Politics

Sędzia Waldemar Żurek: PiS to jest reżim na krzywej spadkowej. Rozmowa – Polityka




I oni wszyscy pro bono?


– Oczywiście. Tracę rachubę, ile mam tych spraw, postępowań dyscyplinarnych na różnych etapach około 20. Prawnicy mnie pilnują, ale mam też kalendarz, do którego muszę właśnie dopisać dwie kolejne dyscyplinarki. A przecież mam jeszcze bardzo dużo pracy zawodowej, a tzw. dobra zmiana chciałaby mnie bardzo złapać na tym, że gdzieś popełnię błąd. Próbują na wszystkie sposoby…



Ktoś patrzy na pana przez mikroskop?


– Na pewno koleżanka ministra Ziobry.



Dagmara Pawełczyk-Woicka, prezes Sądu Okręgowego w Krakowie, w którym pan pracuje?


– Tak. Ale ja nie nazywam jej panią prezes, co ją bardzo irytuje.



Tylko jak?


– Pełniącą obowiązki prezesa. To jest absolutnie uzasadnione prawnie.



Nie jest pan łatwym podwładnym.


– Myślę, że nie, ale zachowuję zasady kultury bycia i nie przekraczam granic dobrego smaku.



Pani „pełniąca obowiązki” nie jest przypadkiem pana koleżanką ze studiów?


– Jest, kiedyś byliśmy na ty. Pamiętam wyjazdy integracyjne w ramach stowarzyszenia sędziów, na które jeździła w moim samochodzie.



Jeśli pan jest jej kolegą ze studiów, a ona jest koleżanką ministra, to zna się pan z Ziobrą.


– Na studiach go osobiście nie poznałem. Widziałem tylko, jak przemykał. Nawet nie wiem, czy byliśmy na tym samym roku, bo on po liceum, a ja poszedłem na prawo po technikum. Pamiętam za to jak za pierwszego PiS do Krakowa przyjechał jako minister. Byłem wtedy już chyba rzecznikiem prasowym naszego sądu.



Miło było?


– Bardzo sztywno. Bez negatywnych relacji, ale jakby chodził w pancerzu i tak też się odzywał. Może pamiętał moją reakcję na jego wypowiedź w jakiejś sprawie w naszym sądzie. Powiedziałem, że bardzo się dziwię radykalnym słowom ministra, skoro nie miał w rękach akt sprawy, a już wydaje wyroki. Tak mu zostało.



Dzisiaj jest bardziej powściągliwy.


– Może ma świadomość, że kiedyś będzie musiał stanąć przed legalną, niezależną prokuraturą i niezawisłymi sędziami.


Czytaj także: „Nowi w SN dzielą się na trzy grupy. Pierwsza na każdym etapie kariery spotykała pana Ziobrę…”



Domaga się zapisu w prawie o odpowiedzialności karnej za szkodzenie wizerunkowi kraju. Bicz na siebie kręci.


– Słuchałem go kiedyś w radiu partyjnym, jak nazywam media publiczne. Słucham i oglądam je dosyć często, koledzy mówią, że się szczepię. Gdyby kiedyś, nie daj Boże, zabrakło niezależnych mediów, będę miał odporność, a koledzy będą cierpieć.


Opowiadając o tej całej pseudoreformie, Ziobro wyraźnie powiedział, że będzie dążył do eliminacji sędziów wiecowych, którzy zamiast sądzić, wychodzą do ludzi i przemawiają. Myślę, że to na nich te przepisy o szkodzeniu wizerunkowi. Ale widzę, że pan Ziobro coraz częściej o wiele bardziej zdenerwowany niż ja, gdy otwieram kolejne listy z postępowaniami dyscyplinarnymi. Mam wrażenie, że są bezradni, przekroczyli jakąś linię…



Bezradni? Chcą wam głowy pościnać.


– Będą kąsać boleśnie, mogę stać się jedną z ofiar, ale to jest reżim na krzywej spadkowej. Odgryzam się i wygrywam kolejne sprawy.



Teksańska masakra piłą mechaniczną. Gość z piłą jest ranny, ale może jeszcze utnie komuś to i owo.


– Piła łańcuchowa jest mi bardzo bliska, bo to był pierwszy mój wyuczony zawód w technikum leśnym w Brynku. Wiem, wiem, wszyscy pytają, gdzie to jest. Za Tarnowskimi Górami, pałac hrabiów Donnersmarcków.



Co panu do głowy strzeliło?


