Politics

Wojna w Ukrainie. Chiny a wojna – Świat




Oświadczenie z 4 lutego nie było więc przełomem we wzajemnych relacjach?


– Podobne oświadczenia podpisywane są między oboma państwami od 1994 roku. Treści się zmieniają, ale ciągle wracają pewne motywy: np. podniosłe deklaracje, że Pekin i Moskwa nie godzą się amerykańską hegemonię. Oświadczenie z tego roku poszło jednak dalej niż poprzednie, strona chińska zaakceptowała w nim faktycznie rosyjską narrację na temat tego, co w ostatnich latach wydarzyło się w poradzieckiej Europie Wschodniej. Dla Rosji to ważne.


Natomiast, wracając do sedna pana pytania: tak, myślę, że Chiny mogą czuć się trochę nabite w butelkę. Chiny oczekiwały – i prawdopodobnie Putin tak to im przedstawiał – że wojna w Ukrainie to będzie błyskawiczna, zakończona zwycięstwem operacja. Zachód może wprowadzi jakieś sankcje, ale zasadniczo większych problemów nie będzie. Słowem: powtórka z 2014 r. Nie wydaje mi się, że Chiny spodziewały się, że dojdzie do zjednoczenia państw Zachodu. To najbardziej niepokojący skutek wojny w Ukrainie z punktu widzenia chińskich interesów. Chiny nie są więc zadowolone z tego, jak rozwinęła się sytuacja w Ukrainie.



Komunikują to jednak bardzo oszczędnie.


– Bo nie chcą o tym mówić publicznie. W chińskich mediach – dziś kontrolowanych przez państwo – narracja jest jednoznacznie proputinowska. Jednocześnie chińscy przywódcy w rozmowach z politykami z Zachodu, głównie Scholzem i Macronem, wypuszczają delikatne sygnały, że nie są zadowolone rozwojem sytuacji.


Można to skomentować naszym powiedzeniem, że Pekin chce zachować cnotę i rubelka zarobić – choć ono dziś nie ma już sensu, bo rubel jest bezwartościowy. Na pewno Chiny chcą zachować wdzięczność Rosji – bo to się przełoży na kontrakty surowcowe, zakupy broni itd. – ale jednocześnie nie chcą, by świat uznał ich za współsprawcę zbrodni. Zachód, a nawet bardziej kraje Globalnego Południa. Stąd ambiwalencja w ich komunikatach. Przy tym po cichu Chiny kibicują Rosji.



Myśli pan, że Chińczycy wiedzieli wcześniej, że będzie pełnoskalowa wojna? Putin im to powiedział?


– Na pewno wiedzieli, że coś się szykuje. Chiny mają przecież swój wywiad, który bardzo aktywnie zbiera informacje w Rosji. Pytanie, czy miały świadomość, że to będzie pełnoskalowa wojna z próbą zajęcia Kijowa? Mogły zakładać, że wojna będzie się toczyć o zajęcie reszty Donbasu albo o odcięcie Ukrainy od morza, niekoniecznie, że o całą Ukrainę.


Z pewnością Chiny też nie przewidziały, że Ukraińcy będą się tak bronić. Chiny mają bowiem bardzo słabą wiedzę na temat innych niż Rosja europejskich państw poradzieckich. Trochę lepiej jest z Białorusią, ale z Ukrainą jest wręcz tragicznie. Chińskie ośrodki badawcze na temat Ukrainy głównie powtarzają to, co mówią rosyjskie. A te w swojej ocenie Ukrainy kierują się okropnym paternalizmem, częściowo ponoszącym odpowiedzialność za obecne porażki Rosjan.



Chiny mogłyby wystąpić jako mediator między Moskwą a Kijowem?


– Obawiam się, że nie, choć chciałbym się mylić. Przede wszystkim, Chiny nie lubią wychodzić na czoło w żadnych politycznych, dyplomatycznych czy wojskowych inicjatyw. Preferują pozostawać w cieniu. Nie chcą brać większej odpowiedzialności za świat, wolą jak robią to inni i potem ponoszą tego koszty.


