Politics

Pomoc dla dzieci z Ukrainy. Polska leczy ukraińskie dzieci chore na raka – Nauka



Wróciła ze szpitala w Dnieprze do domu, do miasteczka Kamieńskie, w obwodzie dniepropietrowskim. Zadzwoniła do niej przyjaciółka – mama chorego dziecka. – Mówi mi: „Wyjeżdżaj. Wszyscy moi znajomi, którzy potrzebują leczenia dla dziecka, już wyjechali”. Nie wiedziałam, co robić, a tu czasu mało – następnego dnia rano jest pociąg do Lwowa, a stamtąd transport do Polski. Mąż ją przekonał: „Zabieraj dzieci i jedź. Tam będzie bezpiecznie i syn dostanie leczenie”.


W nocy Nadia spakowała Maksima, trzyletnią Sniżanę i siebie. – Nie wiedziałam, co mamy ze sobą wziąć. Czy tam będzie ciepło, czy zimno. Zapomniałam o kapciach dla siebie i córki, ale tu nam dali – mówi i pokazuje kolorowe buciki na nóżkach Sniżany.


– A mąż… – nie kończę. Nadia mi przerywa. – Został w domu – mówi szybko, coraz bardziej łamiącym się głosem. Chce coś jeszcze powiedzieć, ale łzy płyną jej do oczu. Trzyletnia Sniżana, która do tej pory nie mogła usiedzieć spokojnie, zamilkła i przytuliła się mocno do mamy. – Tak, ty jesteś ze mną – uspokaja ją Nadia.


Maksim siedzi niemal bez ruchu, odpowiada na pytania pojedynczymi słowami. Wydaje się być nieobecny. W szpitalu w Dnieprze przeszedł operację, radioterapię i chemioterapię. Ma 13 lat, ale wygląda na siedem, góra osiem lat. Jest chudziutki. Ledwo chodzi. To powikłania po chemioterapii, która niszczy komórki nabłonka przewodu pokarmowego i błony śluzowej. – Po chemii cały miesiąc wymiotował, prawie nic nie jadł, ale teraz jest lepiej. Dobrze się czuje, tylko jest zmęczony – mówi Nadia.



Do Polski, a potem dalej


Nadia i jej dzieci w podróży były pięć dni. Najpierw z Dniepra do Lwowa jechali 20 godzin pociągiem. We Lwowie w szpitalu spędzili trzy dni. Potem rano wyjechali autobusem do granicy polsko-ukraińskiej. Razem z nią jechało 26 rodzin – mam z dziećmi chorymi na nowotwór. Odprawa na granicy trwała trzy godziny. Stamtąd pociągiem do Kielc, a potem autobusem do ośrodka wypoczynkowego w Bocheńcu pod Chęcinami. Tam odpoczną i wyruszą do którejś z klinik onkologicznych w Europie.


– W transport dzieci zaangażowanych jest około dwustu osób – ratownicy medyczni, straż miejska, policja, strażacy i straż ochrony kolei. Coś niespotykanego na skalę światową – mówi dr Marcin Włodarski, który od trzech lat pracuje jako profesor hematoonkologii w St. Jude Hospital w Memphis w USA.


Czytaj więcej: „Przed losem nie uciekniesz. Jak mamy umrzeć, to lepiej w swoim kraju”. Część uchodźców wraca do Ukrainy


Oksanie i jej siedmioletniej córce Eli, chorej na nowotwór mózgu, podróż z domu do Polski zajęła trzy miesiące. – W grudniu pojechałyśmy z Charkowa do Kijowa, gdzie w szpitalu Ochmadyt [największym w Ukrainie specjalistycznym szpitalu dziecięcym – red.] córka przeszła operację, a potem miała chemioterapię – opowiada Oksana. 8 marca miały wracać do domu, ale na wschodzie Ukrainy nie było już bezpiecznie. Pojechały najpierw do Lwowa, stamtąd do znajomych, którzy mieszkają w mieście Czop, w obwodzie zakarpackim, niedaleko granicy ze Słowacją i Węgrami. Potem wróciły do Lwowa i teraz przyjechały do Polski.

Żenia z Sum w ośrodku w Bocheńcu, marzec 2022 r.


Żenia z Sum w ośrodku w Bocheńcu, marzec 2022 r.

