Syrii do Jordanii, gdzie przez lata mieszkali w obozie. Po śmierci ojca rodzina przeniosła się do Mafraku, pustynnego miasta położonego niedaleko granicy syryjskiej.

Al-Hasan chciał zostać prawnikiem; po szkole sprzątał w budynkach administracji miasta. Zdał dobrze maturę, ale rodzinie nie starczało pieniędzy na studia. W Turcji, gdzie mieszka jego brat Salman, studia są tańsze. Ale al-Hasan nie dostał wizy.

– Al-Hasan nie mówił zbyt wiele, zwłaszcza o sobie – twierdzą jego bracia. Przypadkowo dowiedzieli się, że ma w Damaszku dziewczynę, którą poznał w mediach społecznościowych i chciał się z nią ożenić. Na krótko przed wyjazdem powiedział im, że wraz ze swoim przyjacielem Ahmadem al-Ensi chce się dostać do Europy przez Białoruś. Powiedział bratu, żeby się o nic nie martwił, że wszystko będzie proste.

Al-Ensi do Mińska poleciał jeden dzień później niż al-Hasan. Na swoim kanale TikTok opublikował film, jak żegna się z rodziną w Damaszku. Płakał i przytulał się do swoich bliskich.

W Mińsku przyjaciele zarezerwowali pokój w hotelu “Białoruś”. Spacerowali po mieście, robili zdjęcia. Jedno z nich przedstawia al-Hasana w kraciastych spodniach i czarnej marynarce, opierającego się jedną nogą o ścianę.

Chociaż obaj Syryjczycy zapłacili za siedem noclegów w hotelu Belarus, po dwóch dniach powiedziano im, że czas jechać na granicę. Niejaki Abu Adam, który miał zorganizować ich ucieczkę do Polski, żądał 2500 dolarów od osoby. Irakijczyk zabrał dwóch chłopców do granicy samochodem, razem z sześcioma innymi uchodźcami. Ostatnie kilometry do Polski mieli pokonać pieszo, pod osłoną ciemności.

Około trzeciej nad ranem grupa dotarła do granicznej rzeki Bug. Podeszło do nich czterech białoruskich żołnierzy z karabinami maszynowymi i psami. Kazali uciekinierom nadmuchać gumowe pontony. Potem popędzili ich w stronę rzeki.

Al-Ensi pamięta, że ostrzegł al-Hasana: “Nie damy rady przepłynąć”. Ale jego przyjaciel już wszedł do łodzi. Podszedł do nich żołnierz. Kiedy al-Ensi powiedział, że chce zawrócić, żołnierz rozkazał tylko: “Idź do Polski!”. Następnie odepchnął łódź od brzegu.

Dwaj przyjaciele dopłynęli mniej więcej do połowy rzeki. Nagle rwący nurt wywrócił ponton. Al-Hasan i al-Ensi wpadli do wody. Al-Ensi uderzył głową o kłodę, mocno się jej złapał i dzięki niej się uratował. Słyszał, jak al-Hasan wciąga powietrze. Potem nastąpiła cisza.

Nie wiedziała o ciąży

Avin Irfan Zahir, 38 lat, Zachu, Irak  

Avin Irfan Zahir i jej mąż Baravan Husni Murad mają pięcioro dzieci. Najmłodsze ma osiem, najstarsze 16 lat. Para nie miała pojęcia, gdy wyjeżdżała z Iraku na Białoruś, że Zahir jest w kolejnej ciąży.

Przez wiele dni rodzina wędrowała przez pogranicze polsko-białoruskie. Zahir czuła się coraz gorzej. W pewnym momencie ledwo była w stanie chodzić. Kiedy polscy aktywiści odnaleźli rodzinę w lesie, Zahir leżała na ziemi, jęcząc: nie jadła od dwóch dni, pluła żółcią. Dziecko w jej brzuchu już wtedy nie żyło.

