Politics

Wojna w Ukrainie. Jarosław Kaczyński gra z Unią tak, jakby w Europie nic się nie zmieniło – Opinie



Z drugiej jednak strony mamy kolejne antyeuropejskie deklaracje Zbigniewa Ziobry, który nadal przedstawia Unię Europejską jako podstawowe zagrożenie dla polskiej suwerenności. Przede wszystkim mamy jednak najnowsze czwartkowe orzeczenie trybunału Przyłębskiej, czyli dawnego Trybunału Konstytucyjnego przejętego przez PiS ze złamaniem konstytucji i prawa, stwierdzające, że artykuł 6. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, gwarantujący Europejczykom (a więc także Polakom) prawo do niezależnego sądu jest niezgodny z polską konstytucją. Jak gorzko zauważyła profesor Ewa Łętowska w komentarzu dla portalu onet.pl, „to złowieszcze, że polski TK wydaje taki wyrok w tym samym dniu, w którym Rosja de facto wypowiada Europejską Konwencję Praw Człowieka”.


Nasi domorośli kremlinolodzy widzą w tej kakofonii potwierdzenie zaostrzającego się konfliktu pomiędzy Kaczyńskim i Ziobrą. Rozpisują się na temat „twardości” Ziobry, przeciwstawiając ją „pragmatyzmowi” Morawieckiego, Dworczyka i innych ludzi wykonujących polecenia Kaczyńskiego, którzy „zrozumieli nową sytuację, w jakiej znalazła się Polska”.


Prawda jest trochę inna. Faktycznie to Zbigniew Ziobro wystawił tę piłkę, składając do trybunału Przyłębskiej, jeszcze w listopadzie ubiegłego roku, a więc przed rozpoczęciem wojny na Ukrainie, wniosek o zbadanie zgodności Europejskiej Konwencji Praw Człowieka z polską konstytucją. Jednak to Kaczyński właśnie teraz, kiedy wojna przy polskiej granicy już się rozpoczęła, piłkę wystawioną mu przez Ziobrę przyjął i kopnął. Wniosek Ziobry rozpatrywali wyłącznie sędziowie posłani do trybunału Przyłębskiej przez PiS. Wśród nich Krystyna Pawłowicz i PiS-owski „dubler” Mariusz Muszyński (który zajął, m.in. w konsekwencji działań Andrzeja Dudy, miejsce legalnie wybranego sędziego TK). Przewodniczącym tego „składu” był Stanisław Piotrowicz. To zatem Kaczyński, który pociąga za sznurki wszystkich tych marionetek, zdecydował, aby w apogeum rzezi na Ukrainie, w momencie, kiedy Polska jest zagrożona i wyjątkowo potrzebuje unijnej pomocy, wysłać Brukseli kolejną deklarację wojny. Nasi kremlinolodzy powinni sobie przemyśleć ten przykład idealnej współpracy Kaczyńskiego (a więc także Morawieckiego, Dworczyka, Błaszczaka, Sasina…) i Ziobry. Powinni to przynajmniej zauważyć.


Także z wiarygodnością nowo odkrytej sympatii prezydenta Andrzeja Dudy dla Unii Europejskiej jest pewien problem. Z jednej strony wszyscy słyszeliśmy jego słowa przed Zgromadzeniem Narodowym, gdzie prezydent uznał, iż „dla Polski równie ważna jest obecność w NATO, jak i Unii Europejskiej (…) To fundamenty naszego bezpieczeństwa. To polska racja stanu”. Te słowa rzeczywiście bardzo się różnią od wcześniejszych pogardliwych antyunijnych deklaracji Dudy, adresowanych do najbardziej eurosceptycznej części prawicowego elektoratu, o którego sympatię prezydent bardzo długo próbował konkurować z Ziobrą.


Mamy też zapewnienia Andrzeja Dudy, że jego projekt kolejnej „reformy sądownictwa” pomoże zakończyć konflikt rządu Zjednoczonej Prawicy z UE.


Jednak poza słowami są także i czyny. Z drugiej bowiem strony mamy konkretne działania prezydenta, które jego prounijnym deklaracjom całkowicie przeczą. 3 i 8 marca, a więc już w czasie wojny na Ukrainie, Duda podpisał nominacje 184 sędziów sądów wszystkich szczebli, od sądów rejonowych i okręgowych po Naczelny Sąd Administracyjny i Sąd Najwyższy. Posłał tam kolejną porcję hejterów Ziobry i oportunistów Kaczyńskiego, których wskazała mu neo-KRS. W myśl polskiej konstytucji i polskiego prawa, w myśl zapisanej w polskiej konstytucji zasady niezawisłości sędziowskiej i trójpodziału władz, w myśl prawa europejskiego – neo-KRS, składająca się z politycznych żołnierzy rządzącej partii, jest nielegalna, a wskazani przez nią kandydaci, których nominował Duda, nie są w ogóle sędziami, nielegalne będą ich wszystkie wyroki.