Fot.: Adam Tuchliński


Prawdopodobnie pojadą do Czech, gdzie Ela będzie dalej leczona. – Czeka ją rehabilitacja i badania. Potem okaże się, jakie leczenie jest potrzebne – mama dziewczynki mówi cicho i powoli. Widać, że jest zmęczona i myślami daleko stąd. – Mąż został w Charkowie. Na szczęście starsza 22-letnia córka jest bezpieczna. Jak tylko zaczęła się wojna, wyjechała do Polski. Jest w Gdańsku i już ma pracę – mówi Oksana i głaszcze dłoń młodszej córki.


Mimo późnej pory nie od razu mogły pójść spać. Najpierw dzieci były badane. Lekarze sprawdzali, jak zniosły podróż, czy po drodze nie złapały jakiejś infekcji, czy nie potrzebują leków. Potem było spotkanie całego zespołu medycznego, w którym są hematoonkolodzy, onkolodzy, lekarze-rezydenci, a także doświadczone pielęgniarki onkologiczne. – One zawsze są przy dzieciach i potrafią błyskawicznie rozpoznać, czy potrzebna jest natychmiastowa pomoc medyczna – mówi dr Włodarski.


Na spotkaniu zapadają decyzje, gdzie będą leczone dzieci, które właśnie przyjechały do Polski. – Wstępne decyzje są podejmowane we Lwowie, żeby kraje, do których jadą dzieci, mogły przygotować transport, a kliniki – zorganizować wszystko na ich przyjęcie. Ale czasem w ostatnim momencie trzeba wymieniać pacjentów, bo na przykład okazuje się, że mama nie powinna lecieć do Włoch, tylko raczej do Niemiec, bo ma tam siostrę, która może jej pomagać przy drugim dziecku. Staramy się uwzględniać takie osobiste życzenia – opowiada dr Włodarski.



Walka z czasem


Gdy tylko wybuchła wojna, było pewne, że z Ukrainy przyjadą do nas dzieci także chore na nowotwory. – W sobotę rano, czyli dwa dni po wybuchu wojny, na spotkaniu zarządu Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej rozmawialiśmy o tym, że tym dzieciom trzeba będzie pomóc – mówi prof. Wojciech Młynarski, kierownik Kliniki Pediatrii, Onkologii i Hematologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.


Pierwsza trójka dzieci zgłosiła się do klinik w naszym kraju już czwartego dnia wojny. Początkowo rodziny z dziećmi przyjeżdżały do Polski na własną rękę. Potem organizowano dla nich transport od granicy. – To była walka z czasem. O przyjeździe rodziny z chorym dzieckiem byliśmy informowani w momencie, gdy już była na granicy albo do niej dojeżdżała. Musieliśmy błyskawicznie zapewnić transport do kliniki. Zazwyczaj wystarczył samochód, ale czasem potrzebna była karetka. Zdarzyło się też, że przyjeżdżamy na przejście graniczne, a rodziny nie ma. Okazuje się, że przyjechała, ale na inne przejście – opowiada Małgorzata Dutkiewicz z Fundacji Herosi, która pomaga w organizowaniu bezpiecznego transportu dzieci z Ukrainy chorych na nowotwory do klinik.


Kiedy szpitale w Polsce nie były już w stanie przyjmować kolejnych pacjentów, do pomocy włączyły się Niemcy, ale i tamtejsze kliniki szybko zaczęły się zapełniać. Potrzebna była pomoc na szerszą skalę. Wtedy w akcję zaangażował się St. Jude Global, który zajmuje się edukacją i wsparciem placówek medycznych w rejonie euroazjatyckim. – Pięć dni po wybuchu wojny szef tej placówki zapytał mnie, czy mógłbym pomóc w rozprowadzaniu ukraińskich pacjentów z Polski po różnych krajach Europy. Zdecydowaliśmy, że dzieci przyjeżdżają do ośrodka w Bocheńcu, bo stąd jest blisko do Krakowa, Kielc, Warszawy, i stamtąd po krótkim odpoczynku pojadą dalej – opowiada dr Włodarski.