Przez trzy tygodnie lekarze w polskim szpitalu walczyli o życie Zahir. Bezskutecznie. Baravan Husni Murad nadał nienarodzonemu dziecku imię Halikari. Teraz chce wrócić do Iraku.

Dobre serce 

Issa Jerjos, 24 lata, Al Bayah, Syria  

Ponad miesiąc po tym, jak Issa Jerjos rozpoczął podróż do Europy, 300 osób zebrało się w jego wiosce w zachodniej Syrii, aby go upamiętnić. W kościele, jak opowiadają nam przez telefon uczestnicy nabożeństwa, pastor modlił się za Jerjosa, chrześcijanina.

Issa Jerjos był najstarszym synem kierowcy ciężarówki. Na zdjęciach widać silnego młodego mężczyznę o ciepłych brązowych oczach, z włosami zaczesanymi do tyłu i starannie przystrzyżoną brodą. Dziewczyna Jerjosa, Bernadate, zakochała się w Issie prawie dziesięć lat temu. Wtedy oboje byli jeszcze nastolatkami, chodzili do tej samej szkoły.

Bernadate często wraca teraz myślami do cytrusowego zapachu perfum, których Issa zawsze używał. Przypomina sobie złoty krzyżyk, który podarował jej dwa lata temu. Opowiada, jak Jerjos wyrył w drzewie jej inicjały na znak miłości. – Issa nigdy mnie nie okłamał – mówi – Miał dobre serce.

Jerjos i Bernadate marzyli o ślubie. Jerjos porzucił studia informatyczne, aby zarobić na utrzymanie rodziny. W Bejrucie dostarczał jedzenie na motocyklu, później pracował jako uliczny sprzedawca w Irbilu w Kurdystanie. Co miesiąc przysyłał do domu 100 dolarów, czasem trochę więcej. Kiedy i w Irbilu nie dało się już zarobić, Jerjos zdecydował się wyjechać do Europy. Jego nowym celem były Niemcy.

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl / / Agencja Gazeta

15 września przybył do Mińska. Z dwoma Syryjczykami, których spotkał po drodze, dotarł do Polski. Ale polskie służby bezpieczeństwa, jak napisał do swojej dziewczyny przez WhatsApp, złapały go i zmusiły do powrotu na białoruską stronę.

Przy drugiej próbie zgubił swoich towarzyszy i szedł samotnie. O wpół do trzeciej nad ranem wysłał swojej dziewczynie ostatnią lokalizację. Wtedy, jak mówi Bernadate, rozładowała się bateria w jego telefonie komórkowym. Nigdy więcej o nim nie słyszała.

Polskie organizacje pozarządowe poszukiwały wówczas Jerjosa. 13 października polscy policjanci znaleźli jego ciało na polu – niedaleko miejsca, z którego wcześniej wysłał wiadomość do swojej dziewczyny.

Krewni Jerjosa do dziś nie wiedzą, co spowodowało jego śmierć. Polska prokuratura wszczęła śledztwo, jego rodzina zatrudniła adwokata, mają nadzieję, że uda im się przyjechać do Polski na grób Issy.

Rodzinny człowiek 

Ahmed Hamed al-Zabhawi, 29 lat, Nadżaf, Irak  

– Al-Zabhawi był żonaty, jego córka Azal ma dwa lata. Mimo ukończenia biznesowych studiów nie mógł znaleźć pracy. Chciał wyjechać do Niemiec, żeby zarobić pieniądze dla rodziny – mówi przez telefon jego brat Haidar. Podróż do Polski przez Białoruś miała kosztować 5000 dolarów, al-Zabhawi pożyczył na nią pieniądze.

We wrześniu przez kilka dni przemierzał las między Białorusią a Polską z dwoma uchodźcami z Iraku. Jeden z jego towarzyszy kilkakrotnie przesyłał rodzinie namiary. W pewnym momencie Haidar al-Zabhawi otrzymał w Iraku wiadomość: Ahmed jest chory. Rzucał przedmiotami i rozebrał się. Haidar al-Zabhawi poprosił, aby jego brata zawieźć do najbliższego szpitala. “To zbyt niebezpieczne” – napisała towarzyszka.

