Politics

Tadeusz Gołębiewski trafił do biznesowego piekła. W jaki sposób? – Biznes




Perła XXL w koronie


Pobierowo to niewielka gmina niemal w połowie drogi między Kołobrzegiem a Międzyzdrojami. Otoczona sosnowymi lasami, z piękną, szeroką plażą. Trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na nową mekkę wypoczynkową nad Bałtykiem. Odległe z obu stron po kilkadziesiąt kilometrów słynne kurorty są już skrajnie zatłoczone przez setki tysięcy turystów.


I takie zapewne były kalkulacje Gołębiewskiego, gdy pięć lat temu wziął udział w przetargu na 30-hektarową działkę. Gmina próbowała ją sprzedać od lat, ale chętnych nie było. Ongiś była tam baza wojskowa z wyrzutniami rakietowymi i może obawiano się zanieczyszczeń bądź kryjących się w ziemi niespodzianek. Ale biznesmen z podwarszawskiego Wołomina wyłożył na stół żądane przez gminę 50 mln zł, dorzucając pół miliona.


Chciał tam postawić największy z posiadanych już przez niego obiektów XXL, z którymi kojarzy się od ponad dwóch dekad. Zaczynał w latach 90. od Mazur, hotelem z prawie 600 pokojami w Mikołajkach, potem był podobny gabarytami obiekt w Wiśle, dekadę temu otworzył jeszcze większy i bardziej luksusowy hotel w Karpaczu.


Zobacz więcej: Daniel Obajtek. Taśmy wójta, „lewe” dochody, nieruchomości, dotacje i zatrudnianie agentów CBA [PODSUMOWANIE]


W sezonie letnim to jednak nadbałtyckie plaże i deptaki są polskim zagłębiem turystycznym, gwarantując żniwa właścicielom hoteli, pensjonatów i kwater. A wypasiony wszelkimi atrakcjami obiekt, przyćmiewający swym swojskim luksusem wszystkie wcześniej zbudowane, mógłby jeszcze wydłużyć sezon ponad zwyczajowe 3-4 miesiące, czyniąc go bez mała całorocznym centrum wypoczynku. Kalkulacja biznesowa pod każdym względem sensowna.


Największy w UE Citywest Hotel w Dublinie, z prawie 800 pokojami, Gołębiewski przebił już lata temu obiektem w Karpaczu na 900 pokojów. Ten w Pobierowie, którego bryła przypomina nieco monstrualne statki wycieczkowce, miał utrwalić prymat hotelarza XXL: 11 pięter i prawie 1200 pokojów dla ponad 3 tys. gości. Wyposażeniem i aranżacją przypominać ma wielkie kompleksy w Turcji czy Egipcie. Takie, w których jak mówią złośliwi, można spędzić tydzień, nie opuszczając ośrodka. Ogromny aquapark z takim spa i basenem, drugi basen na zewnątrz długi na 100 m, ponoć największy w Europie. Kilka restauracji, sale kinowe i teatralne, dyskoteka, kręgielnia, ściana wspinaczkowa, tężnia i grota solna oraz korty tenisowe i boiska. Plus kilka sal konferencyjnych, w tym jedna na 4 tys. osób. W planach lodowisko, skatepark i marina.


Na giganta, który zdominuje całą okolicę, jeszcze bardziej niż hotele w Wiśle czy Karpaczu pomstują ekolodzy, krzywią się architektoniczni esteci. Gołębiowski tłumaczy to biznesowo. – Jeśli chce się mieć masę atrakcji, to potrzebny jest duży obiekt, który to wszystko sfinansuje.


O jego perle w koronie wiadomo już prawie wszystko. Poza jednym – kiedy zostanie otwarty.


Czytaj także: Scalenie w jednej firmie państwowych hoteli nie jest złym pomysłem. Chyba że to początek ekspansji państwa na rynku poturbowanym przez covid?



Finansowa gehenna


Gdy w 2018 r. Gołębiewski ruszał z inwestycją, jej finał zapowiadał już na połowę 2020 r. To skrajnie optymistyczny scenariusz, ale mimo swych 74 lat tryskał wówczas zapałem i energią. Jako wytrawny biznesowy pokerzysta nie bał się od lat stawiać dużej części majątku na jedną kartę, ale tym razem pandemia mu tę kartę odmieniła. Najpierw wstrzymano budowę w okresie pierwszego lockdownu, gdy prace wykończeniowe były już zaawansowane. Z powodu pandemicznych restrykcji zarówno sezon letni, jak i jesienno-zimowy 2020 roku i tak był dla branży hotelarskiej stracony, więc nawet gotowy obiekt w Pobierowie generowałby koszty, a nie zyski.


