Politics

Rekordowo drogie karpie – Biznes



Od drugiej dekady grudnia sprzedaż karpia koncentrowała się więc w hiper- i supermarketach oraz bazarach i targowiskach. W sumie kupiono 10-12 mln ryb, o średniej wadze od 1,5 do 2 kg, bo takie są najlepsze w smaku, jędrne i niezbyt tłuste.



Rekordowo drogie karpie


Niestety, karp w tym roku był rekordowo drogi. Nawet w dyskontach za płat świeżego karpia ze skórą trzeba było zapłacić przynajmniej 35 zł, a ceny filetów wahały się między 40 a 45 zł. To o 7-8 zł więcej niż w zeszłym roku, co oznacza, że wzrost cen karpia był wyższy niż i tak przecież najwyższa od dwóch dekad inflacja. W przedświątecznym tygodniu jego ceny wzrosły jeszcze o kilka procent. Pięć lat temu karp w marketach był niemal o połowę tańszy.


Ale nie mogło być inaczej, skoro gwałtownie wzrosły ceny zbytu karpia w samych gospodarstwach hodowlanych, gdzie sprzedaje się przecież ryby w całości, prosto z wody. A wyfiletowany karp w sklepach, w których od dwóch lat wskutek presji organizacji ekologicznych nie handluje się już praktycznie żywymi rybami, to z grubsza połowa masy takiego ze stawu. – Generalnie cena karpia na rynku jest w tym roku o 25-30 proc. wyższa, niż w poprzednim i wynosi w różnych gospodarstwach między 17 a 20 zł za kilogram. A cała branża spodziewa się, że przed samymi świętami cena jeszcze wzrośnie – uprzedzał już na początku grudnia Przemysław Urniaż, dyrektor ds. infrastruktury i logistyki spółki Stawy Milickie, jednego z największych gospodarstw hodowlanych w kraju.


Faktycznie, w okresie przedświątecznym ze świecą szukać było hodowców, oferujących karpie taniej niż po 19-20 zł/kg. A w wielu regionach, zwłaszcza w mazowieckim i małopolskim, cena sięgała 22-24 zł.


Skąd ta eksplozja cen? Gwałtownie, niemal o połowę, podrożały w tym roku zboża, podstawowa karma karpi, stanowiąca około 60 proc. kosztów hodowli tych ryb. A cena wykorzystywanego jako nawóz mocznika podwoiła się od lata.


Zresztą i samego karpia trafiło w tym roku mniej na rynek, zwłaszcza do handlu detalicznego. Eksperci mówią o spadku podaży nawet o 3-4 tys. ton w porównaniu z zeszłym rokiem, czyli o 2 mln ryb. Nie tylko dlatego, że większość sieci handlowych – głównych odbiorców karpia – odmawiała zakupów żywej ryby od hodowców. A ci nie mieli wystarczających „mocy przerobowych”, aby dostarczyć sklepom karpia wstępnie oprawionego.


Do tego doszło jeszcze kilka suchych lat. Ryby wolniej rosły, także te najmniejsze. A hodowla karpia to długi proces, rozłożony na trzy lata. W branży szacują, że ryb w wadze handlowej, 1,5-2 kg, było w tym roku przynajmniej o jedną piątą mniej niż w poprzednich latach. A ponieważ zapotrzebowanie naszego rynku jest względnie stałe, rzędu 20 tys. ton, musieliśmy się ratować importem karpi z Czech, Węgier, Litwy a nawet z Chin. Ale i to nie wyhamowało wzrostu ich cen.



Produkcja karpia, czyli trzy lata w wodzie


W normalnych latach jest na odwrót, to my sprzedajemy nadwyżki karpi, głównie do krajów Zachodniej Europy, choć zwykle nie więcej niż tysiąc ton w sezonie. Od trzech lat, gdy zdystansowaliśmy rywali z południa, Czechów, jesteśmy zresztą unijnym liderem w hodowli karpia. Roczna produkcja w Polsce, rzędu 20-21 tys. ton (plus 9-10 tys. ton narybku), to niemal jedna trzecia karpi ze stawów w krajach UE.


