Politics

Wojna w Ukrainie. Cyberataki to nowy wymiar armii XXI wieku – Społeczeństwo




Wystarczyło, by rosyjskim żołnierzom, którzy weszli do Ukrainy, odciąć dostęp do sieci. Zdezorientowani nie wiedzieli, gdzie są.


– Były doniesienia, że nie mieli zasięgu i kontaktu z dowódcami, musieli działać po omacku, błądzili. Większość żołnierzy to młodzi ludzie, którzy nie umieją się poruszać bez Google Maps.



Koncern Google – stając po stronie zaatakowanej Ukrainy – odciął Rosjanom dostęp do swoich usług. Ukraińscy operatorzy komórkowi wyłączyli im roaming, więc jak część oddziału się zgubiła, nie mogła się choćby zdzwonić z resztą i ustalić, kto gdzie jest. Są doniesienia, że kradną telefony ludności cywilnej.


– Eksperci od konfliktów zbrojnych będą zapewne długo analizować, co się dzieje na tej wojnie… Nie chodzi tylko o to, że żołnierze – odcięci od sieci – zostali pozbawieni możliwości komunikowania się. Choć wiadomo, że bez systemu łączności nie zadziała system dowodzenia. Żołnierze w czołgach, którym każe się gdzieś jechać i użyć siły, muszą wiedzieć, gdzie są, dokąd mają dotrzeć, jakie są rozkazy. Bez łączności tracą kontakt z dowódcami, są zdezorientowani, to oczywiste. W tej wojnie stało się coś, czego jeszcze niedawno byśmy sobie nawet nie wyobrażali: uczestniczą w niej już nie tylko żołnierze, nie tylko aktywiści stosujący cyberataki, ale operatorzy sieci, wielkie koncerny, takie jak Google czy Maxar Technologies, który regularnie pokazuje zdjęcia satelitarne. Widać na nich rozmieszczenie wojsk rosyjskich, ich zasoby i ruchy. Ten prywatny koncern, który zajmuje się obrazowaniem satelitarnym i często pracuje dla NASA, udostępnia zdjęcia, dzięki którym nie tylko armia ukraińska, ale my wszyscy możemy się dowiedzieć, gdzie stacjonują Rosjanie, ile mają śmigłowców szturmowych i transportowych. A gdy rusza konwój pojazdów opancerzonych, dostajemy informację, którą drogą jedzie.



Zdjęcia są tak dokładne, że można policzyć, ile w tym konwoju czołgów, ile bojowych wozów piechoty. Dostępne są linki do interaktywnej mapy przedstawiającej sytuację na froncie, mamy bezpośrednie relacje, bilans strat, nagrania z dronów, widzimy twarze pojmanych żołnierzy rosyjskich.


– Dawniej informacje o stratach, wynik jakiejś potyczki – jeżeli w ogóle podawało się do publicznej wiadomości, to z opóźnieniem. Nie wszystko można było zobaczyć, część informacji, zanim do nas dotarła, była poddana propagandowej obróbce. Teraz każdy kto chce, może obserwować wojnę w trybie prawie rzeczywistym. Może też w niej uczestniczyć. Angażują się nie tylko wielkie koncerny z dużymi możliwościami, ale też zwykli obywatele z dronem, smartfonem, dostępem do sieci.



W obwodzie kijowskim udało się zniszczyć rosyjską kolumnę wojskową dzięki temu, że ktoś na czacie podał współrzędne, a one szybko trafiły do Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. I Rosjanie stracili sprzęt.


