Politics

Nowa Unia (wschodnio)Europejska. Czy Londyn mo¿e staæ siê politycznym liderem wschodniego bloku pañstw?


Władysław Inoziemcew, doktor nauk ekonomicznych, jest dyrektorem Centrum Studiów Społeczeństwa Postindustrialnego (Moskwa, Rosja). Tekst powstał pod koniec lutego, jeszcze przed agresją Rosji na Ukrainę. 

1 lutego w Kijowie podczas wizyty w Ukrainie premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona i szefa polskiego rządu Mateusza Morawieckiego proklamowano utworzenie sojuszu brytyjsko-polsko-ukraińskiego, który, jak od razu zauważyło wielu ekspertów, miałby przede wszystkim charakter polityczno-obronny. Myślę, że powstanie tego sojuszu było na dobrą sprawę nieuniknione, i to nie tylko z racji tradycyjnej podejrzliwości Wielkiej Brytanii wobec Rosji, czyniącej ją teraz sojusznikiem Ukrainy.

Przyczyny zbliżenia są bardziej fundamentalne. Po zerwaniu długiego i niezbyt udanego mariażu z Europą kontynentalną Wielka Brytania poszukuje dla siebie nowej roli w Europie i na świecie. Dziś jednak wpływy mierzy się rolą kraju w tym czy innym pakcie lub sojuszu. Dlatego Londyn rozbudowuje współpracę ze Stanami Zjednoczonymi i swoimi dawnymi dominiami (vide utworzony właśnie sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i Australią) i „aktywnie poszukuje” nowych konfiguracji w Europie.

Wielka Brytania nie chce izolować się od polityki europejskiej, co zademonstrowała 60 lat temu, gdy w odpowiedzi na utworzenie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej powołała Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu, przeciwstawiając konwencję sztokholmską taktatowi rzymskiemu. EFTA odniosła spory sukces, łącząc w sumie dziesięć krajów – samą Wielką Brytanię oraz Norwegię, Szwecję, Austrię, Szwajcarię, Danię, Portugalię, Finlandię, Islandię i Liechtenstein. Kiedy w 1973 r. Wielka Brytania przystąpiła do EWG, czemu długo sprzeciwiała się Francja, los alternatywnego bloku został przesądzony – przez następne 20 lat większość członków EFTA poszła za przykładem lidera. Pod koniec lat 90. w stowarzyszeniu zostały tylko Szwajcaria, Norwegia, Islandia i Liechtenstein.

Warto jednak zauważyć, że organizacja nie została rozwiązana – w 2001 r. konwencję sztokholmską zastąpiła konwencja z Vaduz z poprawkami, a członkowie EFTA utworzyli razem z UE Europejski Obszar Gospodarczy i weszli do strefy Schengen, ściśle współpracując w wielu dziedzinach z Unią Europejską. Do dziś obok UE istnieje de facto rodzaj „małej” unii europejskiej, której członkowie akceptują wiele wspólnych europejskich norm, budują z UE jedną gospodarkę, a nawet składają się do jej budżetu. Jednocześnie są bardziej niezależne politycznie, rezygnując z korzyści ekonomicznych z członkostwa w zjednoczonej Europie, takich jak dotacje w ramach Wspólnej Polityki Rolnej czy pomoc infrastrukturalna z ogólnoeuropejskich funduszy rozwoju.

Czas na “reanimację” EFTA

Sojusz z udziałem Wielkiej Brytanii i Ukrainy każe myśleć, że nadszedł czas na nie tyle militarno-polityczne, ile społeczno-gospodarcze „oswojenie” Europy Wschodniej. Kiedy w latach 90. i na początku XXI wieku doszło do rozszerzenia NATO i UE, w Moskwie rządzili ludzie bardziej niż dziś racjonalni i zrównoważeni. Poza tym Europa przyjęła do swego grona kraje, które uważała za chwilowo przez nią utracone po II wojnie światowej – ich powrót nie wydawał się problemem dla samych Europejczyków. Teraz sytuacja jest inna.

Putin grozi wojną światową w odpowiedzi na domniemaną ekspansję NATO, a Bruksela nie widzi dla siebie korzyści z przyjęcia do UE „historycznie obcej” Ukrainy, Mołdawii czy Białorusi. W tej sytuacji otwiera się szansa na rozwiązania paliatywne. Jedną z najbardziej obiecujących wydaje mi się „reanimacja” EFTA.

Wielka Brytania może stać się politycznym liderem dużego bloku państw. Oprócz Ukrainy byłaby to Mołdawia i w dalszej przyszłości Białoruś, a także długo niedopuszczana do „Europy” Turcja – warto zauważyć, że premier Erdogan odwiedził Kijów bodaj następnego dnia po wizycie Johnsona i Morawieckiego – oraz kraje bałkańskie, które nie odnalazły jeszcze swojego miejsca w zjednoczonej Europie. EFTA obejmowałaby do dziesięciu krajów – od Islandii, Wielkiej Brytanii i Norwegii na północnym zachodzie po Białoruś, Mołdawię i Ukrainę na wschodzie, Turcję na południowym wschodzie, Serbię i Bośnię na Bałkanach oraz Szwajcarię i Liechtenstein w centrum kontynentu.

Z 220 mln mieszkańców i łącznym PKB 5,5 bln dol. Londyn stałby się równorzędnym partnerem Brukseli. Co więcej, taki manewr zerwałby na pozór niezniszczalną więź UE z NATO i dał Europejczykom dodatkową polityczną podmiotowość.

