Politics

Miesiączka w obozach koncentracyjnych. „Chroniła przed gwałtem i eksperymentami” – Społeczeństwo



Jeśli już ktoś dotyka tematu, to tylko w kontekście „problemu medycznego”. Na przykład opisując przymusową sterylizację, wpływ stresu na układ rozrodczy czy to, co dzieje się na poziomie biologicznym, kiedy kobieta przestaje krwawić. Wszystko kręci się więc tu właściwie wokół owulacji, a nie menstruacji, jako takiej.



Co odkryłaś, zagłębiając się w ten temat?


– To, że mnóstwo kobiet, które trafiły do obozów koncentracyjnych poruszało temat menstruacji. I to mimo że jednocześnie postrzegały to jak temat tabu. Okres był jednak częścią ich identyfikacji. Czasem wpływał na to, czy czuły się w ogóle dalej kobietami – po tym, jak ogolono im głowy, poturbowano psychicznie, seksualnie, gdy schudły, to właśnie miesiączka była dla nich ostatnim atrybutem kobiecości.


Jednak po wywiezieniu do obozów i gett, z powodu niedożywienia i szoku, znaczna liczba kobiet będących ofiarami Holokaustu w wieku rozrodczym przestała miesiączkować. A brak menstruacji odbierał resztki „bycia kobietą” i wywoływał przykre myśli o macierzyństwie. O tym, czy „kiedy się to wszystko skończy” ofiary będą w stanie urodzić dziecko. Te elementy tożsamościowe były ważne także dla zachowania poczucia człowieczeństwa jako takiego.


Erna Rubinstein, polska Żydówka, miała 17 lat, gdy trafiła do obozu. Potem w pamiętniku wydanym w 1986 roku pod tytułem „Ocalona w nas wszystkich” pisała: „Czymże jest kobieta bez chwały na głowie, bez włosów? Kobieta, która nie miesiączkuje?”.


Zobacz również: Szukali zdrowych kobiet, żeby amputować im nogi. Ludzkie króliki doświadczalne z Ravensbrück



Zdaje się jednak, że brak okresu potrafił też przynosić ulgę?


– Przeżycia kobiet w obozach nazywam czasem „menstruacyjnym paradoksem”. Często rzeczywiście czuły ulgę, że nie mają okresu, bo nie zajdą w ciążę po gwałcie i nie muszą szukać sposobów na tamowanie krwi. Z drugiej, to wywoływało wspomnianą obawę, że stały się nieodwracalnie bezpłodne i nigdy nie zostaną matkami. Sytuacja trochę, jak z „Paragrafu 22” Josepha Hellera.


Jedna z kobiet, która przetrwała, opowiadała o tym, że mimo że „okres jest nieczysty”, to denerwowała się, że go nie ma. Była nastolatką, a zaczęła się czuć, jak stara kobieta. Gdy z innymi uwięzionymi zaczęła się zastanawiać, czy okres kiedykolwiek im wróci, to ogarnęło je przerażenie. Bały się, że to może to intencjonalne działanie nazistów, by już zawsze były bezpłodne. Że ich plan, by w ten sposób doprowadzić do eksterminacji Żydów, działa.



A jak radziły sobie te, które miesiączkowały?


– Rzeczywistość obozowa sprawiała, że miesiączkę trudno było ukryć. Kobiety w obozach często miały utrudniony dostęp do wody. Opisują, że chodziły brudne i lepiące się, co sprawiało, że czuły się jak podludzie.


Część starało się radzić sobie rwąc na kawałki bieliznę czy ubrania, które dostały. Odrywały małe kawałeczki, zwijały i to pozwalało się im zabezpieczyć. Te skrawki materiału były traktowane, jak skarb. Jeśli tylko była możliwość, to prały je. Nosiły je przy sobie i starały się nie zgubić.


Zdarzało się, że więźniarki kradły je od siebie nawzajem. Częściej je jednak sobie pożyczały czy wymieniały na inne cenne towary. Materiały chroniące przed miesięczną krwią stały się częścią obozowej mikroekonomii.



Mówisz o pożyczaniu sobie tych porwanych kawałków materiału. Bywało, że kobiety pomagały sobie nawzajem „przetrwać” menstruację?