Nasze zagłębia hodowlane mieszczą się głównie na zachodzie i południu, w województwach wielkopolskim, lubuskim, dolnośląskim i śląskim. Zajmuje się tym ponad tysiąc gospodarstw, w tym ponad 400 firm skoncentrowanych na biznesie rybnym, zatrudniając, w zależności od sezonu, od 5 do 10 tys. pracowników. Ogólna powierzchnia stawów między Odrą a Bugiem przekracza 70 tys. ha, ale większość z nich to małe zbiorniki, kilku- i kilkunastohektarowe. Mniej, niż co szóste gospodarstwo hodowlane mieści się w zakresie 100 do 500 ha, a to one właśnie dostarczają na rynek prawie połowę karpi.


Hodowli karpi nie da się specjalnie przyspieszyć, tak jak w przypadku tuczenia trzody chlewnej czy drobiu. Cykl produkcyjny, od narybku do ryby o handlowych gabarytach, trwa tu tradycyjnie trzy lata, niewielu hodowców skraca go do dwóch. To kilkanaście razy dłużej niż „produkcja” kurczaków w przemysłowych fermach. I wymaga kilku, różnej wielkości stawów bądź zbiorników, do których sukcesywnie przenosi się ryby na poszczególnych etapach rozwoju.


W pierwszym sezonie są to małe i płytkie stawy narybkowe, gdzie karpik osiąga masę do 5 gram, po czym jest odławiany (zwykle w lipcu, stąd określa się go mianem „lipcówki”) i przenoszony do większego, gdzie dorasta do 50-70 g. W drugim roku narybek dorasta do wielkości dłoni, ważąc jesienią około ćwierć kilo. To tzw. kroczek, który wiosną kolejnego roku wpuszczany jest do stawu towarowego, gdzie karmiony zbożem trzy razy w tygodniu osiąga wagę 1,5-2 kg. Ale zanim w grudniu trafi do sprzedaży, kilka tygodni wcześniej przenoszony jest do tzw. płuczki, specjalnego zbiornika z dotlenianą, bieżącą wodą, gdzie karp oczyszcza się przynajmniej z części charakterystycznego, błotnego smaku.


Pokutujące mity o zagęszczeniu karpi w stawach hodowlanych nijak się mają do rzeczywistości. Na każdego przypada przeciętnie 10-15 m3 wody, więc żyją w komfortowych jak na produkcję zwierzęcą warunkach. Nie ma co ich porównywać choćby z przemysłową hodowlą pstrągów, gęsto upychanych w betonowych basenach. Karp ma luz, dokarmiany jest głównie paszą naturalną, zresztą żywi się też roślinami którymi obsadzane są dna stawów.


– Ta ryba, hodowana w sposób naturalny, ma doskonałe wartości odżywcze i zdrowotne – mówi dr Andrzej Lirski, prezes Polskiego Towarzystwa Rybackiego. Fakt, zawiera mnóstwo lekkostrawnego białka, cenne tłuszcze omega-3 i omega-6, wiele witamin (głównie A, D i B) oraz minerałów takich jak fosfor, potas, żelazo czy magnez. Lekarze i dietetycy przekonują, że mięso karpia zwiększa odporność organizmu, poprawia pamięć oraz pracę układu sercowo-naczyniowego, zmniejsza ryzyko udarów i zawałów.



Historia hodowli karpia: od zakonu cystersów do ministra Hilarego Minca


W stanie dzikim karp pochodzi z Azji, głównie z Chin, tam też w V-VI wieku p.n.e. zaczął być hodowany. Do Europy koncept budowy stawów i hodowli karpia dotarł za sprawą mnichów, żywiących się przez większość roku postnym jadłem. Był już znany na dworach ostatnich cesarzy Rzymu, zresztą stawy budowali także w czasie wypraw rzymscy żołnierze. Wieki później zwyczaj ten upowszechnił król Franków Karol Wielki.