Pomoc na lata


Obecnie w Polsce w 19 ośrodkach onkologii dziecięcej jest leczonych 206 dzieci z Ukrainy. Z ogarniętego wojną kraju wyjechało już co najmniej 800 dzieci, a 300 przewinęło się przez ośrodek w Bocheńcu. Mali pacjenci zostali przyjęci przez niemal wszystkie kraje Europy, Kanadę i USA. Nie wiadomo, ile jeszcze dzieci z Ukrainy potrzebuje pomocy. – Wiemy, że rocznie na Ukrainie nowotwór wykrywa się u 1,2 tys. dzieci, proporcjonalnie tyle samo co w Polsce, gdzie każdego roku mamy nowo diagnozowanych 1,1 tys. dzieci. Trzeba jednak pamiętać, że leczenie przeciwnowotworowe u dzieci często trwa kilka lat. To oznacza, że pomocy może potrzebować kilka tysięcy dzieci z Ukrainy – mówi prof. Młynarski.


Jednym z takich pacjentów jest Serhij, u którego naczyniaka limfatycznego wykryto tuż po narodzinach. – To nowotwór niezłośliwy, nie powoduje przerzutów, ale cały czas narasta w jednym miejscu – w okolicy policzka. Chłopiec musi co jakiś czas być operowany. Inaczej guz całkowicie uniemożliwiłby mu oddychanie, jedzenie, przełykanie. Serhij ma założoną rurkę tracheomijną, która ułatwia oddychanie, ale ma kłopot z jedzeniem i może jeść tylko miękkie produkty – tłumaczy onkolożka-wolontariusza, która badała chłopca po przyjeździe do Bocheńca.


Serhij ma dziewięć lat. Przyjechał do Polski z mamą i bratem bliźniakiem, który jest zdrowy. W domu we Lwowie został jego tata i starszy brat, jedenastolatek. – Starszy syn sam tak zdecydował. Powiedział, że tata nie może zostać sam – wyjaśnia mama. Bliźniacy nie interesują się tym, co się wokół nich dzieje, a właśnie schodzą się rodziny, które mają jechać do Rzeszowa, a stamtąd samolotem do Rzymu. Obaj wpatrzeni w komórki, siedzą na TikToku. – My też jedziemy do Rzymu. Może mają tam terapię ostateczną dla syna i guz przestanie wreszcie narastać – mówi z nadzieją mama Serhija.

Ukraińskie dziecko chore na nowotwór czeka w ośrodku w Bocheńcu na wyjazd do szpitala, 31 marca 2022 r.


Ukraińskie dziecko chore na nowotwór czeka w ośrodku w Bocheńcu na wyjazd do szpitala, 31 marca 2022 r.

Fot.: Adam Tuchliński



Bez diagnozy


Serhij nie jest typowym pacjentem. U dzieci najczęściej rozwijają się białaczki, chłoniaki i guzy mózgu. Nowotwory bardzo złośliwe. Choroba postępuje o wiele szybciej niż u dorosłych. – U dorosłych można poczekać z badaniami obrazowymi nawet kilka tygodni, ale u dzieci nowotwór może urosnąć w ciągu kilku godzin – wyjaśnia prof. Młynarski. Zdarza się, że w jednym miesiącu lekarze robią dziecku USG brzucha i nic nie stwierdzają, a już w następnym guz tak urósł, że widać go przez powłoki ciała. – W naszej klinice leczyliśmy dziecko, któremu musieliśmy zaszyć powieki, aby nie stracił oka. Miał nowotwór z tyłu gałki ocznej, który rósł tak szybko, że mógł ją wypchnąć. Szybko podaliśmy mu chemioterapię. Dziecko jest już wyleczone. Nie ma nowotworu. Widzi – mówi prof. Młynarski.


Z Ukrainy przyjeżdżają dzieci w różnym stanie zaawansowania nowotworu. – Początkowo wyjeżdżały dzieci w trakcie leczenia albo po zakończonej terapii. Teraz mamy coraz więcej dzieci dopiero wstępnie zdiagnozowanych. Wojna sprawiła, że lekarze w Ukrainie są w stanie wykonać tylko podstawowe badania krwi, z których wynika, że dziecko ma białaczkę, ale dokładnej diagnostyki nie mają jak przeprowadzić. Nie działają laboratoria. Nie można przeprowadzić tomografii komputerowej i wielu innych specjalistycznych badań – mówi dr Włodarski.