Tyle że to zamknięcie branży aż do wiosny kolejnego roku – bo ograniczenia w Polsce były bodaj najbardziej surowe w UE – okazało się potężnym ciosem dla reszty hotelowego imperium Gołębiowskiego, świetnie dotąd prosperującego. A to przecież te obiekty zarabiały na inwestycję w Pobierowie. Wstępnie wycenianą na pół miliarda złotych, a więc z grubsza tyle, ile kosztowały hotele w Karpaczu (ponad 300 mln zł) i w Wiśle (ok. 200 mln zł).


W drugiej połowie zeszłej dekady każdy z tych hoteli miał przychody rzędu kilkunastu milionów złotych miesięcznie. W pandemii rzeka płynących z nich pieniędzy zamieniła się w wątły strumień.

Prace wykończeniowe w hotelu w Pobierowie


Prace wykończeniowe w hotelu w Pobierowie

Fot.: Andrzej Szkocki/Polska Press / East News



Państwu dziękuję


Już pod koniec 2020 r. biznesmen zaczął czuć finansowy nóż na gardle. Z państwowego wsparcia w ramach tarczy antykryzysowej nie skorzystał z własnego wyboru. Tłumaczył, że stanowiły tę pomoc głównie kredyty, które w każdej chwili mogły być wypowiedziane z żądaniem natychmiastowej spłaty. Uznał to za zbyt ryzykowne. Bo po latach bojów z administracją i urzędnikami przy okazji niemal każdej inwestycji, gdzie zawsze coś mu kwestionowano bądź zaskarżano, Gołębiewski nie ma zaufania do państwa. Nie krył wręcz obaw przed czarnym scenariuszem, w którym w wypadku poważnych tarapatów grupy mogłaby zostać ona przejęta za grosze przez Polski Holding Nieruchomości kontrolowany przez państwo.


Wywalczone w bankach 30 mln zł kredytu inwestycyjnego na hotel w Pobierowie zamienił, za ich zgodą, na kredyt obrotowy, z którego pokrywał koszty funkcjonowania swych hoteli w martwych dla branży okresach, wypłacając też z niego pensje prawie tysiącowi pracowników. Nikogo, jak twierdzi, nie zwolnił. A pod ten ratunkowy kredyt zastawił praktycznie cały majątek grupy, także firmy cukierniczej TAGO oraz majątek osobisty, włącznie z domem w Ciemnej pod Wołominem. Dla zdobycia gotówki wyprzedawał zresztą, co tylko mógł, nawet rodzinną kolekcję obrazów, w której były Kossaki.


U schyłku 2020 r. jego biznes znalazł się na krawędzi upadku. – Pieniądze skończą mi się za miesiąc, góra za dwa. Dłużej nie wytrzymam. Wstaje rano z myślą, czy nie jestem już bankrutem – mówił mediom Gołębiewski.



Dziś by nie zaczął


Po udanym dla turystyki lecie i początku jesieni 2021 r. uwierzył, że najgorsze już za nim. Budowa w Pobierowie znów ruszyła z kopyta. Kładziono marmury w holach, mozaiki w basenach, zaczęto tapetować pokoje. Otwarcie zachodniego skrzydła hotelu zapowiedziano na 1 czerwca, całości – przed wakacjami 2023 r.


Ale spadających na Gołębiewskiego plag widać nie było dość. Rosja rozpoczęła wojnę i duża część zatrudnionych na budowie Ukraińców wyjechała do domu. Kiedyś pracowało na niej nawet 900 ludzi, w marcu zostało niespełna trzystu. Do tego widoczny już w zeszłym roku galop cen materiałów, paliw i energii, przybrał na sile. – Łańcuch dostaw się zawiesił, na niektóre materiały musimy czekać już nie tydzień, a miesiąc – tłumaczył Robert Skraburski, dyrektor budowy.


To były wójt Pobierowa, który sprzedawał Gołębiewskiemu działkę pod hotel. Postać dla wielu kontrowersyjna. Zarzucano mu rozrzutność z inwestycjami w gminie, które zadłużyły ją na ponad 100 mln zł. Miał sprawę w sądzie. Gołębiewski to bagatelizuje. – Potrzebny był w tej inwestycji człowiek, którego nie trzeba popychać, nie trzeba pokazywać, jak działać i co ma robić. W tym układzie to ja jestem zabezpieczeniem przed nadmiernymi inwestycjami, ja wykładam pieniądze, ja ostatecznie decyduję – mówił w wywiadzie dla wp.pl.