– Dawniej wojsko wysyłało zwiadowców – musieli, ryzykując, podejść jak najbliżej wroga, żeby zorientować się, ile ma pojazdów, jak są oznakowane i uzbrojone. Teraz każdy, na przykład mieszkaniec wsi pod Kijowem, może być zwiadowcą – wystarczy, że nagra przemieszczające się wojska i to nagranie udostępni. Nie trzeba takiego „zwiadowcy” szkolić, zbroić. W teatrze działań wojennych jest teraz aktorów tak wielu, jak nie było nigdy wcześniej. W tym prywatne firmy, które nawet nie ukrywają, po której stronie stanęły. SpaceX Elona Muska dostarczył Ukrainie internet satelitarny, a także widzimy, że angażuje się Facebook. Stało się to, czego część z nas się bała, przecież od lat padały pytania: co będzie, jak firmy o tak wielkich możliwościach wpływania na społeczne opinie, jak Google czy Facebook, wykorzystają gromadzone dane i swoje możliwości w niecnych celach? Na razie firmy te stanęły po stronie zaatakowanych.



Tak jak haktywiści, którzy wypowiedzieli cyberwojnę Putinowi i Łukaszence. Zhakowali białoruskiego producenta broni, zawiesili stronę rosyjskiego ministerstwa obrony, ogłosili, że przez nich Rosjanie stracili kontrolę nad własnymi satelitami szpiegowskimi. Zapowiadali, że ujawnią „listy rosyjskich agentów”. Na razie cisza.


– Może ta zapowiedź jest elementem wojny psychologicznej, a może jeszcze coś się wydarzy? Poczekajmy. Co chwilę przecież coś się dzieje.



Gdy haktywistom udało się złamać zabezpieczenia publicznej telewizji w Rosji czy „posłać” jacht Putina do piekła, wielu ludzi było rozbawionych. A to przecież coś więcej niż zabawne incydenty?


– Do niektórych jeszcze chyba nie dociera waga tego, co dzieje się w cyberprzestrzeni, jak wiele grup tam działa i z jakich pobudek. Poza hakerami – czyli typowymi cyberprzestępcami, którzy „włamują się”, wykradają dane, żądają okupu, są haktywiści, którzy decydują się na ataki hakerskie nie dla zysku finansowego, ich motywacja, to sprawa, „płonąca w nich wściekłość”. Łamią prawo, ale jak twierdzą, dla większego dobra. To idealiści – od skryptowych dzieciaków do profesjonalnych czarnych kapeluszy. Działają lokalnie, w grupie nie większej niż tuzin osób albo w dużych transnarodowych organizmach, z kilkoma podgrupami satelitarnymi.


Do tego są jeszcze cyberbojówki – grupy ochotników, które chcą i są w stanie wykorzystać cyberataki do osiągnięcia jakiegoś celu politycznego. Struktura cyberbojówek zakłada, że są tam „oficerowie” czyli przywódcy, którzy wyznaczają kierunki ataków, motywują do działania, są dostawcy, czyli osoby odpowiedzialne za dostarczanie skanerów, złośliwego oprogramowania, zestawów do ataków, i „żołnierze” – czyli ci, którzy biorą czynny udział w atakach. A poza tym w cyberprzestrzeni są jeszcze trolle – boty udające prawdziwych użytkowników, rozprzestrzeniające szkodliwe linki, trolle zorganizowane, które angażują się w kampanie nienawiści i prześladowań, trolle rozpowszechniające fałszywe wiadomości.


Oraz oczywiście tzw. state actors czyli państwa.



I wszystkie te grupy w czasie wojny mogą się zaktywizować? Jedni działając na rzecz Ukrainy, drudzy na rzecz Rosji?


– To, co się już wcześniej działo, teraz bardzo się nasiliło. Wojnę w cyberprzestrzeni mogą prowadzić cywile, a mogą armie mające swoich cyberżołnierzy albo cybernajemników. Nie da się wykluczyć i takiej sytuacji, że w jednym konflikcie cybernajemnicy będą po tej stronie, a w innym, po tamtej. Mogą wybrać tę, która po prostu więcej zapłaci. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, i że nie w grupie haktywistów i idealistów. Dotąd posługiwali się cyberatakami dla wyższego dobra. Jednak mogą pojawić się grupy wykonujące coś, co nazywamy crime as a service – przestępstwo jako usługę. Państwo może wynająć taką grupę do zaatakowania innego państwa.



Wojna wywołana przez Rosję to z jednej strony walące się budynki, śmierć, a równocześnie ostra walka o to, kto wygra w cyberprzestrzeni. Na razie głośno jest tylko o tym, co robią haktywiści.