Mężczyźni chcieli zostawić Ahmeda al-Zabhawiego w lesie. Haidar rozkazał przemytnikowi, by nie zabierał ich bez jego brata. Irakijczycy powiedzieli mu: “Nie wiemy, jak mu pomóc”. Następnego dnia napisali do Haidara: “Twój brat nie żyje”.

Diabetyk 

Gaylan Dler Ismail, 25 lat, Irbil, Irak  

Gaylan Dler Ismail ledwo mógł mówić podczas ostatniego połączenia przez aplikację WhatsApp ze swoim bratem Goranem: “Przysięgam na Koran, wcale nie czuję się dobrze. Nie mam już nawet siły, żeby wstać. Ale proszę, nie mów mamie”. Kilka godzin później już nie żył, zmarł z powodu hiperglikemii.

Goran i jego ojciec Mahmood siedzą w listopadowy poranek w domu rodzinnym na obrzeżach Irbilu, w północnym Iraku. Zaciągnęli zasłony i wyłączyli telefon. Dwa dni wcześniej pochowali Gaylana, teraz próbują poradzić sobie z żalem i gniewem. “Europejczycy twierdzą, że przestrzegają praw człowieka” – mówi Mahmood Dler Ismail – “To dlaczego zostawili moje dziecko w lesie, na śmierć?”

53-letni rolnik Mahmood prowadził beztroskie życie. Jego żona urodziła mu czterech synów i dwie córki. Wojna, która zniszczyła dużą część Iraku, oszczędziła jego rodzinę. Jedynie drugi, najstarszy syn Gaylan przysparzał mu trosk. Cierpiał na cukrzycę, nabawił się zapalenia kręgosłupa, w końcu z trudem poruszał prawą ręką i nogą. Mahmood nie mógł znaleźć w Iraku lekarza, który mógłby złagodzić ból jego syna. Chciał wysłać go na leczenie do Niemiec, ale konsulat w Irbilu odmówił mu wizy.

Kiedy latem w Irbilu rozeszły się pogłoski, że Irakijczycy mogą dostać się do Europy przez Białoruś, Mahmood uznał, że nadeszła szansa dla Gaylana. Wykorzystał swoje oszczędności i sprzedał dom, by wysłać syna do Niemiec. Towarzyszyć mu mieli dwaj inni synowie Arkan i Govand oraz córka Iman, a także jej mąż i dziecko. Przemytnikowi Mahmood zapłacił 20 000 dolarów.

Jego dzieci nie wiedziały, że Polska nie wpuszcza przybyszów. Arkan Dler Ismail, brat Gaylana, opowie później w Mińsku o tym, że nie przypuszczali, że na granicy czeka ich przemoc.

Przy pierwszej próbie grupa dotarła do Polski, ale została odepchnięta z powrotem przez granicę przez polskich żołnierzy. Przy drugiej próbie Iman Dler Ismail złamała kostkę. Trafiła do polskiego szpitala, wszyscy pozostali musieli wrócić na Białoruś, gdzie zostali rozdzieleni przez służby bezpieczeństwa. Szwagier Gaylana został zamknięty w obozie karnym. Dla diabetyka Galyana była to katastrofa. W plecaku szwagier niósł insulinę.

Po wielu dniach spędzonych w lesie Gaylan Dler Ismail nie mógł już chodzić. Jego brat Arkan niósł go na plecach. – Polscy żołnierze odmówili jakiejkolwiek pomocy –  mówi Arkan. – Tylko patrzyli, jak Gaylan umiera.

Ciało Gaylana Dler Ismaila zostało przewiezione do Iraku. Jego szwagier również wrócił z dzieckiem do Irbilu. Natomiast Arkan i Govand nadal przebywają w Mińsku, ich siostra Iman wyszła ze szpitala w Polsce i wyjechała do Niemiec.

