Politics

Paulina Wilk o Londynie – Kultura



Wsiadłam do autobusu. Jedną długą dobę i jedno prawie niewinne kłamstwo później stanęłyśmy z przyjaciółką na dworcu Victoria Station. Już okradzione z odtwarzacza CD i bajeranckich słuchawek – rodacy natychmiast nauczyli nas, żeby trzymać się od nich z daleka. Celnikowi w Dover opowiedziałyśmy bajkę o tym, że jedziemy na kurs językowy. Cały autobus miał podobne wersje, lewe zaświadczenia ze szkół językowych albo numery telefonów do rzekomych wujków, którzy zapewnią gościnę. Celnicy wpuszczali nas, choć wszystko rozumieli.


Było gorące lato, początek nowego tysiąclecia, a Polskę wciąż dzielił od Unii Europejskiej długi marsz. Ja także złaziłam miasto wzdłuż i wszerz, szukając drogi na drugą stronę tęczy. Przyjeżdżać do Londynu w środku lipca za pracą, to było o miesiąc za późno. Wszystkie sezonowe fuchy na czarno Polacy zajęli już w czerwcu. Gruby Hindus w norze z napisem „Budda Bed & Breakfast” brał za pokoiki bez okna grosze, ale to i tak było za drogo. Szybko wylądowałyśmy – jak tylu innych przed nami – pod „ścianą płaczu” na Earl’s Court.


Łatwo ją było przegapić – niewielka wnęka w ciągu sklepików, w sam raz na dwie zdesperowane dziewczyny z plecakami. Przychodziłyśmy rano, by spisywać świeże numery telefonów z tablicy ogłoszeń: praca do wzięcia, pokoje do wynajęcia. Tuż obok była budka telefoniczna, wpychałyśmy do niej ostatnie funty. Przyjaciółka dostała pracę w hotelu (pierwszego dnia nauczyła się, jak jednym ruchem przetrzeć prześcieradłem wannę, żeby wyglądała na idealnie wymytą).


Ja peregrynowałam po mieście, pytając o pracę w każdym hotelu i barze. Wreszcie ktoś mnie wysłał do lepszej wnęki. Przy luksusowej Shaftsbury Avenue – teraz, przed Bożym Narodzeniem rozświetlonej pysznymi witrynami sklepowymi – był wtedy maleńki szyld chińskiej restauracji. Nacisnęłam guzik domofonu. W pokoiku na piętrze spotkałam kilkunastu kosowskich Albańczyków – wszyscy w dresach, ani słowa po angielsku. Czekaliśmy stłoczeni, w tej samej sprawie. Za odpowiednią opłatą dostawało się adres. Oni jechali na budowy. Mnie trafił się przydział do włoskiej knajpy na Wimbledonie, gdzie wszystko było na pozór, tylko kucharz naprawdę z Neapolu.


Dach nad głową dał nam fryzjer z Libanu. Wraz z bratem wynajmowali mieszkanie w podpiwniczeniu, odstąpili nam pokój. Miałyśmy swój kąt w królewskim Londynie – załatwiony na gębę, z brudnym oknem, pękniętym lustrem, zapachem humusu i fruwającymi wszędzie włosami klientów strzyżonych w kuchni. Ale też z wyjściem do prywatnego ogrodu, w którym kładłyśmy się wieczorami i nie mogłyśmy nadziwić, że nad Londynem jest tyle samolotów, ile w całej Warszawie taksówek. Fryzjer i jego brat uczyli nas podstaw arabskiego, życzliwie karmili i zaznajamiali z islamem. Zaprowadzili do meczetu, przedstawili imamom i staremu wujowi, pożyczyli nawet pieniądze na koncert Madonny.