Do Polski karpie także dotarły dzięki mnichom, przybyłym z Czech lub Moraw cystersom, którzy już na początku XII wieku zaczęli je hodować w przyklasztornych stawach w dolinie Baryczy. W okolicy Milicza i Młodziankowa stworzyli największe w ówczesnej Europie skupisko stawów, o powierzchni prawie 2,5 tys. ha.


Karp był dość łatwy w hodowli i wydajny, więc zaczęły powstawać kolejne, zwłaszcza na terenach dzisiejszej Opolszczyzny i Małopolski. Rzeczpospolita XV i XVI wieku słynęła już w Europie ze swych stawów, zakładanych na nieużytkach rolnych w setkach wsi, zwłaszcza wzdłuż koryt rzek. W wielu regionach hodowla karpia stała się niemal tak powszechna jak uprawa zbóż, stawy powstawały też masowo w wielkich majątkach ziemskich oraz na obrzeżach szybko rozwijających się miast. Karp stał się popularnym daniem zarówno chłopów, jak i szlachty, choć tu konkurował ze szczupakiem czy pstrągiem. Z jego ikry wyrabiano nawet kawior.


Kryzys „karpiarstwa” przyszedł w XVII wieku, nie tylko w Polsce zresztą. Był echem wojny trzydziestoletniej, potem szwedzkiego Potopu, w końcu wojen napoleońskich. Duża część stawów zniszczono w czasie przemarszów wojsk, część specjalnie wysuszano i wybierano ryby aby wyżywić żołnierzy. Gospodarka rybna popadła więc w ruinę. W połowie XIX wieku obawiano się nawet, że ich hodowla w Polsce pod zaborami przejdzie do historii.


Ale kilkadziesiąt lat później nastąpił renesans karpia. Historycy twierdzą, że kluczowy w tym udział miał Tomasz Dubisz, niepiśmienny ponoć mistrz rybacki kompleksu stawów w Iłownicy, w okolicach Cieszyna, który wprowadził w chowie karpia tzw. przesadkowanie, a więc właśnie przenoszenie poszczególnych roczników ryb do coraz większych i coraz głębszych stawów. Niby proste, ale wtedy była to rewolucja, oznaczająca skrócenie cyklu produkcyjnego z 8 do 3 lat i radykalny, kilkukrotny wzrost dochodowości hodowli. Wkrótce metoda ta upowszechniła się w całej Europie i w nieco tylko zmodyfikowanej formie istnieje do dziś. Odrodzeniu karpia pomógł też wydatnie Adam Gasch, znany hodowca z Kaniowa koło Bielska-Białej, który pod koniec XIX wieku wyhodował jego nową odmianę – z wysokim grzbietem, małym łbem i niewielką ilością łusek. Karp królewski lub polski, jak go nazwano, stał się wkrótce i jest po dziś dzień dominującą gatunkiem w hodowli.


Okres międzywojenny był dla niego wyśmienity. Powierzchnia stawów w Polsce wzrosła o połowę, roczna produkcja karpia sięgnęła 13-14 tys. ton a karp królewski zaczął detronizować na wigilijnych stołach dominującego przez setki lat szczupaka w szarym sosie. Jednak wojna znów go poturbowała, bo spora część stawów uległa zniszczeniu. W sukurs przyszedł mu niedostatek żywności w siermiężnym PRL-u oraz zniszczona flota bałtycka, nie będąca w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości ryb morskich. A także ówczesny minister przemysłu Hilary Minc, który dostrzegł alternatywę w karpiu, mięsistej rybie słodkowodnej, taniej w hodowli. To on w 1947 r. zadecydował, aby masowo zakładać i zarybiać stawy hodowlane, z jego otoczenia wyszło też hasło promocyjne „Karp na każdym wigilijnym stole w Polsce”.