– Las miał być ucieczką od beznadziei po stanie wojennym, ale z tyłu głowy miałem też dziecięce marzenie z filmów partyzanckich. Dziadek był żołnierzem września 1939 r., pradziadek zginął w wojnie z bolszewikami. Zapisałem się do KPN, który był wtedy nielegalny. U Adama Słomki w mieszkaniu składałem przysięgę, bo w KPN była przysięga. Po latach byliśmy w radiu i gdy Słomka zaatakował sądownictwo i w ogóle wszystko w III RP, powiedziałem, że coś chyba panu Słomce nie wyszło, bo poszedł do polityki, a ja na prawo.


To on miał jako poseł reformować wymiar sprawiedliwości…


Ale zamiast walczyć w partyzantce, zostałem pilarzem dyplomowanym.



Leśnik to nie jest to samo co myśliwy.


– Myśliwym też jestem.



Teraz to na pana polują.


– Mogę sobie wyobrazić, co czuje zwierzyna łowna. Ale nie jestem takim zapaleńcem, który biega cały czas z flintą po lesie i tylko patrzy, co ustrzelić.



Byle nie lisa.


(śmiech) – Jest ich tak dużo, że chyba więcej ginie pod kołami samochodów niż z luf myśliwych. Zaburzyliśmy równowagę w przyrodzie. Jestem w sądzie łowieckim dla tych, którzy nie przestrzegają etyki. Z wieloma ekologami się przyjaźnię. Możemy mieć różne spojrzenia i nie podrzynać sobie gardeł. Politycy powinni się od nas uczyć.



Dlaczego wyszedł pan z lasu?


– W roku 1989 poczułem, że to jest moment, żeby budować Rzeczypospolitą. Uniwersytet Jagielloński to była bardzo wymagająca uczelnia, dostałem się najpierw na studia zaoczne, ale miałem dobrą średnią i przenieśli mnie na dzienne. Pierwszy na roku się obroniłem. Chłopak z małego miasta po technikum leśnym dał sobie radę w katedrze u bardzo wymagającego profesora Zimmermanna.



Późniejszego promotora Andrzeja Dudy.


– Ale ja nie zostałem na uczelni. Dostałem ocenę bardzo dobrą na egzaminie sędziowskim i trafiłem do Wydziału Pierwszego Cywilnego Sądu Rejonowego dla Krakowa Śródmieścia.



Adwokatem nie chciał pan zostać? Jak ja byłem na prawie, to panowało przekonanie, że ci, którzy nie mają mamy albo taty adwokata, są bez szans.


– Bo tak było. Moja kuzynka miała męża adwokata. Zabrał mnie do kancelarii, ale po dwóch tygodniach stwierdziłem, że się do tego nie nadaję.



Za duże pieniądze?


– I to za 30 minut porady. I przestępcy przychodzą, żeby ich bronić. Byłem jeszcze niedojrzałym prawnikiem i bardzo emocjonalnie do tego podchodziłem.



Każdy ma prawo do obrony.


– Dzisiaj zupełnie inaczej na to patrzę. Ale bardzo kocham zawód sędziowski, chociaż teraz naprawdę jest ciężko.



Pan ma wszystkie papiery, żeby być dobrym pisowcem.


– Nie jest pan pierwszym, który mi to mówi.



Chłopak z prowincji…


– Babcia nosi feretrony na Boże Ciało i śpiewa w kościele. Tak samo mama. Oczywiście byłem ministrantem. Na makatce w pokoju miałem Wałęsę, Jana Pawła II i Piłsudskiego. Później się pojawiła opaska KPN, którą na demonstracje zakładaliśmy. Śpiewałem „Pierwszą Brygadę”, do dziś ciężka figurka Marszałka mi pomaga, bo akta przytrzymuje, żeby się nie zamykały.



Ale fascynacja już mniejsza?


– Bereza Kartuska, zniszczenie wymiaru sprawiedliwości, ojciec niepodległości zmienił się de facto w dyktatora. Myślę, że gdyby nie było wtedy procesu brzeskiego i Berezy, łatwiej by nam było dzisiaj.



Jak uniknął pan losu pisowskiego sędziego?


– Podejścia były. Dwukrotnie rozmawiał ze mną przyjaciel prezesa. Pierwsza rozmowa była raczej przyjacielska. W kolejnej zrozumiałem, że to wszystko, co robię, jest ryzykowne i jak się nie zamknę, to będą problemy. A na koniec był jeszcze wysłannik nowej zmiany z propozycjami konkretnych stanowisk w wymiarze sprawiedliwości.



Opłacałoby się?


– Pączek w maśle! Miałem tylko się zamknąć na kilka lat i nie wychodzić do mediów.