– Są w cyberprzestrzeni trochę jak Robin Hood. Najczęściej atakują strony internetowe, przeciążają je. Po jakimś czasie strony są przywracane, po czym znów może nastąpić atak. To uciążliwe, bo ekspertów od bezpieczeństwa, którzy chronią zasoby jest zawsze mniej, niż tych, którzy atakują. Trochę trwa zorientowanie się, które luki zostały przez haktywistów wykorzystane, trzeba czasu, by uruchomić stronę po takim „incydencie”, po czym atakujący znajdują kolejne luki. Ich ataki są trudne do przewidzenia, nie wiadomo, kiedy uderzą i kim są – czy administratorami sieci, informatykami średniego szczebla, studentami czy super ekspertami od cyberbezpieczeństwa.



Po zhakowaniu publicznej telewizji w Rosji, zamiast antyukraińskiej propagandy, puszczali wiadomości z Ukrainy. W odwecie Rosja trafia pociskami w ukraińskie nadajniki. Nie umie, czy nie chce działać inaczej niż tylko niszcząc wszystko fizycznie?


– To, co robi Federacja Rosyjska pokazuje, jak ważna jest dla nich informacja. Przykłada ogromną wagę do propagandy. Podaje ją Rosjanom, chce podawać Ukraińcom. Niszcząc wieże telewizyjne czy radiowe, próbuje pozbawić ich dostępu do informacji. Na szczęście w Ukrainie można jeszcze czerpać wiadomości z innych źródeł. Jednak te działania Rosjan uświadamiają nam to, o czym być może niektórzy już zapomnieli: technologia, dzięki której dociera do nas informacja, ma wymiar fizyczny – jeżeli zniszczy się wieże telewizyjne czy maszty telefonii komórkowej, jeżeli przetnie się światłowód, będziemy bez dostępu do technologii, dzięki której możemy mieć dostęp do informacji. Dlatego tak ważne jest tzw. bezpieczeństwo cyber-fizyczne łączące te dwa aspekty.



Rosja, która bezwzględnie niszczy ukraińskie miasta i zabija ludzi, próbuje nam wcisnąć swoją propagandę, byśmy nie chcieli popierać Ukrainy. Już dzień po wybuchu wojny eksperci instytutu Badań Internetu i Mediów Społecznościowych informowali o intensywnych działaniach przynajmniej trzech zorganizowanych grup prowadzących dezinformację w polskich mediach społecznościowych – szacuje się, że ich działania objęły 2 mln kontaktów.


– To groźne i im dłużej będzie trwała wojna, tym te działania mogą się nasilać. Federacja Rosyjska ma w swojej doktrynie dezinformowanie, destabilizowanie, polaryzowanie wycelowane w inne państwa. Dotąd była w tym skuteczna. Można podejrzewać, że najpierw będą to robiły osoby współpracujące z Rosjanami, a później prawdopodobnie część osób „zarazi” się tym i będzie ochoczo przekazywać fake newsy dalej, inni będą to robić nieświadomie. Bardzo łatwo jest coś bezmyślnie zalajkować, ale rzadko widzimy później sprostowania czy przeprosiny. Zaangażuje się też niestety część polityków i doradców. Wśród nich są tacy, który podchwytują frazy podsuwane przez Rosjan. Trzeba będzie ogromnego wysiłku nie tylko dziennikarzy, agencji prasowych, ale też służb wyspecjalizowanych w zarządzaniu kryzysowym, by to odeprzeć.

Michał Choraś


Michał Choraś

Fot.: Fot. Ryszard Wszołek


*prof. Michał Choraś – pracuje na Wydziale Telekomunikacji, Informatyki i Elektrotechniki Politechniki Bydgoskiej, specjalizuje się w badaniach nad zastosowaniem sztucznej inteligencji do wykrywania ataków sieciowych i ujawniania fake newsów.


Czytaj też: Anonymous zaatakowali Putina. Gigantyczny wyciek danych



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.