Zmiany byłyby nie mniej znaczące z ekonomicznego punktu widzenia. Wstrzymanie w ostatnich latach rozszerzenia Unii Europejskiej, do której tak bardzo chcą wstąpić m.in. Ukraina i Mołdawia, wynika w dużej mierze z tego, że do nowych krajów popłynąłby duży strumień pomocy finansowej w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, programów rozwoju regionalnego i innych „ścieżek” integracji europejskiej. Dziś jednak kraje EFTA takie jak Szwajcaria czy Norwegia nie chcą niczego od UE – ba, wpłacają duże kwoty do jej budżetu i różnych europejskich programów rozwojowych w zamian za dostęp do gigantycznego europejskiego rynku: Szwajcaria blisko 490 mln euro, Norwegia ponad 600 mln dol. rocznie. Kwoty te wydają się duże, ale nie idą na marne.

Kraje EFTA nie uczestniczą w europejskim procesie decyzyjnym, jednak włączają do swojego ustawodawstwa wiele unijnych norm prawnych, a europejskie inwestycje w ich gospodarkę chroni europejskie prawo. Wyobraźmy sobie, że inwestorzy zagraniczni w Ukrainie będą mogli rozwiązywać problemy, które czasem się pojawiają, nie w sądzie w Żytomierzu, tylko w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. Zwiększyłoby to bez wątpienia wielokrotnie strumień płynących na Ukrainę inwestycji kapitałowych. Nie będąc de iure w UE, Wielka Brytania może sprowadzić de facto do Unii wiele krajów, dla których zjednoczona Europa jest dziś niedościgłym marzeniem. Powstałaby wtedy prawdziwa „Europa różnych prędkości”, o której europejscy politycy mówią od początku lat 90. – jedną grupę stanowić będą państwa gotowe „rozpłynąć się” w UE i kwalifikują się do przyjęcia, drugą zaś te, które zadowolą się ekonomicznymi korzyściami z integracji lub nie mogą jeszcze stać się pełnoprawnymi członkami.

Ekonomiczna rywalizacja zamiast politycznych napięć

Wielki związek nienależących do UE państw europejskich od Islandii i Norwegii po Ukrainę i Turcję mógłby stać się bardzo ważnym graczem w dziedzinie gospodarki (m.in. dać potężny modernizacyjny impuls Europie Wschodniej), wytwarzania i przesyłu energii (Norwegia jest drugim dostawcą gazu w UE, a Turcja w takiej konfiguracji mogłaby stać się ważnym „łącznikiem” z dostawcami z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej), w sferze militarno-politycznej (jednoczenie państw NATO i tych, które nie mają na razie większych szans na szybkie dołączenie), nie mówiąc już o globalnych finansach, w których rola Wielkiej Brytanii i Szwajcarii jest nie do przecenienia. Jeśli Europa chce zbudować „wschodni bastion”, zaznaczając swoje granice i kładąc kres rosyjskim roszczeniom, Wielka Brytania z Turcją i Ukrainą byłyby najlepszymi wykonawcami tego projektu.

Wielu zachodnich analityków uznaje Europę Wschodnią za kraje „in between”, podkreślając implicite ich niejasną przynależność czy to do Europy, czy do byłego imperium rosyjskiego. Przy takim rozwiązaniu takie myślenie przeszłoby do historii. Polityczną rywalizację o region między Rosją a Europą zastąpiłaby ekonomiczna rywalizacja między dwoma wcieleniami Europy.

W odróżnieniu od np. NATO motorem integracji europejskiej były początkowo czynniki ekonomiczne – i dziś gospodarka pozostaje największym problemem krajów Europy Wschodniej. Byli doradcy Putina snują opowieści o Ukrainie, która ma wszelkie możliwości zwiększenia swego PKB do 1 bln dol., ale Ukraina pozostaje tym, czym była – krajem o wielkim potencjale, ale z biedną ludnością, której znaczny odsetek wyjeżdża za chlebem do krajów UE, krajem z potężnymi oligarchami i wieczną korupcją. Brak perspektyw integracji odbiera atuty ukraińskim siłom prozachodnim, pozbawia białoruską opozycję najistotniejszych argumentów i zmusza władze tureckie do reorientacji z Zachodu na Wschód. Przełamanie tego trendu oznaczałoby odtworzenie transformacyjnego potencjału Europy, który był jej siłą w latach 1970-2000.

Podsumowując, choć w pełni popieram strategiczny zwrot Wielkiej Brytanii na Wschód, nie do końca wierzę w powodzenie projektu ogłoszonego 1 lutego w Kijowie. W obecnej formie ma on dwie wady. Z jednej strony jest nastawiony przede wszystkim na reagowanie na polityczno-militarne wyzwania, ale w tej mierze może okazać się nieskuteczny, bo Polska i Wielka Brytania raczej nie dadzą Ukrainie wiążących gwarancji w imieniu całego NATO, więc sojusz nie zapewni „zbiorowego bezpieczeństwa”. Z drugiej strony w wymiarze ekonomicznym obecność Polski może okazać się bardziej problemem niż atutem, bo status członka UE nakłada wiele ograniczeń, sprawiając, że sojusz będzie znacznie mniej elastyczny niż ewentualny związek państw bliskich Europie, ale niewchodzących w skład UE. Wreszcie, powtórzę raz jeszcze, stosunek do Rosji nie jest wystarczającym czynnikiem skutecznej integracji jakichkolwiek europejskich krajów. Zarazem stosunek do samej zjednoczonej Europy – ukraińskie nadzieje na członkostwo, urazy Turcji od pół wieku antyszambrującej w „poczekalni” Europy i ambicje Londynu rywalizowania z Brukselą – mogą stać się najważniejszą siłą napędową nowej europejskiej integracji, której konsekwencje gospodarcze, społeczne i polityczne byłyby trudne do przecenienia.

przeł. Sergiusz Kowalski





Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close