Politics

Wojna w Ukrainie. Z czym mierzy się człowiek, który ucieka przed wojną?



Yulia Lashchuk: „Pewnie sąsiad zaczął remont”.

– W Łucku huknęło o piątej nad ranem. Potem znowu i znowu. Przez chwilę rozważałam, czy Putin zaczął inwazję. Ale wydawało mi się to niemożliwe. Tu, na zachodzie kraju? Poza tym Rosjanie już nieraz grozili Ukrainie. I niemal zawsze kończyli na straszeniu. Zignorowałam więc te dziwne dźwięki.

Zaraz jednak rozbrzmiał telefon. Dzwonili rodzice. Mieszkali w tym samym mieście. Gdy ktoś kontaktuje się z panem o tak wczesnej porze, nie może pan spodziewać się niczego dobrego. Usłyszałam, że Rosja wtargnęła na terytorium naszego kraju. Że osiem kilometrów od mojego domu ostrzelano lotnisko. Ta wiadomość wyrwała mnie z półsnu. Natychmiast otrzeźwiałam. Jeszcze kilka minut temu próbowałam uciekać myślami, ale teraz już nie potrafiłam.

Nie wiem, jak opisać swoje uczucia. Bo ja się w pierwszych chwilach nie bałam. Czułam zdziwienie i szok. Strach pojawił się dopiero kilkadziesiąt minut później, gdy znajomi zaczęli wysyłać mi wiadomości typu: „Uciekaj z Ukrainy!”. A potem obejrzałam newsy w telewizji. Po nich poczułam nagły lęk. Szczególnie o rodziców.

– Ja miałam dom, który odziedziczyłam po babci. W razie nalotu mogłam schować się w jego piwnicy. A oni? Mieszkali w bloku. Otaczały go domki jednorodzinne, więc był najwyższy na osiedlu. No i rodzice żyli na dziewiątym piętrze. Gdyby Rosjanie chcieli strzelać do cywilów, już wie pan, jaki obraliby cel.

Najgorsze było to, że prawie nic ze sobą nie miałam. Ani śpiwora, ani latarki, które mogłabym zabrać do piwnicy. To dlatego, że od dziesięciu lat nie mieszkałam w Ukrainie. Żyłam w Polsce, a przez ostatnie dwa lata we Włoszech. Przed wojną przyjechałam do Łucka na wypoczynek. Chciałam odetchnąć od trudnego roku po koronawirusie i obronie doktoratu.

Od samego początku inwazji starałam się dbać o swoją psychikę. Mimo to odezwały się we mnie napady lękowe. Były nie do zniesienia.

– Miałam szczękościsk. Nie potrafiłam się skupić ani rozluźnić. Ciągle tylko jedna myśl: „Zaraz będzie nalot!”. Jeśli w ciągu dnia rozbrzmiewał alarm przeciwlotniczy, za każdym razem schodziłam do piwnicy. W nocy jednak robiłam to nieco rzadziej. Owszem, słyszałam o ludziach, którzy zamieszkali w schronach. Ale tam, proszę pana, nie da się żyć.

– Tak. Czekanie na kolejne spotkanie z nimi było bardzo trudne. Ale jeszcze trudniejsza okazała się nasza rozmowa na temat wyjazdu. Odbyliśmy ją w pośpiechu. Rodzice stwierdzili, że urodzili się w Ukrainie, tu mają dom i tu zostaną. Rozumiałam ich. Choć groziło im ryzyko śmierci, czuli wściekłość, że ktoś wszedł do ich państwa. Mnie zaś radzili wyjechać. Gdy to powiedzieli, pomyślałam o bezbronnych Ukraińcach wychodzących naprzeciwko rosyjskich czołgów. Nie potrafiłabym tak. Bałabym się. I według mnie strach to normalna reakcja. Każdy w podobnej sytuacji musi decydować sam. Stygmatyzacja kobiet, które wyjechały (a wcale nie uciekały od problemów do lepszego życia), jest formą przemocy psychologicznej. Przecież one trafiają do obcego kraju. To może być dla nich traumatycznym przeżyciem. Ale też dużą odpowiedzialnością, bo bez zdrowia psychicznego nie będą mogły działać długoterminowo i skutecznie. A ja chciałam pomagać moim rodakom, tylko że wspieranie ich ze schronu było niemożliwe.

Dlatego postanowiłam wyjechać. Nie zdążyłam nawet spakować się do walizki. Wszystko upchnęłam do malutkiego plecaka. Wrzuciłam do niego tyle rzeczy, jakbym miała jutro wrócić. Był trzeci albo czwarty dzień wojny. Przez ten zamęt już mi się pomieszały daty. Tata i jego kolega zaoferowali, że odwiozą mnie do samej granicy. Gdy przed wyjazdem patrzyłam na mamę, pomyślałam: „A jeśli nigdy się już nie zobaczymy?”.