Super deal poza tym, że byłby pan sprzedajną świnią.


– Nie mógłbym patrzeć w lustro na moje starte zęby, bo niestety ścieram je w nocy przez to, że za dnia nie ujawniam emocji.



I od razu zaczął pan fikać?


– Jako pierwszy. Adam Bodnar mi to czasem przypomina i jestem z tego dumny.



Co było momentem decydującym?


– Nieopublikowanie przez rząd orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 2016 roku o niekonstytucyjności ustawy o TK uchwalonej głosami PiS. Ja znałem pierwszego Ziobrę, więc miałem ten bonus nad wszystkimi mądrymi i wielkimi świata prawniczego.


Czytaj także: „Jesteśmy bardzo na pokaz. Tolerancyjni, bo tak wypada. W głębi duszy nosimy w sobie kołtuna”



Bez złudzeń?


– Żadnych. Wiedziałem, że jest ogarnięty manią posiadania nieograniczonej władzy. Myślę, że on kompensuje swoje młodzieńcze kompleksy.



Bo oblał aplikację prokuratorską?


– Świat prawniczy na swój sposób go odrzucił, czyli zweryfikował negatywnie, wyczuwając być może nie tylko brak wiedzy, bo czasem rzeczywiście widać, że brakuje mu elementarnej wiedzy, albo wybiórcze jej stosowanie. Ja mam teraz skargę nadzwyczajną, w której minister odwraca mi prawomocne wyroki w prywatnych sprawach.



Wracając do tej sytuacji przełomowej…


– Rozmawiałem wtedy z profesorami, prezesami sądów. Mówiłem, że nie będzie brania jeńców, ale oni są przyzwyczajeni do szacunku, do pewnych zasad, które od dziesiątek lat funkcjonują. I moim zdaniem nie wyobrażali sobie, że przychodzi troglodyta z bejsbolem i rozwala wszystko. Że można tak na chama. Myślę, że prezes Rzepliński, jeszcze wpuszczając dublerów do sądu konstytucyjnego, wierzył w to, że oni się ucywilizują.



Władza i jej nominaci idą na ostro. Jaki jest motyw?


– To nie są tępaki. Oni świetnie wiedzą, że tu nie ma żartów. Gdy ktoś nie publikuje wyroku sądu konstytucyjnego, to ponosi odpowiedzialność karną. Ale oni tego nie robią, bo nie chcą oddać władzy, a raczej stworzyć władzę absolutną. I tylko niewielki procent jest zaczadzony ideologicznie. Większość robi to dla stanowisk i pieniędzy.



A koleżanka ministra kiedy się zorientowała, że Żurek będzie kamieniem w jej bucie?


– Jeszcze zanim weszła do tego sądu. Była listopadowa niedziela 2017 r., pani prezes Morawiec na urlopie za granicą, a dziennikarze pytają, czy wiem, że coś się jutro szykuje w naszym sądzie. Zadzwoniłem do wiceprezesa, który – dzisiaj mogę już o tym powiedzieć – był po ciemnej stronie mocy. Usłyszałem: „Tak, wiem. Jutro przyjdzie faks, który odwoła prezesa”.


Zwołałem konferencję prasową i przekazałem informację o faksie, bo byłem typem rzecznika, który uważał, że media mają prawo do prawdy. Zrobiła się z tego ogromna afera, bo to miała być wielka tajemnica. Prezes Morawiec chciano „ubrać” w tzw. aferę w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie. Aresztowano iluś dyrektorów i prezesa sądu. Przetrzymywano go wbrew rygorowi w celi dla szczególnie niebezpiecznych, nie pozwalano się ogolić, jak szedł na rozprawę. Księgowa Sądu Apelacyjnego była w areszcie ponad dwa lata, przyjeżdżali do niej smutni panowie i mówili: wystaw nam Żurka albo Morawiec, to wyjdziesz. Dostaniesz małego świadka koronnego. A jak mówiła, że nic nie wie na nasz temat, to pytali o plotki korytarzowe. Wyjdziesz, święta się zbliżają – mówili. Widziałem to w reportażu – nigdy nie miałem do czynienia z tą panią…



Nie sprzedała was, więc nie wyszła?


– Nie sprzedała, bo nie miała co sprzedać. Powinienem spać spokojnie, bo znam swoje życie zawodowe i osobiste, ale jak mówi emerytowany znajomy policjant, w reżimie nie ma takiego, którego by się nie dało ustrzelić, bo jest tysiąc metod, żeby go zniszczyć. Choćby wizerunkowo. Ważne, że cię pokażą w kajdankach oskarżonego o największe zbrodnie. Jak będziesz uniewinniany, to już nie będzie kamer. Stara sowiecka zasada: dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie…



Nie ukradł pan wiertarki ani kiełbasy, ale prawdziwy sąd to jest ten w TVP o 19.30?