– Wielu historyków zajmujących się Holokaustem mówi o tym, jak bardzo obozy dzieliły ludzi, odsuwały ich od siebie, skłócały. Jednak w tym przypadku można było obserwować rodzaj niesamowitego siostrzeństwa. Starsze kobiety opiekowały się dziewczynkami, które dostały pierwszego okresu w obozie. A wcześniej często nie miały nawet z kim porozmawiać o miesiączce. Bardziej doświadczone osadzone przyjmowały więc trochę rolę matek czy starszych sióstr. Przewodniczek po tym procesie.


Na przykład 13-letnia Tania, która dostała okresu w obozie, zupełnie nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Czuła ogromny wstyd i lęk, że się wykrwawi i umrze. Dopiero starsze kobiety wytłumaczyły co się dzieje i jak ma sobie z tym radzić.



Zaskoczyło mnie, że menstruacja mogła też chronić. Brutalność obozów była ogromna, a tu okazuje się, że miesięczna krew sprawiała, że niektórzy rezygnowali z przemocy seksualnej wobec krwawiących dziewczyn.


– Nawet tam, w takich okolicznościach ludzie mieli wdrukowane, że okres to coś złego i brudnego. Naturalny cykl kobiecego ciała był postrzegany jako coś gorszego niż gwałt. W pamięci utkwiła mi historia Lucille Eichengreen. We wspomnieniach przytaczała, jak w obozie Neuengamme zimą 1944 roku znalazła szalik. Uznała, że zabierze go ze sobą i będzie mogła czasem ogrzać ogoloną na łyso głowę.


Gdy zawołał ją jeden ze strażników, niewiele myśląc ukryła szalik między nogami – nie wolno było posiadać takich przedmiotów. Niemiec próbował ją zgwałcić, ale odkrył szalik i to, że jest cały we krwi. To powstrzymało go przed przemocą, bo Lucille wydała mu się „zbyt obrzydliwa”. Ironiczne, prawda? Przecież to gwałt powinien być postrzegany, jako obrzydliwy, a menstruacja jako coś akceptowalnego.



Czasem okres chronił też przed eksperymentami medycznymi?


– Obozowi lekarze uznawali, że nie będą poddawać zabiegowi krwawiącej kobiety, bo zbyt im zababrze sprzęt i gabinet. Takie doświadczenie miała na przykład Elżbieta Feldman osadzona w Auschwitz.


Powszechne były „eksperymenty na macicach”. Elżbieta została wezwana na taką operację. Gdy lekarz zobaczył zakrwawioną bieliznę, odmówił wykonania zabiegu. Od tego czasu Elżbieta – już specjalnie – zakładała brudne, zakrwawione ubrania, żeby uchronić się przed eksperymentami. Ten sposób zdał test aż cztery razy.



Jak myślisz, co to podejście do tematu – a więc unikanie go – mówi nam o współczesnym świecie?


– To pokazuje, jak mocno jesteśmy wszyscy osadzeni w patriarchacie. Dalej z filmów czy reklam płynie przekaz, że to coś niewłaściwego. Kojarzysz te reklamy środków higienicznych, gdzie na podpaskę wylewa się nie krew, ale jakiś niebieski płyn? Przecież to jak znak: krwi pokazywać nie wolno. Tymczasem w filmach akcji czy horrorach oglądamy, jak z ludzi wypruwa się flaki i nie robi to na nas żadnego wrażenia.


W czasie wojny nie było czegoś takiego, jak „artykuły higieniczne na okres”. I z jednej strony doceniam, że teraz je mamy, ale też denerwuje mnie mówienie o nich właśnie w kontekście higienicznym. Bo to znów każe myśleć o okresie, jako o czymś, co należy „zdezynfekować”. Utrudnia rozmowy o menstruacji, a bez nich wiele tracimy. Chociażby pełne spojrzenie na wydarzenia historyczne i to, jak kształtowały postawy w codziennych sytuacjach.


Czytaj też: „Wieszają się na gałęziach albo patrzą na horyzont, aż w końcu strzelają sobie w skroń”. Polarna klęska Hitlera



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close