Rano wskakiwałam do metra w białej wyprasowanej bluzce, z porannym „Guardianem” i przez pół godziny udawałam, że jestem jedną z nich. Jedną z obywatelek i obywateli wielokulturowego i kosmopolitycznego miasta, egzekwującą swoje prawo do życia w złożoności, rozpływania się w barwnym tłumie, zawsze pośpiesznym i zajętym. Starałam się poczuć, że i ja mam tu swoje miejsce, cel i sprawę do załatwienia. Przymierzałam się do życia w świecie, który ponoć stał przede mną otworem. Tak mówili nasi przywódcy ery transformacji, wszyscy dorośli wokół – ci, którzy znali smak zamkniętych granic i paszportów pod kluczem. Świat jest wasz – powtarzali.

Londyn, fot. Marc Jackson


Londyn, fot. Marc Jackson

Fot.: Marc Jackson / Zuma



Twój dom wędruje bez ciebie – smutek emigrantów


Brzmiało obiecująco i w jakimś sensie do dziś w to wierzę. Nie umiem zatrzeć w sobie tamtej nadziei, dziś pchającej innych migrantów innym szlakiem obietnic składanych na wyrost. Wydeptałam w świecie własne ścieżki, ale jako podróżna, nie migrantka. Już wtedy – pierwszego lata w Londynie – poczułam, że emigracja oznacza start z samego końca stawki. Wbrew legendom starszych przyjaciół szybko zobaczyłam, że „tam” nic nie przychodzi łatwiej niż „tu”. Trzeba się natrudzić podwójnie, a do tego jakoś unieść to wewnętrzne pęknięcie, o którym później czytałam w literackich zapiskach uchodźców i nomadów. Zmuszona do emigracji z Chorwacji pisarka Dubravka Ugrešić tłumaczyła mi to nigdy niezabliźniające się miejsce: – Odjeżdżasz od domu i wierzysz, że on się nie zmieni. Ale nie ma powrotów, bo odtąd dom jest na innej trajektorii losu, on także wędruje – już bez ciebie. Nie możecie się odnaleźć.


Z włoskiej knajpy szybko uciekłam. Z kanapkowni w City mnie wyrzucili, bo byłam za wolna, a tam podczas lanczu czas to naprawdę był pieniądz. Jeździłam szukając nowego zajęcia, jadłam ciastka z syropem klonowym i chleb z żółtym serem – tuż przed zamknięciem supermarketu można je było dostać za funta. Rozmowy z napotkanymi Polakami, którym „się udało”, nie przekonywały mnie. Pamiętam dziewczynę ze skręconą nogą – kuśtykała do pracy, bo o żadnym lekarzu i żadnym urlopie nie mogło być mowy. I chłopaka za barem – pracował po 14 godzin, niczego w mieście nie zwiedził. Pracował i spał. Mówił, że się dorobi i wraca na Podlasie. Nie wrócił. Spotkałam go dziesięć lat później. Wciąż stał za barem, w drogim hotelu. Ale teraz już z poczuciem, że coś mu umknęło. Przyjaciele na Podlasiu mieli domy na kredyt i żony w ciąży. Nie umiałby się wśród nich odnaleźć.


Traciłam animusz, ale rozpytywałam dalej, w coraz bardziej zaklętych rewirach. W poszukiwaniu swojej żyły złota odwiedzałam podejrzane adresy rozsiane w czwartej i piątej strefie metra. Najciekawiej było tam, gdzie wszyscy mi odradzali, czyli „u polskiego Cygana”. Dostałam propozycję wstrzeliwania nitów w dżinsy za pięć funtów za godzinę (sporo, ale bez napiwków), w pakiecie z pokojem przy rodzinie, która tu w Londynie miała różową fontannę w salonie, a pod Radomiem dom w stylu pałacowym. Tę ofertę cenowo przebiła tylko możliwość wieszania mięsa na hakach w chłodniach. Nie wiem, czy bym tę pracę dostała, bo pośrednik pozbawiony ucha w okolicznościach, których nie chciał zdradzić, nisko ocenił moje siły fizyczne. Może i dobrze, bo dwóch kolegów, którym załatwił zarobek przy zbiorze truskawek musiało wykraść własne paszporty i uciekać pod osłoną nocy – okazało się, że wylądowali w nielegalnym angielskim obozie pracy.


