Politics

Matura 2021. Nauczyciele oburzeni zmianami – Społeczeństwo




Nauczyciele słali petycje, by nie wprowadzać zmian, bo uczniowie sobie nie poradzą. Na pisemnym egzaminie z polskiego mają dostać nie jeden, jak dotąd, a dwa arkusze. Mają napisać wypracowanie, które będzie musiało liczyć minimum 400 wyrazów, choć dotąd wystarczyło 250. Poloniści nie mają wątpliwości: będzie trudniej, nie łatwiej. Oburzają się, że te zmiany spadną na uczniów najpierw poturbowanych reformą, teraz pandemią.


– Matura stała się u nas sposobem zakończenia szkoły średniej, a jednocześnie bezterminowym dokumentem upoważniającym do tego, by w dowolnym momencie ubiegać się o przyjęcie na studia. Manipulowanie poziomem trudności jest karygodne. Nie można podnosić czy obniżać wymagań, dlatego, że jest pandemia albo dlatego, że taki kaprys ministra. Manipulowanie oznacza, że świadectwa wydane w różnych latach – choć nominalnie równorzędne – w rzeczywistości równorzędne nie będą. Rocznik, który dostanie łatwiejsze zadania mając wynik 60 proc. z polskiego czy matematyki będzie wiedział dużo mniej, niż rocznik mający taki sam wynik, ale już po podniesieniu poziomu trudności zadań. Minister powinien trzymać swoje brudne paluchy z dala od poziomu matur, a Centralna Komisja Egzaminacyjna pilnować, żeby trudność zadań była w każdym roku podobna, bo inaczej świadectwa przestają być porównywalne, a proces rekrutacji na uczelnie po prostu niesprawiedliwy.



W petycjach do ministra i premiera nauczyciele zwracali uwagę nie tylko na to, że wyniki zmienionej matury z pewnością będą słabsze, niż wyniki wcześniejszych roczników i to sprawi, że aplikując na studia będą w gorszej sytuacji. Jest obawa, że uczniowie, którzy zderzyli się z reformą, pandemią, a za rok mają zderzyć się z nową maturą, po prostu tego nie wytrzymają, mogą się załamać psychicznie.


– Przy naborze na studia nikt – patrząc na wyniki egzaminów maturalnych – nie będzie analizować, czy te 60 proc. z polskiego albo matematyki, to jest 60 proc. uzyskane przed podniesieniem wymagań, czy po. Kto będzie miał słabszy wynik, choć większą wiedzę, może zostać wyparty przez tego, kto wie mniej, ale uzyskał lepszy wynik, bo zdawał przed podniesieniem maturalnych wymagań. Ten z marną wiedzą zajmie miejsce temu, kto wie więcej i może doczołga się jakoś do licencjatu, a może i nie. To wszystko jest nieracjonalne. Wynik egzaminu nie jest orderem, który można wręczyć według uznania. To ma by obiektywna informacja, która odzwierciedla poziom wiedzy i pozwala prognozować dalszą karierę edukacyjną. Wynik matury jest rodzajem obietnicy złożonej uczelni: weźcie tego kandydata, on sobie poradzi na studiach. Dlatego nie można mieszać w systemie egzaminacyjnym, bo to mieszanie prowadzi jedynie do zamieszania i może się źle skończyć.



Są zmiany na liście lektur. Wydłużono ją, ale nie ma Witolda Gombrowicza, utworów Osieckiej czy Młynarskiego. Poloniści mówią, że zniknęło to, co buntownicze.


– Myśląc o zmianach maturalnych, martwię się o obiektywną ocenę umiejętności matematycznych, wiedzy z fizyki, biologii, bo od tego zależy, jakich będziemy mieć lekarzy czy inżynierów. Kwestia lektur, to inna sprawa. Wyraźnie widać, że w zmianach, jakie w ogóle wprowadza się w szkołach, nie jest istotne to, czy będziemy mieć dobrych lekarzy i inżynierów, a bardziej chodzi o to, żebyśmy mieli społeczeństwo posłusznie słuchające władzy, dające na tacę, nie lubiące innych, twierdzące, że Polska ponad wszystko. To jest testament Dmowskiego, bardzo prosty do zapamiętania, pan Czarnek nie musiał się wysilać. Od kilku lat obserwujemy, jak wpycha się oświatę na endeckie tory. Mówię o tym z oburzeniem, a równocześnie zbyt szanuję uczniów, by przypuszczać, że dadzą się złapać na dziewiętnastowieczny nacjonalizm, dwudziestowieczny antysemityzm, na kult autorytarnej władzy. Obserwując studentów zauważam, że choć wynieśli ze szkół średnich mniej, niż dawniej się wynosiło, to mają zachowaną zdolność samodzielnego myślenia.