Po drugie, możliwości wpływu Chin na Rosję są dość ograniczone. Chiny z przyczyn politycznych nie mogą się przyłączyć do zachodnich sankcji nałożonych na Rosję. Nawet jeśli zmuszona gospodarczą współzależnością z Zachodem faktycznie zrobi to część chińskich banków i firm, to oficjalnie Chiny nie podejmą takiej politycznej decyzji. Chiny są za bardzo prorosyjskie, a przynajmniej za takie są uważane, by móc skutecznie wywrzeć nacisk na Rosję.



Ukraina nie liczy się w ogóle w chińskich kalkulacjach? Nie jest ważnym partnerem gospodarczym Chin? Przebiegają przez nią przecież nitki nowego jedwabnego szlaku, łączącego chińskie centra przemysłowe z rynkami w Unii Europejskiej.


– Ukraina ma dla Chin znaczenie, ale drugorzędne. Znacznie mniejsze niż Rosja. Chiny są gotowe poświęcić Ukrainę dla relacji z Rosją. Ukraina jest dla Chin istotna głównie jako sprzedawca broni. Chiny od dawna kupowały masowo ukraińską broń, nawet jeden z ich lotniskowców został wyprodukowany w Ukrainie.


Jednocześnie w chińskich kalkulacjach po 2014 roku Ukraina była traktowana jako państwo prozachodnie, a więc potencjalnie wrogie. Chińczycy wcale nie palili się do wchodzenia tam gospodarczo. Były próby, ale ich efekty pozostawały raczej skromne.



A co z nowym jedwabnym szlakiem?


– Jedwabny szlak jest pomyślany jako alternatywa na wypadek, gdyby doszło do globalnej konfrontacji Chiny-Stany Zjednoczone i amerykańska flota skutecznie zablokowała światowe oceany, uniemożliwiając import do Chin surowców energetycznych z Bliskiego Wschodu czy Afryki, czy handel z Europą. Jedwabny Szlak na razie nie jest opłacalny gospodarczo, transport oceaniczny jest przecież dużo tańszy niż kolejowy – choć faktycznie pomógł gospodarczo Chinom, gdy światowe porty były zakorkowane z powodu pandemii. Ale handel kolejowym jedwabnym szlakiem między Europą a Chinami ciągle jest znacząco mniejszy niż ten odbywający się drogą morską, wynosi on niecałe 5% ogólnego handlu UE-Chiny. Ponadto główna nitka europejskiego jedwabnego szlaku idzie jednak nie przez Ukrainę, a przez Białoruś. Więc nawet jak te ukraińskie są poblokowane przez wojnę, to jest alternatywa. Oczywiście, to się będzie wiązało z chińskimi stratami, ale te straty są dla Chin drugorzędne wobec ich kalkulacji związanych z Rosją.



Chiny nie dostaną rykoszetem sankcjami nałożonymi na Rosję? Odbiorcy na zachodzie nie zaczną się zastanawiać, czy chcą kupować chińskie produkty, skoro Chiny faktycznie wspierają Rosję?


– Myślę, że na razie to Chinom nie grozi. Ale może zagrozić w przyszłości, stąd właśnie ich mętna narracja na temat wojny, mająca przekonać świat o neutralności Chin i ukryć ich faktycznie związki z Rosją.



Jakie jest miejsce Rosji w chińskich kalkulacjach? Do czego Chinom potrzebna jest dziś i w najbliższej przyszłości Rosja?


– Moskwa ma w chińskiej strategii kilka funkcji. Jest znacznie ważniejsza, niż wynikałoby to z ich wymiany handlowej – Rosja jest dopiero w drugiej dziesiątce partnerów handlowych Chin.