– Dokładnie. Wiem, że nie ukradłem, ale chodzę ubrany trochę jak z lasu, bo się spodziewam, że może dojść do prowokacji i zatrzymań.



Spodnie myśliwego z togą nie konweniują. Po co panu te wielkie kieszenie?


– Mam portfel, klucze…



Szczoteczkę też pan nosi?


– Był taki moment. Władza miała już projekty likwidacji KRS, byłem rzecznikiem KRS i jednym z organizatorów tzw. Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów. Zorganizowaliśmy salę w Pałacu Kultury, ale sędziowie wściekli na to, co się dzieje, zgłaszali się setkami. Potrzebna była druga sala i telebimy, a i tak ludzie stali pod Pałacem.



Patrzę na swoje środowisko, gdzie ducha oporu nigdy nie wyczuwałem, i zastanawiam się, co sprawiało, że prawnicy od razu stanęli twardo.


– Sędziowie. Ojcowie założyciele Rzeczpospolitej po komunie wzięli dobre wzorce z innych krajów i dali sędziom gwarancje niezawisłości od władzy politycznej. Sądziliśmy w Krakowie różnych polityków i nigdy nie wpadłbym na pomysł, by rozważać, czy wyrok na nich mi nie zaszkodzi. Tak tłumnie przyszliśmy wtedy do Pałacu Kultury, bo wielu z nas nie chciało się bać, wydając najtrudniejszy nawet wyrok. Czy to jest Kowalski, Nowak, premier, czy nawet wicepremier.


Atrybuty niezawisłości, immunitet sędziowski, sprawiają, że nas się nie da tak łatwo usunąć. Oczywiście Izba Dyscyplinarna próbuje, ale po wyroku Sądu Najwyższego i TSUE mamy już pewność, że ona działa nielegalnie. Oni też to wiedzą i boją się w swojej masie iść z nami na wojnę, bo jej nie wygrają. Już widzą, że przegrywają potyczki.


Myśleli, że nas wyeliminują i będzie po problemie, tymczasem Tuleya, Juszczyszyn czy Ferek i inni, zamiast uciec na zwolnienie lekarskie, przemawiają na wiecach, jeżdżą po Polsce i Europie. Zawieszeni stali się bojownikami z większą ilością czasu, więc Ziobro strzela sobie w stopę. Jesteśmy świetnie zorganizowani, rodziny zawieszonych mają co jeść, oni będą dalej przez nas wspierani finansowo. Robimy to wszystko lege artis, nie można się do niczego przyczepić.


Nie tylko sędziom pomagamy. Kiedy została zawieszona pani dyrektor szkoły w Dobczycach, której uczniowie wzięli udział w akcji w ramach Tour de Konstytucja, natychmiast zrobiliśmy zrzutkę na siepomaga. Przyjechali do Dobczyc Adam Bodnar, Andrzej Chyra, Zbigniew Hołdys, Morawiec, Juszczyszyn, Tuleja, Gonciarek, Żurek. Dobczyce nagle zapełniły się ludźmi i pani dyrektor zobaczyła, że nie jest sama. Chcielibyśmy pokazać, że bronimy każdego, kto walczy o wolność i ponosi konsekwencje.



Kończycie te same uczelnie, macie takie same togi i jedni lądują po jednej stronie, a drudzy po tamtej.


– Tak mnie wychowano, że obojętne czy byłbym sędzią, kolejarzem, drukarzem, czy dziennikarzem, zachowywałbym się tak samo. Potrafię też pracować fizycznie, nie boję się, że wyląduję na bruku i nie będę miał z czego utrzymać rodziny.



Pamięta pan, kiedy się dowiedział z TVP, że jest złym człowiekiem?


– Wielokrotnie się dowiadywałem.



Nie chce pan płacić alimentów…


– To było najbardziej przykre…



Nie zgodził się pan na operację córki…


– Wywalczyłem w sądzie przeprosiny w mediach. Chciałem, żeby to poszło w „Gazecie Polskiej”, bo ona jest najbardziej zajadła.


CBA kontrolowało mnie przez 16 miesięcy. W końcu powiedziałem, żeby nie wysyłali wezwań do domu, bo tam jest ciężarna żona. Jak widzi szarą kopertę z pieczęcią CBA, ciśnienie jej skacze, bo się tym cholernie przejmuje.