W tym rozchwianiu widać zarówno realny problem władzy (konieczność dostosowania się do zmiany nastrojów części prawicowego elektoratu, otrzeźwionego wojną na wschodzie, wobec Unii i NATO), jak też próbę cynicznego wykorzystania wojny na Ukrainie. Dokładnie tak samo, jak Kaczyński i Morawiecki (co wiemy m.in. z maili Dworczyka) wykorzystywali epidemię koronawirusa, kryzys na granicy polsko-białoruskiej, czy sprowokowany przez Kaczyńskiego konflikt wokół aborcji.


Jarosław Kaczyński wciąż ma nadzieję, że wobec wojny na wchodzie „Unia się złamie”. I da mu pieniądze bez faktycznego zatrzymania procesu budowania przez niego w Polsce białoruskiego modelu sądownictwa. Ten cyniczny rachunek Kaczyńskiego i Morawieckiego wypowiedział – może nawet zbyt jawnie – rzecznik rządu Piotr Müller. W państwowym radiu zapewnił, że Bruksela odblokuje pieniądze jeszcze w tym miesiącu, „ze względu na wojnę i kryzys uchodźczy”. Jak powiedział Müller, „sytuacja jest nadzwyczajna zarówno dla całej Unii Europejskiej, jak i dla Polski i te stare spory, które wyglądają dziś jak dziecinna igraszka wobec tego, co się dzieje na Wschodzie są nikomu niepotrzebne”. W przypadku otrzymania unijnych pieniędzy Kaczyński ma zamiar rozpisać przedterminowe wybory w maju albo jesienią tego roku.


Jeśli jednak Bruksela nie „pęknie”, nie zadowoli się kosmetyczną zmianą nazwy Izby Dyscyplinarnej (co zakłada zarówno projekt Dudy, jak też pomysły Kaczyńskiego i Ziobry), ale nadal będzie oczekiwała faktycznego zatrzymania procesu niszczenia polskich sądów (przywrócenia KRS jako organu stojącego na straży niezawisłości sądów, przywrócenia sędziów ukaranych za niezależność wobec partii rządzącej), Kaczyński nie tylko nie będzie spierał się z Ziobrą o stosunek do Unii, ale sam użyje języka i metod Zbigniewa Ziobro. Pierwszym tego sygnałem było właśnie czwartkowe orzeczenie kontrolowanego przez Kaczyńskiego trybunału Przyłębskiej. Zostało ono ogłoszone dosłownie parę godzin po tym, jak Parlament Europejski potwierdził zasadę stosowania wobec krajów członkowskich Unii „mechanizmu warunkowości” (przestrzeganie praworządności jako warunek otrzymania unijnych środków zarówno z Funduszu Odbudowy, jak też z podstawowego budżetu UE).


Kaczyński uważa, że w sytuacji wojny, pozycja Unii Europejskiej (także w głowach Polaków) osłabnie na rzecz pozycji NATO. Unia Europejska jest stowarzyszeniem cywilnym, najlepiej sprawdzającym się w czasach pokoju. NATO jest stowarzyszeniem przede wszystkim wojskowym, lepiej reagującym na zagrożenia militarne. NATO jest także organizacją polityczną, ale w przypadku Sojuszu kryteria praworządności, praw człowieka czy wolności obywatelskich mają znaczenie odrobinę mniejsze, niż kryteria ściśle wojskowe. Dość przypomnieć, że w NATO jest Turcja, państwo pół-autorytarne, pół-fundamentalistyczne, które nie znalazłoby się dzisiaj w Unii Europejskiej. Kryterium przynależności do Sojuszu Północnoatlantyckiego jest obecność na terenie Turcji NATO-owskich i amerykańskich baz militarnych, żołnierzy, sprzętu.


Kaczyński marzy o takiej, wyłącznie „erdoganowskiej”, obecności Polski w strukturach Zachodu. Dostarczałaby mu ona legitymizacji, nie wiążąc w żaden sposób rąk w polityce wewnętrznej. Prezes PiS nie do końca rozumie prawdziwe zagrożenia wynikające z wojny w Ukrainie – ryzyko kryzysu uchodźczego, który może w Polskę uderzyć bardzo mocno, szczególnie bez pełnej współpracy i pomocy ze strony UE; ryzyko napięć wynikających ze stania się przez Polskę państwem frontowym nowej zimnej wojny, na którego terytorium toczyć się będzie destabilizująca polskie państwo i społeczeństwo wojna pomiędzy służbami Rosji i NATO, a także wojna pomiędzy niepodległościowcami z Ukrainy i agentami Putina. Tylko nie rozumiejąc faktycznego stopnia zagrożenia, Kaczyński może toczyć swoją wojenkę z UE tak, jakby po ataku Putina na Kijów nic się w Europie nie zmieniło.


Czytaj także: Idzie kryzys, którego rząd nie może po prostu przeczekać



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.