Po pierwsze, bliskie relacje z Rosją zapewniają Chinom pokój na północy. To w historii Państwa Środka wcale nie było takie częste. Dzięki temu, że Chiny mają spokój na północy, mogą koncentrować się na kierunku południowym i wschodnim swojej ekspansji: na próbach przejęcia Tajwanu, całego Morza Południowochińskiego i jego wysp, ekspansji gospodarczej w Azji Południowowschodniej.


Po drugie, Rosja już jest, a będzie jeszcze bardziej, zapleczem surowcowym Chin. Do Chin płynie rosyjska ropa i gaz, jedzie rosyjski węgiel i transporty rosyjskiego drewna oraz żywności. Wszystko to po dobrych cenach, a w przypadku ropy i gazu w dodatku po lądzie – nie ma więc zagrożenia, że ten transport zablokuje kiedyś amerykańska flota.



Dziś Chiny nie są szczególnie narażone na koszty wzrostu cen surowców energetycznych czy zbóż, jakie wywoła wojna? Są przecież największym importerem ropy naftowej.


– Krótkoterminowo Chiny tracą na tej wojnie Zapłacą słono za ropę czy pszenicę. Ale będą próbowały to kontrować. Jeśli sankcje Zachodu wobec Rosji utrzymają się, to Chiny znajdą się w dobrej pozycji, by zażądać od Rosjan nowych gazo- i ropociągów. Z kontraktami na jeszcze korzystniejszych dla siebie warunkach. Rosja nie będzie mogła odmówić. Chiny są dziś w pozycji lichwiarza z lombardu, który za bezcen może przejąć rodowe srebra kiedyś bogatej rodziny w poważnym kryzysie. Otwiera się dla nich szansa na przejęcie za bezcen wielu wartościowych aktywów Rosji: surowcowych, technologicznych, wszelakich.



Są jeszcze jakieś istotne obszary, w których Rosja jest ważna dla Chin?


– Trzecia rzecz to dostawy broni. Na Chiny ciągle nałożone jest zachodnie embargo po masakrze na Tiananmen, tylko Rosja może dostarczyć Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej najnowocześniejszej broni, bez której ta nie może się modernizować. Od 30 lat Rosja jest głównym eksporterem broni do Chin, a będzie jeszcze większym – bo najłatwiej jej będzie załatać dziury w budżecie zwiększając eksport energii i broni.


Do tego, o czym mówiłem, dochodzą jeszcze takie rzeczy jak współpraca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, gdzie Rosja ciągle jest stałym członkiem z prawem weta. Chiny samodzielnie nie lubią tam niczego wetować, z Rosją to co innego. W Azji Środkowej Chiny i Rosja zbudowały coś w rodzaju kondominium. Kluczowe jest też wspólne podminowywanie porządku międzynarodowego. Do wojny w Ukrainie dość łagodne, obywające się bez otwartej wojny. Zarówno Rosja, jak Chiny są dziś państwami rewizjonistycznymi.



To znaczy?


– Chcą zamienić obecny porządek międzynarodowy na taki, jaki by im bardziej pasował. Same Moskwa i Pekin określają to super ironicznym terminem „demokratyzacji stosunków międzynarodowych”. Rosja i Chiny wspólnie twierdzą, że dziś porządek międzynarodowy jest niedemokratyczny, bo faktycznie decyduje w nim jedno państwo – Stany – i trzeba go zdemokratyzować i dopuścić inne. Nie za dużo innych państw, głównie wielkie mocarstwa, Pekinowi i Moskwie na pewno nie zależy na wzmocnieniu państw małych i średnich.



Wizje Rosji i Chin tego, jak miałby właściwie wyglądać ten „zdemokratyzowany porządek międzynarodowy” pokrywają się?


– Nie do końca. Rosja chciałaby powrotu do polityki „koncertu mocarstw”, jak z czasów Bismarcka, tylko w wersji z XXI wieku. Chiny z kolei chciałyby powrotu do przedkolonialnego „świata sinocentrycznego” – czy swojego współczesnego wyobrażenia o nim – gdy Chiny raz były, a raz wierzyły, że są naturalnym hegemonem Azji Wschodniej, sprawującym zwierzchnią kontrolę nad formalnie niezależnymi królestwami.