Z mojej wielkiej forsy, nowego lap-topa i „zaczepienia się” za granicą nic nie wyszło, ale nie chciałam jeszcze wracać – wydałam resztki polskich oszczędności na zachwyt nad Londynem, który okazał się szczodry i gościnny dla panny nikt. Co dzień pokazywał mi, jaki wspaniały może być świat. Udowadniał, że współistnienie jest możliwe. I nie żądał nic w zamian. Tam nauczyłam się oglądać fascynujące spektakle codzienności – z ławki, z krawężnika, ze schodów kościoła. Wykorzystywać szczeliny i pęknięcia w mapie miejskiego życia, doceniać ulice. Każde muzeum ma dzień darmowy, każdy teatr – tanie wejściówki, a każdy sklep – przeceny. Parki i aleje są wyspą bezklasowości, a sieć metra – egalitarnym podwórkiem, na którym mieszkańcy co dzień odprawiają świecki wspólnotowy rytuał. Wyznają wiarę w miasto regularnie je przemierzając. Swoją obecnością potwierdzają przynależność do stacji i skrzyżowań. Przywierają do urbanistycznego pejzażu wypełniając go życiem.


Fot.: Daniel Kalker / PAP


We wszystkich – nawet najdroższych, najbardziej podzielonych i skomercjalizowanych miastach świata powtarzałam później tę sztuczkę. Chodziłam pieszo, jeździłam w tłumie, przesiadywałam na krawężnikach. Najlepsze przeżycia i widoki nic nie kosztują, w ogóle nie są na sprzedaż. Chodzenie, przyglądanie się życiu, wypatrywanie znaczeń stało się moim zawodem, który można uprawiać na lekko – wystarczą otwarta głowa i solidne buty. Nic do oclenia.



Katastrofy, do których nie dochodzi


Od dwudziestu lat, podczas każdej wizyty w Londynie, staję przy przejściu dla pieszych na Westministerze. Po lewej Big Ben, po prawej posąg wspartego na lasce Churchilla. Patrzę na wieloetniczny, wielorasowy tłum. Przelewa się z jednej strony ulicy na drugą. Jednych pochłania podziemna sieć pociągów, inni oddają się ulicom lśniącym od deszczu. Mogę tak godzinami – zaglądać w twarze obcych, zastanawiać się – skąd pochodzą, jakie ambicje tu spełniają, czego jeszcze by chcieli, ile tysięcy mil dzieli ich od podwórka, na którym dorastali. Niespiesznie studiuję spełniony sen ludzkości – ten o współistnieniu mimo wszystko i mieście, dla którego warto porzucić dom. O mieście, które pozwala pozostać sobą, nosić kostium swej inności, gotować curry tak, jak robiła to mama mamy. Podziwiam tę starą Wieżę Babel, złożoną z ludzkich trybików machinę do wchłaniania napięć i przeciążeń, do goszczenia odmienności i utrzymywania konfliktów w stanie potencjału, ale bez wybuchów. Już prawie 9 milionów ludzi – co dzień miliard prawdopodobnych katastrof, do których jednak nie dochodzi.


Londyn jest samospalającą się energią, leci na paliwie różnorodności – nie byłoby tej wspaniałej mozaikowej metropolii bez przybyszów, bez ich artystycznych talentów, sklepików, rzemieślniczych zdolności, ścisłych umysłów, wysiłku i przywiezionej z daleka uczciwości, wedle której słowo jest droższe od pieniędzy. Nie byłoby go bez niewzruszonych procedur i angielskich manier, bez łupieżczych praktyk i potworności ery kolonizacji. Bez krwawej przeszłości, którą dziś trzeba uznawać, nazywać. Londyn nie jest miastem beztroskim, dobrze zna rachunki krzywd. W muzeum Tower, w koronie będącej częścią klejnotów królewskich, spoczywa jeden z największych diamentów świata – Kooh-i-noor. Prawa do niego roszczą sobie i Hindusi, i Pakistańczycy. Regularnie wnioskują o zwrot klejnotu, ale Brytyjczycy ani drgną. Dyrektor British Museum – najtłumniej odwiedzanego muzeum Europy z 7 milionami wejściówek wydawanych rocznie – mówi bez ogródek, że gdyby spełnił wszystkie roszczenia w sprawie zwiezionych do królewskiej stolicy kolumn egipskich, mumii, rzeźb i obrazów, wkrótce zarządzałby pustymi ścianami.


