Politics

Wizyta premierów w Kijowie. Czy to element kampanii wyborczej? – Polityka



To także sygnał dla Wspólnoty, że państwa Europy Wschodniej są gotowe wciągnąć Ukrainę do swojego grona, że my od początku wiedzieliśmy jak niebezpieczna jest Rosja i jesteśmy gotowi ułatwić Ukrainie wyrwanie się ze strefy jej wpływów i zapewnić jej realne bezpieczeństwo. Wszystko wyglądałoby świetnie. I dla nas i dla Ukrainy, bo takie gesty w czasie wojny są naprawdę potrzebne.



Wyjazd do Kijowa. Unia była zaskoczona


Ale oczywiście do tego mocnego przekazu musiał wedrzeć się wszechobecny rządowy PR. Najpierw rzecznik rządu Piotr Müller, potem szef Kancelarii Premiera Michał Dworczyk postanowili tę wizytę jeszcze politycznie podkręcić. Dziwnie i w dodatku dość niekorzystnie dla samego PiS. Obaj panowie uderzyli w ton, że wizyta jest skonsultowana i uzgodniona z Komisją Europejską, ba! Morawiecki i Kaczyński jadą jako przedstawiciele Unii z konkretnymi propozycjami do Zełenskiego.


Dosłownie chwilę po tych deklaracjach władze Unii zaczęły bardzo ostrożnie komentować, że właściwie żadnych konsultacji nie było, premier poinformował wczoraj wieczorem, że jedzie do Kijowa i tyle, a już na pewno nie było oficjalnej delegacji.


W dodatku, jak twierdzą brukselscy korespondenci, w Brukseli wyjazd do Kijowa przedstawicieli trzech państw Unii wywołał pewną konsternację i przekonanie, że niczym dobrym się to skończyć nie może.


Trzeba jednak przyznać, że wielu europejskich publicystów i polityków ocenia wyjazd delegacji z polskim premierem i wicepremierem jako krok bardzo odważny i godny podziwu. Szef niemieckiej CDU Fredrich Merz powiedział, że CDU patrzy z najwyższym szacunkiem na ryzyko, jakie podjęli trzej premierzy i wicepremier. Pytany jednak czy kanclerz Scholz też powinien wybrać się w taką podróż odparł, że „z pewnością może być wzorem do naśladowania również dla innych”, czyli w języku polityki ani tak ani nie. Bo nikt właściwie nie wie, jaki miałby być cel takiej wizyty.


Do delegacji nie dołączyły się państwa bałtyckie, a trudno sądzić, że są mniej zainteresowane niż Słowenia. W dodatku minister spraw zagranicznych Litwy dotarł do Kijowa przed naszą delegacją i spotkał się z ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Dymytrem Kulebą. Wiele zatem wskazuje na to, że wizyta była zaplanowana niezbyt precyzyjnie i nie postarano się o zbudowanie naprawdę poważnego sojuszu dla Ukrainy. W dodatku w tle jest krajowa polityka.


Premier Słowenii Janes Janza za chwilę ma u siebie wybory, a nie ma najlepszych notowań. Jego bliskie związki z Orbanem i dość radykalne poglądy dały mu nawet w niektórych kręgach przydomek „słoweński Putin”, a to w obecnej sytuacji nie brzmi najlepiej. Premier Janza w zeszłym roku bardzo zdecydowanie popierał Donalda Trumpa, a nawet ogłosił jego zwycięstwo w amerykańskich wyborach. To wszystko sprawia, że po prostu potrzebuje jakiegoś mocnego akcentu w kampanii wyborczej. Wizyta w Kijowie i zdjęcia z największym bohaterem współczesnej Europy na pewno pomogą.