Chiny różnią się od Rosji też tym, że wolą działać ewolucyjnie, długofalowo, narzędziami gospodarczymi. Rosja działa o wiele bardziej agresywnie, co dziś widzimy.



Sankcje w dużej mierze odcięły gospodarkę rosyjską od zachodniej. Rosja może się przeorientować na związki z chińską? Budować wspólną przestrzeń gospodarczą?


– Gdyby coś takiego się stało, oznaczałoby to faktycznie zjedzenie rosyjskiej gospodarki przez chińską. Rosja stałaby się wtedy wielkim Laosem. Formalnie to niepodległe państwo w Azji Południowo-Wschodniej, ale całość gospodarki kontrolują tam tak naprawdę Chiny. Podobnie było w Chinach w XIX wieku, gdy każde mocarstwo kolonialne miało tam swoją sferę wpływów. Rosja miała np. Mandżurię z miastem Harbin. Formalnie było częścią Chin, ale mieszkali tam przedstawiciele wielu narodów imperium rosyjskiego – Rosjanie, Polacy, Żydzi – nazwy ulic były po rosyjsku, gospodarkę kontrolowała Rosja. Teraz może być odwrotnie, tylko w skali makro, całego wielkiego kraju.


Tylko to wcale nie jest pewny scenariusz. Wymagałby od Chin woli politycznej i ogromnego wysiłku ratowania rosyjskiej gospodarki. Nie wiem, co zdecydują Chińczycy, ale to jest największy dylemat, przed jakim dziś stoją. Bo jeśli wejdą w Rosję, zjedzą ją i przetrawią, to oberwą zachodnimi sankcjami wtórnymi – bo wtedy nikt nie będzie miał wątpliwości, że są wspólnikami Rosji. Chińczycy nie są z tego zadowoleni. Nie chcieli teraz mierzyć się z tym dylematem.



Gospodarka chińska i rosyjska są w ogóle komplementarne? Często słyszy się, że ich centra ekonomicznej aktywności – europejską część Rosji i wybrzeże Chin – dzieli cały kontynent. Obszary przy granicy nie mają z kolei większego ekonomicznego znaczenia.


– Faktycznie, poza Władywostokiem i Chabarowskiem rosyjski Daleki Wschód jest jedną wielką peryferią bez większego ekonomicznego znaczenia. Coś jak środek Kanady. Ten obszar jest istotny tylko dla jednej chińskiej prowincji, Heilongjiangu, , która dla Państwa Środka nie jest szczególnie ważna.


Bardzo charakterystyczne jest to, że gdy w latach 80. Chińczycy planowali otwarcie gospodarcze na świat, to był taki pomysł, że dla północy kraju kontakty ze Związkiem Radzieckim będą tym, czy kontakty z Hongkongiem i Makau dla południa. To kompletnie nie wypaliło, Chińczycy porzucili ten plan w poprzedniej dekadzie.


Chińczycy mają specyficzne podejście gospodarcze do Rosji. Mógłbym tu zacytować prezydenta Putina, który porównał kiedyś półżartem Chińczyków do wampirów, wysysających krew z rosyjskiej gospodarki. Chińczycy faktycznie chcą wyssać z Rosji jak najwięcej surowców, natomiast w ogóle nie palą się do inwestycji w rosyjską gospodarkę. A jeśli już to w Moskwie i Petersburgu. Specjalny wysłannik Putina na rosyjski Daleki Wschód Jurij Trutniew żalił się kiedyś, że Chińczycy chętniej i więcej inwestują w Angoli, niż w Rosji. W relacjach gospodarczych Chin i Rosji od rozpadu ZSRR nigdy nie było zmiłuj. Politycznie oba kraje się zbliżały, ale Chiny twardo negocjowały każdy kontrakt, jeśli absolutnie nie musiały, nie oferowały żadnych „przyjacielskich cen”. A to było przed wojną, gdy Rosja była silniejsza.