Londyn jest pomnikiem europejskości, z jej najciemniejszymi stronami i płaszczem przeszłości ciężkim od przewin. Z paradoksami i wachlarzem nonsensów. Chcieliśmy wielkich i wspaniałych metropolii – ale za jaką cenę je budujemy? Komu te miasta dają spełnienie, jak wielu ludzi utrzymują w niedostatku? I do kogo należą dziś, skoro młodych Anglików nie stać na mieszkania, bo ceny apartamentów windują arabscy szejkowie, władcy tych luksusowych pustostanów? Jeśli wielkie miasta są świątyniami naszej ery – spójrzmy im w oczy, zobaczmy je w całej niespójności.


Na początku nowego stulecia miałam prawo wierzyć w Londyn jako żywe laboratorium zjednoczonego świata. Dziś, w rozkwicie populizmu, w dobie wstawania z kolan i zamurowywania granic, mam prawo wątpić, czy idea wielokulturowego świata miała jakikolwiek – poza ekonomicznym – cel i czy była w społecznym sensie prawdziwa. Czy marzenie o tym, że chcemy i umiemy współżyć, ląduje właśnie na śmietniku dziejów jako cyniczna zagrywka ideologów wolnego rynku? A jeśli tak, jaką lepszą baśń mamy sobie i światu do opowiedzenia? Na jakiej przekonującej narracji popłyniemy w kolejne dziesięciolecia?


Po dwóch dekadach XXI wieku wiemy, że polityka multi-kulti jest w praktyce bardzo trudna. Bo trudno sprawić, by chłopak z somalijskiej wioski poczuł się w Norwegii jak u siebie. Wiemy, że ambicje globalne i kosmopolityczna tożsamość okazały się projektem zbyt wymagającym. Że granice polityczne i geograficzne wciąż mają znaczenie, ludzie potrzebują tożsamości dosłownej, związanej z małym pejzażem i lokalnością. A przeszczepy demokracji nie przyjmują się łatwo mimo podlewania ich sowitymi dotacjami. Wiemy, że kolonializm się nie skończył, a europocentryczna mania wyższości wciąż trzyma świat na uwięzi. Jej przeklętą naturę widać teraz w niechęci Zachodu do dzielenia się szczepionkami i w nowym wariancie koronawirusa, który mógł szybko rozkwitnąć wśród niezaszczepionych populacji właśnie za sprawą krótkowzrocznej i ksobnej mentalności zasobniejszych. Jeśli weźmiemy pod uwagę to wszystko – takie barwne, gościnne miasto jak Londyn nie miało prawa się udać. A jednak trwa i tętni życiem, z godnością dźwigając wszystkie obciążenia i przywileje wynikające z rozmaitości swych mieszkańców. Jest za ciasny i zbyt intensywny. Jest męczący i zmęczony. Ma stare ulice i starą infrastrukturę, wąskie rury kanalizacyjne, uciążliwe osobne kurki do ciepłej i zimnej wody, samochody po złej stronie jezdni, i wozi ludzi często psującym się metrem, które debiutowało w czasie naszego powstania styczniowego. Ale Londyn ma też uprzejmych urzędników wszystkich ras świata, najmilszych policjantów i konduktorów pod słońcem, niezrównane wielopiętrowe księgarnie i sale koncertowe, w których za cenę kawy można usłyszeć najlepszych symfoników świata. A także parki, gdzie w porze lunchu dziewczyny zrzucają garsonki, by beztrosko opalać się i wcinać trójkątne kanapki. Zielone połacie trawy i szpalery drzew, które tylko w Europie mogą wydawać się czymś oczywistym. Nie doceniamy, ile mamy. Wspólne tereny zielone są największym osiągnięciem miejskości, podobnie jak czyste powietrze, nasłonecznione place i pitna woda w kranie dla każdego. Londyn jest zrealizowanym marzeniem o globalizacji – na dobre i złe. Dzięki temu, że jest możemy sobie śnić lepszą od niego przyszłość.


