Politics

Tomasz Lis: Ostatnia piłka. Felieton – Opinie



Był Daniel Passent Federerem pióra i maszyny do pisania. Dla polskiej felietonistyki i prasy może nawet kimś więcej. Dla „Polityki” na pewno znacznie więcej. Był Federerem i Nadalem w jednym.


Po raz pierwszy zobaczyłem Passenta w ’84 czy ’85 roku. Było to w redakcji „Polityki”, do której po coś, będąc na studiach, przyszedłem, ale przecież nie z tekstem („za wysokie progi na lisie nogi”, jak pisał wieszcz). Odwagi starczyło mi jedynie na „dzień dobry”. Passent był już legendą. Miał w późniejszych latach narzekać, że jest traktowany jak celebryta, ale w tamtej epoce naprawdę nim był. Był to czas, gdy można było zostać celebrytą, pisząc teksty do gazet. Inna sprawa, że często pokazywał się też w telewizji. W krainie Zenka i Vito Bambino trudno pojąć, że kiedyś występowali w telewizji także inteligenci, i to wcale nie wyłącznie w kretyńskich reklamach (reklam wtedy nie było, bo nie było czego reklamować). Passent budził podziw i strach, bo wiedział, że jego słowo jest jak brzytwa i nie wahał się jej użyć. W jednym wywiadzie zadano mu pytanie – co myśli o tym, że ludzie czytają jego felietony, często nie rozumiejąc metafor, point i gier słownych. Odpowiedział bez ceregieli – „proszę pani, bo ja piszę dla inteligentnych, a »Politykę« czyta milion”. Wtedy jeszcze nie wszyscy uważali, że podstawowym obowiązkiem przedstawiciela elity jest kokietowanie suwerena czy walka o lajki. Dopiero za jakiś czas odmowa schlebiania masom i okazywanie im pewnego dystansu zostały nazwane dyskursem wyższościowym i potępione.



I


Nie byłoby pewnie fenomenu Passenta bez fenomenu „Polityki”. I odwrotnie. Liberalne pismo w morzu zamordyzmu. Budzące wściekłość od siedziby KC na Nowym Świecie po centralę budowy nowego świata na Kremlu. Garstka ludzi stworzyła gazetę, która Passentowi otwierała drzwi na Harvard, a Rakowskiemu drzwi do gabinetu Kennedy’ego.


Passent może zbyt dużą część swojego wielkiego talentu oddał, by oswoić paskudny ustrój. Sprawiał, że momentami był to rzeczywiście socjalizm z ludzką twarzą. Bo przecież czy mógł aż tak straszny być ustrój, w którym wychodzi taka gazeta, w którym jest miejsce na lekkość, wdzięk i błyskotliwość? Ale tamten PRL był na tyle mądry, by wiedzieć, że elity nie można tylko zwalczać. Że trzeba jej też dać oddychać. Niech się inteligenci cieszą, nie będą strasznie szumieć. Stąd była „Polityka” z Passentem czy Kabaret Starszych Panów. Może nie były to wentyle bezpieczeństwa, ale dla wielu respiratory pozwalające zaczerpnąć tlenu.


Passenta podziwiano, ale potrafił też irytować. A nawet budzić fundamentalny sprzeciw. Jak strasznie nie podobał mi się tekst o tym, dlaczego po wprowadzeniu stanu wojennego został w „Polityce”. Nie dlatego, że został. To, co pisał, implicite zawierało akceptację dla nieuchronności decyzji wprowadzenia stanu wojennego i akceptację jego konsekwencji. Uważałem, że to moralnie naganne, i całym sercem byłem po stronie tych, którzy jednoznacznie odmówili współpracy z systemem, a z „Polityki” odeszli. Passent wydawał mi się wtedy zwykłym oportunistą, ale lata stępiły kategoryczność ocen. Paradoksalnie jego postawę lepiej zrozumiałem w ostatnich latach. Owszem, moralna klarowność jest cnotą, ale bywa łatwiejszym wyborem. Wyborem zwykle kosztowniejszym, ale często mającym głęboki sens, bywa postawienie na ciągłość, obronę placówki i trwanie, by co tydzień dodawać czytającym oraz myślącym ludziom otuchy i sygnał, że nie są sami w oporze, uporze czy choćby w absmaku.


Dziś myślę, że Passent nie odszedł wtedy z „Polityki”, bo choć życie nie oszczędziło mu także wybitnie bolesnych rozstań, to czuł, że definitywnego rozstania ze swymi czytelnikami nie wytrzyma, a może i nie przeżyje. Ale co tu oceniać i sądzić po kilkudziesięciu latach. Zostawmy to genetycznym anatomopatologom i miłośnikom lustrowania życiorysów.