Co odpowiedzieli?


– Zaczęli kontrolę żony, która też jest prawnikiem.


Pojechałem nad morze do znajomych, a tam jedna pani mówi, że Żurek to „niealimenciarz”. Na nic tłumaczenie, że Waldek zawsze z dziećmi przyjeżdża na wakacje, widać, jak kocha te córki.


Sędzia musi mieć autorytet. Jak mam komuś morały prawić, jak mam być wiarygodny dla małżonków sądzących się o podział majątku, jeśli sam okazuję się szwindlarzem, który chce wykolegować byłą żonę, oszukać swoje dzieci. To było dla mnie potwornie ciężkie



Był moment, że pan stwierdził: „Walić to, po cholerę mi to wszystko”?


– Strasznie chciałbym się przeprowadzić w Bieszczady, gdzie mam mały domek, ale CBA było także tam. Wysłali agentów, żeby sprawdzili, czy jeśli w oświadczeniu majątkowym wpisuję, że mam fundamenty na dom, to one faktycznie tam są, czy może stoi willa ze złotymi klamkami. Do pilarza CBA wpadło późnym wieczorem, by pytać, czy rzeczywiście kupił ode mnie stary traktor. Jeszcze dzisiaj rzecznik dyscyplinarny docieka, czy jak kupowałem ten traktor, nie powinienem zapłacić 820 złotych podatku od czynności cywilnoprawnych, choć urząd skarbowy badał to wszystko po kontroli CBA i wyszło, że nie mam nic do zapłacenia.



Nie umie pan odpuścić?


– Bardzo bym chciał, żeby zagościła tu normalność.



I po czym pan ją pozna? Że zniknie pani „pełniąca obowiązki”?


– Że na prezesa sądu zostanie wybrany ktoś, kto cieszy się szacunkiem i jest jednym z najmądrzejszych prawniczo, a takich mamy bardzo wielu. Żeby było jasne, widzę o wiele lepszych od siebie. Ci, którzy dzisiaj walczą na pierwszej linii, nie powinni później brać udziału w rozliczaniu.



Bo mieliby pokusę zemsty?


– Boję się, że gdybym miał sądzić tych ludzi, to będę dla nich zbyt łagodny, żeby ktoś nie pomyślał, że mogę być zbyt surowy. A wtedy będzie to niesprawiedliwy wyrok, a ma być zbliżony do ideału.



Czuje pan czasem nienawiść?


(cisza) – Patrzyłem na moją córkę z wenflonami w główce, podłączoną na kardiologii do tych wszystkich kabli, przeklinałem i pytałem: ludzie, dlaczego to nam robicie?! Miała 5 procent szans, że się urodzi żywa, lekarze wyciągnęli ją zza grobu. Do dziś nie wiemy, skąd jej wada serca. Ma cztery lata, cztery razy w ciągu dnia robimy koktajle, które jej wstrzykujemy doustnie, żeby mogła żyć. Fajnie się rozwija.



Da pan radę?


– Jeżeli nie siądzie mi zdrowie.



A wy wszyscy dacie radę?


– Widzę na korytarzach sądów tych, którzy nas wspierają. Nie mają w sobie dość siły, żeby zrobić coś więcej, ale są dla nas ważni. Ktoś zaprosi na kawę, poczęstuje czekoladą, ja opowiem o kolejnej wygranej sprawie i to wystarczy, żeby nie tracić nadziei. Chodząc po tym sądzie, jestem dla wielu żywym dowodem, że walka ma sens.


Czerpię energię ze spotkań. Pod sądem w Gorlicach było już ciemno, paskudna pogoda, ale przyszło wielu ludzi. Podchodzi do mnie mężczyzna, patrzę, to Andrzej Stasiuk, którego książki łykam, jak tylko coś napisze. Wziął mnie do domu na herbatę. Poznałem w ostatnich latach Bujaka, Frasyniuka, Wujca tuż przed śmiercią, jego cudowną żonę, i Michnika, od którego w 1989 r. dostałem pierwszy numer „Wyborczej”, gdy startował do Sejmu ze Śląska. Leszek Wójtowicz, bard Solidarności, którego pieśni uwielbiam, zaprosił mnie właśnie na wielkanocne jajeczko…


Nigdy bym ich nie spotkał, gdyby nie Jarosław Kaczyński. Siedziałbym sobie i fakturował, jak mówią niektórzy, w tym sądzie w Krakowie.


Czytaj także: Donald Tusk: Wygramy kolejne wybory. Wiem, co trzeba zrobić



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.