Do świtu jeszcze dwie godziny. Uśmiecham się lekko, mówię ciche „Hello” i siadam na plecaku rzuconym na chodnik. Przede mną zjawiło się już kilka osób, chwilę później przychodzą kolejne. Siedzę i marznę w doborowym towarzystwie. Są studentki z Meksyku, podróżujący solo Japończyk, dwoje emerytów ze Szkocji, para eleganckich czterdziestolatków – ci nie siadają, czekają na stojąco, czytając książki. Cała sztuka w tym, by przyjść wystarczająco wcześnie. Po świcie ruch na ulicy się wzmaga. Ktoś wychodzi z kolejki do kawiarni na rogu, ktoś przynosi gazetę – czytamy ją po kawałku, trochę gawędzimy. Dopiero po jedenastej kasjer uchyla drzwi i mówi, że ma na wieczorny spektakl piętnaście miejsc. Obowiązuje żelazna zasada: jedna osoba – jeden bilet. Kosztuje tyle, co kawa z bajglem. A dziś na scenie dame Helen Mirren. To będzie mój szczęśliwy dzień – „Medeę” obejrzę z wygodnej loży, w towarzystwie leciwej damy, która uprzejmie pochwali mój akcent i głośno pomarudzi na aktorstwo, jej zdaniem sztywne od szyi w dół. Podobnie, za półdarmo i w trybie last minute, oglądałam na scenach Londynu Judi Dench, Juda Law i sir Iana McKellena w słynnych spektaklach wyprzedanych na rok do przodu.


Na ścianie w salonie mam takie zdjęcie. Dame Judi w skromnym płaszczu uśmiecha się i tuli niewielki bukiet. Światło lampy błyskowej odbija się w celofanie. Tak ją uwiecznił mój kolega przy tylnym wyjściu, gdy jak co dzień kończyła pracę w teatrze West Endu. Gawędziła chwilę z wielbicielami, po czym szła do metra. W Londynie między piedestałem a normalnością nie ma murów ani pięciopasmowych autostrad. Gwiazdy chodzą po ziemi, a miasto i jego infrastruktura egalitarnie przyjmują potrzebujących – obsługują potrzeby wysokie i niskie, oficjalne i nielegalne, luksusowe i darmowe. Nie znam miasta, które tak pracowicie i hojnie obdarowywałoby sobą wszystkich. Być może szlachectwo zobowiązuje – jeśli rozpostarło się przed światem imperialną baśń, nie wolno zawieść oczekiwań.


Wychodzę z teatru do najbliższej stacji. Idziemy pod wiatr – ja i elegancki mężczyzna w smokingu i lakierowanych pantoflach. Na spektaklu siedział kilka foteli dalej. Na tym deszczu i na wietrze jest u siebie, swobodny w eleganckim stroju. A choć już siwy, w podziemnych korytarzach metra porusza się z lekkością chłopca. Jego wysokie ciało ledwie się mieści pod sklepieniami służącymi niegdyś za schrony przeciwlotnicze, drogę do pociągu odnajduje instynktownie. Zresztą londyńskie metro nieustannie mówi: kolorami, strzałkami, ogłoszeniami z głośników. Niekończąca się opowieść, opieka na każdym kroku. Trzymaj się po ręczy, stój po prawej stronie, przejdź w głąb peronu, nie opieraj się o drzwi, uważaj na lukę między peronem a pociągiem, skorzystaj z windy, przygotuj bilet. Uprzejme podpowiedzi bez końca. Pracowite miasto oddaje się użytkownikom, ale dołącza instrukcję. Używaj mnie dobrze! Ćwiczy wzbierające wciąż masy w bezkolizyjnym poruszaniu się po swym leciwym cielsku, zgodnie z liberalnym duchem: żyj i pozwól żyć innym.