II


Pisanie Passenta bywało niezwykłe. Ale samo jego życie było cudem. Dosłownie. Nie wiadomo, dlaczego pani Władysława Salonek postanowiła ukrywać małego żydowskiego chłopca. Czy uważała po prostu, że Żydów trzeba ratować? Czy rozumiała, że jej decyzja ma moc kciuka Cezara, który zdecyduje o życiu lub śmierci? A może widok czarnych jak węgiel oczu chłopca obudził w niej litość i instynkt macierzyński? Choć nie wiedziała z pewnością Władysława Salonek, bo i wiedzieć nie mogła, że właśnie daje wielki prezent polskiej felietonistyce, dziennikarstwu i polskiej kulturze. Gdyby zdecydowała inaczej, jakiś nadczłowiek w świetnie skrojonym mundurze natychmiast by chłopczyka zastrzelił albo, jak to mieli w zwyczaju nadludzie w getcie i poza nim, postarałby się, by mózg chłopczyka roztrzaskać z odpowiednim efektem wizualnym i dźwiękowym. Mózg przetrwał razem z chłopcem. Nie sposób powiedzieć, jak na jego synapsy wpłynęło wielomiesięczne omijanie okna i tkwienie miesiącami we wnęce za szafą z myślą, że z bliskich pozostała mu jedynie pani Salonek, a rodziców nie zobaczy pewnie nigdy. Ich wrażliwość ten dramat co najwyżej jednak pobudził.


Daniel, można powiedzieć, zgłosił szybko akces do nowego ustroju. Nie wiadomo, czy ze względu na męża ciotki, komunistę, który go po wojnie wychowywał. Czy może po prostu komfortowo czuł się w ustroju, w którym, miał przecież prawo sądzić, nikt nigdy nie będzie mu zaglądać w spodnie, by sprawdzić, czy jest wystarczająco aryjski albo wystarczająco polski. Czy zasługuje na to, by tu żyć albo przynajmniej mieszkać. Któż mógł wiedzieć, że ćwierć wieku po powstaniu w getcie Polskę znowu zaleje brunatna fala, a pociągi z Żydami znowu będą odjeżdżały z Dworca Gdańskiego, choć tym razem nie do Treblinki, lecz do lepszego świata. Ale w obu przypadkach powody były te same – żydostwo jednych i antysemityzm oraz rasizm drugich.



III


Passent oburzał mnie nie tylko w stanie wojennym. Ponownie w przededniu przełomu z ’89 roku, gdy z demonstracyjnym sceptycyzmem pisał o nadchodzącej demokracji i pluralizmie. Czy bał się, że prędzej czy później polskie demony wrócą (dziś lepiej niż wtedy rozumiemy, że wracają zawsze)? A może bał się epoki, która wywróci dotychczasowe hierarchie, a jemu zaserwuje w najlepszym wypadku czyściec albo szkołę reedukacji. I zafundowała. Przeszedł ją z problemami, ale w sumie pomyślnie i znalazł swoje miejsce, bo prawdziwy talent trudno zamknąć w szufladzie.


Choć bywało ciężko, a wielu i w „Polityce” i poza nią uważało, że ostatnia strona pisma, która przez dekady je niosła, zaczyna mu ciążyć.


Po latach złagodniał. Czas był jego sojusznikiem. Nie budził już grozy. Wszyscy wiedzieli, że słowem raczej głaszcze, niż chłoszcze. Sam tego doświadczyłem, gdy przy kilku publicznych okazjach obsypywał mnie zupełnie niezasłużonymi komplementami, co tłumaczyłem wytrenowaną przez niego, także w roli dyplomaty, kurtuazją.


Po śmierci Daniela Passenta pojawiło się coś, co Amerykanie nazywają outpouring of affection, czyli zalew wzruszeń i wspomnień. Jest w nim poczucie straty i tęsknota za czasami, gdy słowo znaczyło wiele, gdy ludzie nie tylko masowo czytali, ale całkiem powszechnie podejmowali wysiłek odczytywania nawet tego, co zapisano między wierszami.


Agnieszka Osiecka powiedziała kiedyś, że „robi w słowach”. Passent też robił w słowach. Grał na innym korcie, ale z niezrównaną maestrią. Federer felietonu wygrał wiele wielkich szlemów, miał topspin i wolej, które będą budziły westchnienia jeszcze bardzo długo. Tym bardziej że ci, którzy go na korcie oglądali, mają bolesną świadomość, że nikt już tak grać nie będzie.


Umarł Bywalec. Tak się przez lata podpisywał. Dziś jednak tylu ma poczucie straty nie dlatego, że bywał, nawet z nieludzką regularnością co tydzień przez ponad 60 lat, ale dlatego, że był.



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close