I tak się stało. Przejęte przez PGR-y gospodarstwa rybne szybko zwiększyły produkcję, przed sklepami i centralami rybnymi ustawiały się przed Wigilią kolejki. Przez kilka dekad, aż do lat 80., żywe karpie można było kupić nawet na ulicy, ogłuszane jeśli ktoś sobie tego życzył. Przez długie lata, niemal do czasów transformacji, można je było dostać, w formie premii w naturze, w wielu zakładach pracy. A po powrocie do domu wpuścić do wypełnionej wodą wanny, gdzie czekały do świąt.



Karpiowy biznes tylko dla hobbystów


Karp stał się na dobre częścią polskiej tradycji. Według ostatnich sondaży prawie 80 proc. rodaków deklarowało, że na ich wigilijnym stole znajdzie się przynajmniej jedna potrawa z karpia.


Ale ta masowa konsumpcja około 10 mln ryb podczas świąt nie zmienia faktu, że w sumie nie zjadamy go wiele. W skali roku 0,5-0,6 kg per capita, daleko mniej niż Czesi czy Węgrzy (ponad 1 kg) bądź nawet mieszkańcy krajów, nie mających dla niego żadnej specjalnej atencji. Ale też Hiszpanie i Włosi potrafią jeść karpia w sezonie prosto z grilla. Nad Wisłą rzecz niewyobrażalna.


W ogóle zresztą spożywamy dużo mniej ryb niż przeciętny Europejczyk, a jeśli już to preferujemy ryby morskie. Śledzia zjadamy rocznie pięć razy więcej niż karpia, podobnie taniego mintaja. A przecież jesteśmy niemal potęgą w hodowli ryb słodkowodnych, z ponad jedną trzecią udziału karpia w ich połowach.


Rzutuje to niestety na kondycję specjalizującej się w nim branży. Jej potencjał produkcyjny, szacowany na ponad 30 tys. ton rocznie, nie jest wykorzystywany. Na początku lat 90. odławialiśmy ok. 25 tys. ton karpia rocznie, w połowie zeszłej dekady produkcja spadła do 15-16 tys. ton, potem wzrosła do ok. 20 tys., w tym roku znów był dołek. Ale to nie tylko kwestia popytu konsumentów oraz zamówień ze strony handlu, gdzie zresztą wielkie sieci narzucają hodowcom swoje warunki cenowe, często oferując ceny na granicy kosztów. Swoje robi też aura, od której są oni mocno, zbyt mocno nawet uzależnieni.


Hodowla karpia w Polsce ma charakter ekstensywny, „plony” nie są duże. Z hektara stawu uzyskuje się średnio niespełna 600 kg ryby, o połowę mniej niż w Czechach, co sprawia, że roczny przychód z kilkuhektarowego stawu to kilkadziesiąt tys. zł. Po odjęciu rosnących kosztów (w tym opłat środowiskowych i administracyjnych, które wzrosły wraz nowym Prawem Wodnym), zostaje góra kilkanaście tysięcy dochodu. – Trzy stawy, które odziedziczyłem po ojcu, a ten po dziadku, to moja pasja, ale nie prawdziwy biznes, bo są lata gdy nie wychodzę na swoje. Utrzymuję rodzinę z warsztatu samochodowego – mówi Krzysztof, hodowca z okolic Mińska Mazowieckiego.


Takich są setki. A ledwie dziesiątki dużych, nowoczesnych ferm hodowlanych, z systemami natleniania wody i podawania pasz, gdzie odławia się nawet 1-1,5 tony karpia z hektara. Dopiero od kilku lat pojawiło się też więcej gospodarstw, łączących hodowlę z przetwórstwem, oferujących ryby wędzone, w galarecie, rolady czy rybne pasztety, choć i tu karp nie jest preferowany. A może to właśnie znacząco zwiększyłoby jego spożycie.


W sumie więc branża „karpiarska”, której roczne obroty sięgają 200 mln zł i są większe niż naszego rybołówstwa morskiego, raczej cienko przędzie. Opłacalność hodowli stopniowo maleje. W najtrudniejszych latach hodowców ratują dotacje rządowe i unijne, nawet rzędu 50 mln euro rocznie, co oznacza kilka zł dopłaty do kilograma ryby. Ale to tylko proteza, a nie recepta na rozwój.



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close