Fakt, że zarządzanie budową hotelu jest specyficzne. Nie ma generalnego wykonawcy, wszystkim zajmuje się firma Tadeusza Gołębiewskiego. A firma to on. Przy prawie miliardowych obrotach rocznie nie ma ona nawet zarządu. 79-letni biznesmen nadzoruje wszystko od A do Z. Owszem, pracują w niej członkowie rodziny, prowadząc sklepy czy spa w hotelach, ale w zarządzaniu całością biznesu nie uczestniczą.


Wszystko na jego barkach. Gdy co 2-3 tygodnie przyjeżdża do Pobierowa, śpi w hotelu pracowniczym, je w stołówce z budowlańcami. I chodzi po kilkanaście kilometrów dziennie, kontrolując postęp prac na każdym piętrze, mobilizując bądź karcąc pracowników. Trochę ze względu na oszczędności na personelu administracyjnym i nadzorczym, jednak chyba bardziej z przyzwyczajenia.


Tak działa od ponad pół wieku, gdy po studiach na SGPiS (dziś SGH) uruchamiał własny biznes cukierniczy. Produkując wafle w formach wyrzuconych przez przedwojenna fabrykę, które własnoręcznie spawał. Do wyrabiania masy, głównie z wody, oleju i sody, używał pralki Frania. Tania produkcja, prawie nieograniczony zbyt, rosnące zyski, które w całości reinwestował. W kolejne maszyny, używane, ale solidne, z Austrii, w nowe produkty – andruty, bezy, rożki do lodów – w stale rozbudowywaną fabrykę. Firma cukiernicza prosperowała coraz lepiej, także w realiach rynku po transformacji.


Z zyskami sięgającymi w najlepszych latach kilkunastu milionów złotych TAGO przez ponad dekadę było dla Gołębiewskiego bankomatem do finansowania młodzieńczych marzeń. W 1991 r. kupił siermiężny ośrodek wczasowy w Mikołajkach, na którego terenie postawił duży hotel. Już ze wszystkim, z czego później słynął – aquaparkiem, basenem, centrum odnowy biologicznej, strefą rozrywki. To ściągało co zamożniejszych gości z Polski, także bossów pruszkowskiej mafii z całymi świtami, potem także z Niemiec i Rosji.


Biznes kwitł. Zyski zainwestował w straszący w centrum Białegostoku niedokończony szkielet orbisowskiego hotelu. Rozbudowując go i modernizując w czterogwiazdkowy obiekt. Potem ambicje Gołębiowskiego zaczęły rosnąć szybciej niż jego dochody. Na hotel w Wiśle, postawiony za ok. 200 mln zł na terenie kupionego w 2002 r. obiektu Gromady, musiał już trochę pożyczyć w bankach. Na późniejszy o kilka lat w Karpaczu u podnóża Śnieżki potężnie się zadłużył, bo koszty sięgały 350 mln zł.


To już był trochę biznesowy poker, jednak z mocnymi kartami. Swą ekspansję opierał na rzetelnej kalkulacji, sprzyjał mu też nakręcający się boom turystyczny. Obłożenie w jego obiektach rzadko spadało poniżej 60-70 proc., dochody rosły, banki chętnie mu pożyczały, bo kredyty spłacał terminowo jak w zegarku. A ponieważ o nadmorskim hotelu marzył od lat, z Pobierowem zagrał już va banque. Opowiada zresztą, że żona była jej przeciwna, ale wraz z dziećmi przegłosowali ją w rodzinnym głosowaniu.


Fakt, że przy rekordowo tanim w ostatnich latach kredycie i trzymanych w karbach kosztach jego obsługi sieć Hotele Gołębiewski pewnie spięłaby swój budżet bez większego problemu, a hotel w Pobierowie być może już w poprzednie wakacje przyjmowałby gości. Ale w ciągu kilkunastu miesięcy jego sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Z biznesowego perpetuum mobile stała się grupą walczącą o przetrwanie. Sezon letni zapowiada się dla jego hoteli, tak jak dla większości w kraju, bardzo obiecująco, ale konia z rzędem temu, kto przewidzi, jaka będzie jesień i zima, zwłaszcza w kontekście wojny w Ukrainie i jej ekonomicznych skutków. W każdym razie w tym sezonie gości w Pobierowie trudno się spodziewać, firma nie prowadzi nawet rekrutacji personelu. Wakacje przyszłego roku to w tej chwili optymistyczny scenariusz. Ale w tym czasie wszystko się może zdarzyć.


Czytaj też: NBP prowadzi bardzo niebezpieczną grę. Belka: inflacja w pewnym momencie wymyka się spod kontroli



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.