Czytaj też: Barbara Nowak mówi o „Dziadach” Kleczewskiej tak samo, jak komuniści mówili o „Dziadach” Dejmka



Będą czytać, to, co – według tej władzy – jest niewarte przeczytania?


– Na razie robi się wiele, by w ogóle zabić czytanie. I nawet nie chodzi tu o ideologiczne układanie listy autorów i tytułów. Dawniej chodziło o to, by uczeń czytając umiał wydobyć to, co niesie za sobą lektura. Nie chodziło o skupienie się na szczegółach akcji, na tym, co kto i w której części powiedział albo jak wabił się pies Ignacego Rzeckiego z „Lalki” Bolesława Prusa. Z czasem przesłanie i konstrukcja przestały być ważne, znaczenia nabrały szczegóły świata przedstawionego. Uczeń ma wykazać, że dobrze zna lekturę i robi to tak, jak dawniej wyznawcy, którzy wykazywali się cytując Pismo Święte – z podaniem rozdziału i wersu. To zabija czytanie. Jeżeli przez cztery lata w liceum uczniowie mają tak podchodzić do lektur, to nie będą czytać. A przecież wielka literatura nas kształtuje, dzięki niej potrafimy się porozumieć, mamy poczucie wspólnoty, więc boję się tych szkód związanych z brakiem uczestnictwa we wspólnej kulturze. I o ile nie sądzę, by tej władzy udało się ostatecznie złamać niezależności młodych ludzi, to boję się, że ze szkół wyjdą, co prawda niezależni, ale barbarzyńcy.


Wcześniej – choć zdarzali się różni ministrowie – to większość zdawała sobie sprawę, że ze szkołą trzeba ostrożnie, bo tu chodzi – może to zabrzmi górnolotnie – o duszę społeczeństwa. Szarpać się, wprowadzać zmiany, bo akurat minister ma koncepcje, jest rzeczą karygodną, barbarzyństwem. Jednak przedsmak mieliśmy już za pierwszych rządów PiS, gdy za edukację odpowiadał Roman Giertych. Teraz uczestnik ruchu oporu, a wówczas minister rozpychający się w szkołach. Żądał umundurowania uczniów, skreślał jedne lektury, wprowadzał nowe, o nic nie pytał, miał swoją koncepcję. Teraz koncepcję ma minister Czarnek.



Nie powinno dziwić?


– Nie powinno. Całym sobą mówi: ja wam pokażę, co to znaczy endecki minister. Ostatnio coraz częściej pokazuje się też w mediach Anna Zalewska. Uważam, że powinna stanąć przed Trybunałem Stanu. Są obiektywne dane wskazujące, że po wprowadzonej przez nią reformie uczniowie funkcjonują gorzej, mniej umieją, bardziej cierpią, mają kłopoty z równowagą psychiczną. Teraz uwaga wielu skupia się na tym, jak ma wyglądać matura w 2023 roku, ale tak naprawdę i to od kilku lat stawką jest coś znacznie większego. Można powiedzieć, że teraz dyskusja toczy się wokół egzaminacyjnych drobiazgów.



Od tego, jak będzie wyglądać matura zależy przyszłość tych młodych osób. Trudno się dziwić, że boją się tego grzebania w egzaminach.


– Mam nadzieję, że Centralna Komisja Egzaminacyjna postara się jakoś minimalizować straty i tak oceniać tych młodych ludzi, by nie zrobić im krzywdy. Przecież nie składa się z kompletnych głupców i musi sobie zdawać sprawę z tego, że jeżeli odsetek niezdanych egzaminów będzie bardzo wysoki, to taka masowa katastrofa będzie mieć swoje konsekwencje. Może dojść do buntu. A wtedy będzie żal, że minister Czarnek rezyduje w budynku mającym historyczne znaczenie, nikt by chyba nie chciał, żeby zabytek został zniszczony przez demonstrantów.


Czytaj też: „Córka zaczęła się ciąć. Zdalne lekcje ją rozwalają. Wciąż żyjemy w strachu o nią”



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close