Historia zmienia się na naszych oczach, więc podejście Chin też może się zmienić. Ale oni by najchętniej nie robili nic i czekali, aż sytuacja się uspokoi. Chińczycy chcieliby móc maksymalnie wykorzystać obecne osłabienie Rosji, nie robiąc przy tym nic, co mogłoby ich narazić na sankcje – także wtórne – ze strony zachodu.



Rosjanie nie mają teraz refleksji, że wpychają się w sojusz z Pekinem, gdzie nie będą mieli żadnej podmiotowości?


– Ten quasi-sojusz już od dawna był asymetryczny, ja bym chińskim porównaniem powiedział, że on był 70:30 na korzyść Chin. Teraz stanie się jeszcze bardziej dla nich korzystny. W Rosji są grupy niechętne zacieśnianiu współpracy z Chinami. Głównie służby specjalne i armia – bo to ich Chińczycy szpiegują i wykradają im technologię. Ale co najmniej od 14 roku, a dziś już na pewno, w Rosji dominuje myślenie, że zagrożeniem jest przede wszystkim Zachód, a Rosja, jeśli ma przetrwać jako mocarstwo, musi się tymczasowo podporządkować Chinom. W 2014 roku w rosyjskiej przestrzeni publicznej zaczęły pojawiać się porównania obecnej sytuacji do czasów Aleksandra Newskiego, władcy z XIII wieku. Aleksander Newski kłaniał się tatarskiemu chanowi i uznawał jego zwierzchnictwo, ale jednocześnie bezwzględnie walczył przeciw ekspansji europejskich zakonów rycerskich na ziemie ruskie. Bo chan był daleko, a zakony, ówczesna „wysunięta flanka Zachodu”, stanowiły egzystencjalne zagrożenie dla Rosji. Komentatorzy mówili wtedy, że rosyjska polityka znów realizuje „paradygmat Aleksandra Newskiego”.


Dochodzi też jedna ważna kwestia: rosyjska elita uważa, że jacy by nie byli Chińczycy, to w przeciwieństwie do Zachodu nie chcą demokratyzować Rosji. A demokratyzację elita skupiona wokół Kremla postrzega dziś jako egzystencjalne zagrożenie dla siebie samej. Chińczycy negocjują mało korzystne dla Rosji kontrakty, ale pozwalają na nich zarobić czynownikom z Kremla. Taki Igor Sieczin, szef naftowego giganta Rosniefti, naprawdę obłowił się na kontraktach z Chinami. Interes narodowy to bardzo abstrakcyjna kategoria, pieniądze na koncie może już nie w Szwajcarii, bo te zamknęli, ale w Hongkongu , to dla rosyjskich elit władzy namacalny konkret. Dla kremlowskiej kleptokracji Chiny są więc partnerem akceptowalnym.



Reakcja Zachodu na wojnę Putina osłabiła prawdopodobieństwa inwazji Chin na Tajwan?


– Tak, choć w najbliższym czasie ona i tak nie była prawdopodobna. Bezpieczne inwazja na Tajwan możliwa jest tylko w trzech okienkach pogodowych: w kwietniu, maju i październiku. Wszystkie trzy są przed XX zjazdem Komunistycznej Partii Chin, który ma zatwierdzić kolejną kadencję władzy Xi. Chińska elita nie zaryzykowałaby wojny, której nie musi przecież wygrać, przed tym zjazdem. W dodatku flota chińska nie jest teraz gotowa do inwazji, a tajwańska armia jest całkiem sprawna. Więc możliwe były incydenty, prowokacje itd., ale nie inwazja.


Teraz do tych wszystkich czynników dochodzi zjednoczenie Zachodu przeciw Putinowi. W Azji Wschodniej reakcja Zachodu na sytuację w Ukrainie traktowana była jako test: jak Zachód zachowałby się w przypadku Tajwanu. Ukraina jest gospodarczo znacznie mniej ważna dla Zachodu niż Tajwan – który jest jednym z głównych producentów półprzewodników. Skoro więc Zachód tak się zjednoczył w obronie Ukrainy, to tym bardziej zrobi to w wypadku Tajwanu.