Potwierdza to prof. Młynarski. – Obecnie przyjeżdża coraz więcej dzieci w ciężkim stanie, które w ogóle nie były leczone. Wiele z nich nie miało możliwości rozpoczęcia terapii, bo niektóre szpitale już nie działają albo brakuje leków. Ale jest i inny powód. Na przykład u dziecka chorego na białaczkę czasem lepiej nie rozpoczynać leczenia, bo terapia polega na podaniu agresywnej chemioterapii i leków przeciwnowotworowych, które dramatycznie obniżają odporność i krzepliwość krwi. Szpik u takiego dziecka praktycznie nie pracuje. Jest ono w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Lepiej takiemu dziecku przetoczyć krew, a chemioterapię rozpocząć dopiero wtedy, gdy znajdzie się w bezpiecznym miejscu – tłumaczy prof. Młynarski.


Przerwę w leczeniu miała ośmioletnia Żenia, która wcale nie wygląda na chorą. Jest rumiana, wesoła. Na głowie ma kolorowy wianek ze sztucznych kwiatów. Jest po operacji raka mózgu. Gdy zdejmuje wianek, widać bliznę, której nie zdążyły przysłonić odrastające włosy. Przysłuchuje się naszej rozmowie. Podchodzi i wyciąga rękę z maskotką. – Kotek – mówi, a potem mocno przytula zabawkę. – Koty to jej ulubione zwierzęta – wyjaśnia ciocia dziewczynki. – Właśnie w domu jej ukochana kotka urodziła sześć kociaków – dodaje i pokazuje zdjęcia w komórce. Żenia zerka na fotografie i zaczyna całować maskotkę. W nocy będzie z nią spała.


Do Polski Żenia przyjechała z mamą i ciocią, nastoletnią siostrą mamy. Do Lwowa jechały trzy dni. Wyruszyły z Sumy, miasta w północno-wschodniej części Ukrainy, niedaleko granicy z Rosją, gdzie mieszkały. O tym, jak wyglądała podróż, nie chcą opowiedzieć. Mówią tylko: „Była długa i męcząca”. Gdy pytam o wojnę, zmieniają temat. Potem słowo „wojna” ani razu nie pada z ich ust. Chętnie za to opowiadają o szczegółach choroby Żeni – o operacji, chemioterapii, radioterapii, powikłaniach, i o tym, że dziewczynkę czeka jeszcze długie leczenie.



Szansa na nowoczesne terapie


Leczenie nowotworów u dzieci jest bardziej agresywne niż u dorosłych. – Czasem dawki leków u dzieci są nawet 20 razy wyższe. Osoba dorosła chora na nowotwór ma najczęściej jeszcze kilka chorób współistniejących – nadciśnienie, choroby serca, cukrzycę. Dlatego terapia musi być mniej agresywna, żebyśmy nie zabili chorego tym leczeniem – wyjaśnia prof. Młynarski.


Terapia jest bardzo agresywna, ale rokowania u dzieci są dużo lepsze niż u dorosłych. – Jeśli weźmiemy wszystkie dzieci z chorobą nowotworową, to wyleczalność jest na poziomie 80 proc., a w przypadku ostrej białaczki limfoblastycznej sięga 90 proc. – mówi prof. Młynarski. Na Ukrainie tak dobrze nie było. Słabszy był dostęp do leków i nowoczesnych metod terapii. Jedna z mam powiedziała mi, że gdyby nie wojna, jej dziecko nie miałoby szansy na nowoczesne leczenie.

 Chory Artiom z Dniepra właśnie przyjechał do Kielc, 30 marca 2022 r


Chory Artiom z Dniepra właśnie przyjechał do Kielc, 30 marca 2022 r

Fot.: Adam Tuchliński


Gdy rozmawiam z Nadią następnego dnia po przyjeździe do Polski, już wie, że pojedzie z dziećmi do Czech. – Chciałabym, żeby Sniżana poszła do przedszkola. Brakuje jej tego. A ja chciałabym pracować. Nie lubię siedzieć w domu i nic nie robić. Córka miała rok i siedem miesięcy, jak poszłam do pracy. Ale wszystko będzie zależeć od tego, co powiedzą w szpitalu. Jak będzie leczony Maksim. Prawdopodobnie czeka go jeszcze jedna chemioterapia – mówi Nadia. Dłużej nie możemy rozmawiać. Sniżana wyrwała się mamie i pobiegła szukać dzieci. Maksim nie był w stanie za nią nadążyć. Nadia wstaje i na pożegnanie obejmuje mnie jak kogoś bardzo bliskiego.


Czytaj też: „Boję się, że miejsca, z którymi wiążą się moje wspomnienia, zmieniły się w gruzy”



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close