Rodzina Mahmooda musi się wyprowadzić ze sprzedanego domu w Irbilu do końca roku. Mahmood mówi, że mimo wszystko wysłałby swoje dzieci do Europy ponownie. – Jaki mamy inny wybór? –  pyta.

Cukiernik 

Farhad Nabo, 33 lata, Kobane, Syria  

Farhad Nabo był cukiernikiem w Kobane w północnej Syrii. W wolne dni grał w piłkę nożną z dwoma synami. O planach ucieczki nie mówił prawie nikomu. Chciał później ściągnąć do Europy rodzinę.

Po kilku nieudanych próbach, w październiku udało mu się wraz z innym Syryjczykiem przekroczyć granicę Polski. Na filmie opublikowanym na TikTok mężczyzna przedstawiał Nabo jako swojego towarzysza, ten śmieje się i macha do kamery. Nabo był przekonany, że wkrótce dotrze do celu, kiedy w Polsce wsiadł do samochodu przemytnika. Jednak gdy przemytnik uciekał przed policją, zderzył się z ciężarówką. Nabo zginął na miejscu.

“Farhad marzył o tym, żeby odprowadzić swoich synów do szkolnego autobusu i nie musieć się o nich bać” – mówi przez telefon jego teść. Chce sprowadzić jego ciało z powrotem do Syrii.

Fan piłki nożnej 

Mostafa al-Raimi, 37 lat, Sana, Jemen  

Mostafa al-Raimi trzykrotnie próbował przedostać się na Zachód w legalny sposób. Bezskutecznie starał się o wizy do USA, Francji i Holandii, zanim jesienią zdecydował się na nielegalną drogę. Z Arabii Saudyjskiej ruszył do Kairu. Tam przemytnik obiecał, że przez Mińsk zawiezie go do Polski. Dalej miał jechać do Niemiec lub Holandii – tylko ostatnia część podróży miała kosztować 1,8 tys. euro.

Al-Raimi pochodzi z zamożnej rodziny. Jego ojciec był sędzią, brat pracuje w jemeńskim konsulacie w Arabii Saudyjskiej. Rodzina opisuje go jako spokojnego, przyjaznego człowieka, który dużo się śmiał i kochał piłkę nożną. Przed wojną domową w Jemenie al-Raimi studiował księgowość w stolicy kraju, Sanie. Później znalazł pracę w saudyjskim banku w Jeddah. – Praca była jednak niepewna, ponieważ coraz więcej zagranicznych pracowników zastępowali Saudyjczycy – mówi przez telefon jego brat Salah al-Din.

Al-Raimi wyruszył do Europy w pojedynkę. Obiecał swojej żonie i dwójce dzieci, że zabierze je do siebie, gdy tylko dotrze do Holandii. Wraz z dwoma innymi Jemeńczykami i czterema Syryjczykami próbował przekroczyć granicę z Polską. Podczas ucieczki przed polskimi żołnierzami mężczyźni rozdzielili się. Grupie udało się zebrać po kilku godzinach, ale po al-Raimi słuch zaginął. Jego ciało polska Straż Graniczna odnalazła trzy dni później.

Gdy Salah al-Din al-Raimi dowiedział się o śmierci brata, udał się do Polski. Słyszał, że tej nocy, kiedy zginął jego brat, na granicy doszło do strzelaniny. W kostnicy dokładnie oglądał ciało Mostafy, szukając ran postrzałowych. Niczego nie znalazł, jego brat najwyraźniej zmarł z przyczyn naturalnych. Lekarze twierdzą, że to był atak serca. Salah al-Din al-Raimi postanowił pochować brata w Polsce. Był jedynym krewnym obecnym na pogrzebie.

Sfrustrowany 

Kurdo Khalid, 35 lat, Irbil, Irak  

Kurdo Khalid chciał tylko odpocząć. Pod koniec października wrócił do Mińska z pogranicza polsko-białoruskiego, wycieńczony i wyczerpany. Przez wiele dni Irakijczyk próbował znaleźć drogę do UE wraz ze swoim młodszym bratem. Bezskutecznie. Khalid był sfrustrowany; kilka lat temu udało mu się dotrzeć aż do Wielkiej Brytanii, gdzie przez pewien czas pracował.