Wojna w Ukrainie zmieni politykę w rejonie Azji-Pacyfiku?


– Dla państw regionu sama Ukraina nie jest szczególnie ważnym państwem. Na pewno obecna sytuacja zacieśni więzy Stanów z ich sojusznikami w regionie. Biden nie zmieni jednak zasadniczo swojej polityki wobec Chin, która tak naprawdę kontynuuje politykę Trumpa – choć bardziej cywilizowanymi środkami. Chodzi w niej o to samo: powstrzymywanie chińskiego wzrostu i chińskiej ekspansji. To się nie zmieni. Inaczej niż Trump, Biden skutecznie buduje wokół tego koalicje, wciąga sojuszników – co jest bardziej niebezpieczne dla Chin.


Po tej wojnie i porażkach armii rosyjskiej widać też, że z Zachodem nie będzie walczył blok rosyjsko-chiński, tylko chiński, w którym Rosja będzie takim większym Iranem.



Rozwój sytuacji w związku z wojną może przynieść jakieś niespodzianki w chińskiej polityce? Przynieść niespodziewane rozstrzygnięcie XX Zjazdu albo zmienić plany chińskich władz na najbliższe lata?


– Wydaje się, że kolejna kadencja Xi jest niemal pewna. Na 25 osób w Biurze Politycznym KPCh ma piętnastu swoich. Przeciwników skutecznie zneutralizował, część nawet powsadzał do więzień – co wcześniej nie było praktyką w walkach wewnątrz chińskiej partii. Ale wiemy, jak to jest w krajach komunistycznych: o przetasowaniach dowiadujemy się w ostatniej chwili. Xi będzie więc pewny swego dopiero wtedy, gdy Zjazd zatwierdzi jego sekretarstwo generalne/władztwo.


Nie pomaga mu to, jak przedstawiał osobiste relacje, które zbudował z Putinem. Dziś, gdy Putin pokazuje swoją słabość, może to poddawać w wątpliwość osąd Xi. W chińskiej tradycji politycznej przywódcę krytykuje się uderzając nie w jego samego, ale kogoś mu politycznie bliskiego. Dlatego dziś w chińskich mediach jest totalna blokada na krytykę Putina, bo byłaby ona odbierana w Chinach jako krytyka samego Xi.


Na pewno Chińczycy będą się zastanawiać nad swoją polityką wojskową. Armia chińska modernizowała się na wzór rosyjski, ćwiczyła z Rosjanami, chińskich oficerów i generałów uczyli rosyjscy. Dziś widzimy, że rosyjska armia radzi sobie na Ukrainie dość słabo.


Xi już wcześniej zapowiedział dwie rzeczy: renesans Chin i nowy długi marsz. Czyli walczymy o to, by Chiny były znów wielkie, ale też wiemy, że to będzie oznaczać – mówiąc po naszemu – „krew, pot i łzy”. Co w praktyce będzie oznaczać politykę „podwójnej cyrkulacji”: z jednej strony utrzymanie gospodarki nastawionej na eksport, z drugiej wzmacnianie popytu wewnętrznego, by on też utrzymywał wzrost i chronił przed amerykańskim decouplingiem. Do tego wszystkiego żadnych istotnych reform politycznych, zwłaszcza teraz. Bo jak przedstawia to Xi, „w niepewnych czasach potrzebne jest silne przywództwo”. Sądzę, że partia znów da się mu do tego przekonać.


Dr hab. Michał Lubina – politolog, badacz stosunków międzynarodowych, profesor nadzwyczajny w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w tematyce Azji Wschodniej, tematyce birmańskiej oraz stosunkach rosyjsko-chińskich. Autor ośmiu książek w tym „Niedźwiedź w cieniu smoka: Rosja-Chiny 1991–2014” i „Russia and China. A Political Marriage of Convenience”.



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.