Dyszy pod naporem własnego fenomenu. Dźwiga swoją globalną legendę bez utyskiwań, nie wstydząc się niedoskonałości.


Podziwiam, jak bardzo Londyn się stara i jak jest wydajny. Każdego dnia wychodzi na scenę zagrać swój popisowy numer: być spełnieniem marzeń dla milionów ludzi. Być najlepszym miastem z możliwych. Miastem na miarę Szekspira, ostatniej prawdziwej królowej i ostatniej takiej damy jak Judi Dench. Stolicą świata, który przemija, ale dopóki może – gra. Już się do nikogo nie mizdrzy, nikogo nie podbija. Trochę się jeszcze rozrasta, ale przede wszystkim trwa: gęsty i w sumie niewielki. Moja przyszywana babcia mawiała, że Londyn to trochę większy Garwolin. Coś w tym jest – każda dzielnica jak wioska. Zwykle przemierzam je pieszo – czuję umowność ich granic, tę niepisaną różnicę statusów i przeznaczenia, zmieniającą się temperaturę ulic, aurę otwartości wokół gwarnego pubu, a tuż za rogiem uprzejmy chłód kolumnady i drzwi z kołatkami. Demokratyczny trawnik Hyde Parku, na którym staruszki, śniade chłopaki i łabędzie urzędują wspólnie. Ledwie kilka kroków dalej wiolonczelistki wychodzą z próby w Royal Albert Hall, chińskie turystki szturmują Harrodsa, a zatłoczona Brompton Road tonie w zapachu oud i arabskim kapitale. Stare pieniądze zostały w dyskretnych butikach wokół Sloan Square. Wszystko to przytulone do siebie, połączone uliczkami jak w urokliwej układance puzzli.

Hyde Park, fot Vickie Flores


Hyde Park, fot Vickie Flores

Fot.: Vickie Flores / PAP


Późno już. Elegancki mężczyzna w smokingu i ja stoimy na wąskim peronie. Londyńskie metro jest suche, ciepłe i pachnie jak babciny koc. O każdej porze roku ciepłe powietrze krąży wytrwale w śródmiejskich bebechach. To ono pozwala dziewczynom nawet zimną biegać w miniówkach bez rajstop, ono wzbudza ciężkie westchnienia w upalne dni. Wszystkich otula na równi, przypomina, że jesteśmy tu razem.


Kołyszemy się z eleganckim mężczyzną w pustym wagoniku. Towarzyszą nam zmięte wydania popołudniówek. W Nowym Jorku on jechałby limuzyną, ale tu stary dobry Londyn na chwilę sprowadza nas do wspólnego mianownika. Dopóki pociąg sunie naprzód, możliwe jest pokojowe i życzliwe współistnienie. Nawet istot tak sobie odległych, jak on – gentleman, który swój smoking odwiesi do szafy w jednej z kamienic Belgravii. I ja, dziewczyna z Europy Wschodniej, która znów wyrwała się ze swego dusznego kraju, by na chwilę wtopić się w barwny tłum i odetchnąć pragnieniem całego świata istniejącego naraz, w jednym miejscu.


Widywałam Londyn także na dalekich krańcach globu – tropikalne odmiany tego samego marzenia stworzone w Kalkucie, Singapurze czy Hongkongu. Eksportowe wersje miejskiego majestatu, tonące w monsunach, unicestwiane buldożerami, przebudowywane w nową polityczną ideę. Wszystkie te kopie okazały się nietrwałe. Przetrwał tylko niedoskonały oryginał – magnes dla marzeń, nad którymi wciąż słońce nie zachodzi.


Czytaj też: Dorota Masłowska: „Bowie w Warszawie” niesie marzenie o tym, że zjawi się jakiś Mesjasz i nas ocali



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close