Złożył plecak i śpiwór w obskurnym hostelu w centrum białoruskiej stolicy, poszedł do pobliskiego centrum handlowego Galleria, ważnego miejsca spotkań uchodźców. Chciał się czegoś napić i coś zjeść, usiadł przy jednym ze stolików na piątym piętrze, między budkami z przekąskami a kawiarniami. Według naocznego świadka, Irakijczyka, nagle osunął się, spadł z krzesła i zastygł bez ruchu na podłodze. Ratownicy bezskutecznie próbowali reanimować Khalida. Później mówiono, że Irakijczyk zmarł na udar mózgu.

Artystka 

Wafaa Kamal, 38 lat, Bagdad, Irak  

Wafaa Kamal miała nadzieję, że jej jedenastoletni syn zostanie lekarzem w Europie, ośmioletniej córce życzyła kariery architektki.

– Kamal kochała piękno i światło – mówi nam przez telefon jej mąż Haidar. Studiowała sztukę w Bagdadzie. Wolny czas spędzała na haftowaniu i wycieczkach z sześciorgiem rodzeństwa. Życie rodziny było idylliczne. Ale po tym, jak Wafaa i Haidar Kamal zaczęli pracować dla organizacji międzynarodowych, zaczęły się groźby ze strony szyickich bojówek. W swoim domu nie czuli się już bezpiecznie. Za 7200 dolarów rodzina zarezerwowała podróż z Bagdadu do Mińska, skąd chciała kontynuować podróż do UE.

W okolicach Grodna przedostali się przez zaporę z drutu kolczastego do polskiej zamkniętej strefy. Za płotem miał ją odebrać przemytnik i przewieźć do Niemiec. Kamalowie zdeponowali kolejne kilka tysięcy dolarów w firmie ubezpieczeniowej w Turcji. Nie dotarli jednak na umówione miejsce spotkania.

27936598

27936599

Podlasie, miejsce w lesie, w którym było obozowisko uchodźców.Podlasie, miejsce w lesie, w którym było obozowisko uchodźców. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Po kilku dniach spędzonych w lesie Wafaa Kamal zachorowała. Ledwo mogła oddychać. Haidar Kamal pobiegł do najbliższej drogi. Po kilku minutach przyjechały polskie służby bezpieczeństwa. Ale, jak relacjonuje Haidar,  zamiast zabrać Wafę do szpitala, zawlekli rodzinę z powrotem na granicę.

Po stronie białoruskiej rodzina spędziła kolejną noc w lesie. 19 września o szóstej rano serce Wafy Kamal przestało bić. Haidar po kilku godzinach odnalazł białoruskich żołnierzy. Jak twierdzi, szantażowali go i przysłali mu pomoc dopiero, gdy obwinił Polaków o śmierć żony. Wkrótce potem białoruscy śledczy nagrali dwa filmy, które później umieścili w internecie. Haidar Kamal twierdzi w nich, że polscy żołnierze pobili jego żonę na śmierć. Przez kilka sekund na nagraniu pokazano nieruchome ciało jego żony, która nie ma już na sobie butów. Polscy żołnierze zdjęli je z niej – napisała białoruska służba bezpieczeństwa.

Akt zgonu mówi, że Wafaa Kamal zmarła z powodu hipotermii. Dzieci trafiły do przytułku, Haidar Kamal do więzienia.

Po ośmiu dniach został zwolniony. Z 8400 dolarów, które miał przy sobie na początku pobytu w więzieniu, urzędnicy oddali mu tylko połowę. Pobrali 4200 dolarów za „zakwaterowanie” rodziny, testy na COVID-19 i przelot z powrotem do Bagdadu.

Przewoźnik też zarobił na cierpieniu Kamalów. Haidar musiał zapłacić 5138 dolarów za transport ciała swojej żony do ojczyzny.

tłum. Bartosz T. Wieliński





Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close