Petr Fiala, premier Czech, też jest nazywany politycznym uczniem Orbana. Jest jednym z największych krytyków Unii Europejskiej, chociaż komentatorzy bardzo wysoko cenią jego umiejętność kompromisu. Po jego wygranej politycy PiS cieszyli się, że „sojusznik stworzy rząd nad Wełtawą”. Co prawda dopiero co wygrał wybory, jesienią zeszłego roku, ale wzmocnienie poparcia na pewno mu się przyda.



Wizyta w Kijowie to element kampanii przed wyborami?


Podobne zarzuty pojawiły się pod adresem polskich polityków. Bo w PiS ostatnio dość głośno mówiło się, że wybory trzeba robić jak najszybciej i wykorzystać to, że obywatele szukają bezpieczeństwa przeważnie w rządzie, który ma narzędzia, żeby to bezpieczeństwo im zapewnić.


Padła nawet konkretna data – 22 maja. Podejrzenie, że taka wizyta i zdjęcia z niej mogłyby być wykorzystane politycznie jest dość oczywiste. Natychmiast też prawicowe media wyciągnęły z archiwów wszystko, co się dało o wystąpieniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi w 2008 roku. Prezydent zabierając ze sobą prezydentów Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii poleciał do stolicy Gruzji 12 sierpnia. Tego dnia podpisano – bez związku z wystąpieniem Lecha Kaczyńskiego – francusko-rosyjskie porozumienie i zawieszenie broni.


Wystąpienie polskiego prezydenta jest dość powszechnie oceniane jako wzniosłe i bardzo potrzebne. Chociaż niektórzy eksperci polityki wschodniej pisali o fanfaronadzie i nieodpowiedzialności, bo nawoływanie Lecha Kaczyńskiego do podjęcia walki z Rosją mogło zostać na Kremlu zrozumiane jako wypowiedzenie wojny, a w chwili kiedy właśnie podpisywane było zawieszenie broni tak emocjonalne wystąpienie mogło ten kruchy rozejm pogrzebać.


Tbilisi i Kijów to dwie różne historie i nie można do nich przykładać tej samej miary. Wojna w Gruzji w 2008 roku trwała 5 dni, i zakończyła się zawieszeniem broni. Wojna w Ukrainie trwa od 2 tygodni i o żadnych rozsądnych negocjacjach nie może być nawet mowy. W Tbilisi prezydenci wystąpili na wiecu, przemawiając do Gruzinów, w Kijowie to jest po prostu niemożliwe, bo trwa godzina policyjna, a Ukraińcy próbują nie dopuścić Rosjan blisko stolicy. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że polscy politycy chcieliby powtórzyć ten gruziński scenariusz.


Z wielu stron płyną komentarze, że delegacja z polskim premierem może być wzorem dla europejskich polityków. Może. Wielu ogłosiło ją sukcesem, zanim jeszcze premierzy spotkali się z prezydentem Zełeńskim. Pytanie tylko, co jest w tej sytuacji sukcesem. Samo dojechanie do Kijowa? Oczywiście w pewnych kategoriach tak. Wyrażone osobiście wsparcie dla Zełeńskiego? Też.


Ale w real politic takie gesty nie znaczą wiele jeśli nie idą za nimi konkretne decyzje. A Putin nie zakończy wojny w Ukrainie tylko dlatego, że do Kijowa przyjechało paru europejskich polityków. Co zatem mogłoby być sukcesem? Gdyby Morawiecki, Kaczyński, Janza i Fiala naprawdę działali na zlecenie Unii i zawieźli Zełeńskiemu obietnicę, że szybka ścieżka wejścia do Wspólnoty jest na wyciągnięcie ręki, albo, że dla Ukrainy zostanie stworzony specjalny status, który zwiąże władze w Kijowie z Brukselą.


Ale, żeby to ogłosić trzeba było porozumieć się z Unią, trzeba było mieć zgodę 27 państw wspólnoty, a nie tylko PR-owe deklaracje, że oto my, Polska, reprezentujemy całą Unię.


Czytaj też: Misja trzech premierów to dobry pomysł. Ale po co do Kijowa pojechał Kaczyński?



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close