– Przed przejściem ciągnął się korek samochodowy na dziesięć kilometrów (jak się później okazało – rozładował się dopiero po trzech dniach). Tata zadeklarował, że weźmie mój plecak i na piechotę pokonamy całą drogę. Mijaliśmy pary, matki z dziećmi i starsze osoby. Mijaliśmy też panią, która rozstawiła stolik na którymś odcinku trasy. Przyjechała tu rowerem z przygranicznej wsi. Wzięła ze sobą dwoje swoich dzieci i wodę w trzylitrowych słoikach. Robiła wszystkim herbatę, kanapki. Płakać mi się chciało od tej miłości, którą przytargała w słoikach.

Na dziewiątym kilometrze widziałam coraz więcej porzuconych rzeczy. Szczególnie walizek. Przypuszczałam, że matki i starsze osoby opadły tu z sił. Wyobraża pan sobie, aby tak długo wlec za sobą bagaż i porzucić go na ostatniej prostej? Przecież w nim znajdowało się czyjeś całe życie. Bez niego ludzie zostawali z tym, co mieli na sobie.

Po dotarciu do granicy – też kolejka. Początkowo nie chciałam, aby tata pokonywał ze mną całą trasę. Ale w trakcie pożegnania podziękowałam mu. Bo do przejścia ustawiła się kolejka na dziewięć godzin. Po połowie czasu zrobiło się ciemno i bardzo zimno. Panował taki ścisk, że nie mogłam zdjąć plecaka. Nie mogłam też wyjść do toalety. Inaczej straciłabym swoje miejsce.

Mimo braku snu od trzech dni natychmiast rzuciłam się do pomocy moim rodakom. Zajmuję się migracjami kobiet, dlatego radziłam im, aby nie od razu wnioskowały o azyl i poczekały na reakcję polskiego rządu. W razie potrzeby albo niebezpieczeństwa dałam im swój polski numer, ale też kontakty do Polaków. Miałam wtedy wrażenie, jakbym oglądała film. Że występuje w nim kobieta zaradna, pomocna, która ku zaskoczeniu jest mną.

Na przejściu ludzie mdleli. Kobiety płakały, bo rozstawały się z mężami. Dzieci również, bo ojcowie musieli wracać na wojnę. Niektórzy z nich nie mogli się z tym pogodzić. Awanturowali się ze strażnikami granicznymi. Pozostali zaczęli się denerwować na tych mężczyzn, bo opóźniali kolejkę. To było naprawdę emocjonalne miejsce. A ja miałam w nim tylko jeden cel: przetrwać.

– Po stronie ukraińskiej ktoś chwycił mnie za rękę. Po chwili zorientowałam się, że to kobieta. Poprowadziła mnie do samochodu. Stał tuż obok. Wsiadłyśmy i przejechałyśmy przez granicę. A tam czekał mój znajomy. Zabrał mnie do Warszawy. Byłam zszokowana normalnością w niej. Wczoraj widziałam wojnę, a kilkanaście godzin później jechałam tramwajem, w którym śmiali się ludzie. W pierwszej chwili nie rozumiałam ich. Czułam się jak kosmitka. Dręczyło mnie poczucie winy. Na przykład wtedy, gdy poszłam z koleżankami na kolację. „Spotykasz się ze znajomymi, a Ukraińcy walczą na wojnie” – obwiniałam się. Wyrzutów sumienia nie wyciszyło nawet to, że w Warszawie zaczęłam od razu wspierać organizacje dla uchodźców. Świadomie zapracowywałam się i nie odpoczywałam. Rozumiałam, że długo tak nie pociągnę, że muszę o siebie zadbać, nawet powtarzałam to innym Ukraińcom. Ale nie potrafiłam zapanować nad ciałem. Miało pierwszeństwo przed umysłem. Co dziwne, z dnia na dzień zaczęłam jeść mięso po dziesięciu latach wegetarianizmu. Wydawało mi się, że pomagało mi to rozładować agresję, którą miałam w sobie.

No i tak czwartego marca, w piątek wieczorem, doszłam do ściany. Padłam na łóżko. Obudziłam się po wielu godzinach. Sen pomógł mi się wyciszyć. Czasem jednak jeszcze reagowałam strachem na dźwięk samolotów. Gdy je słyszałam, powtarzałam sobie: „Uspokój się. Jesteś w Warszawie. Nic ci nie grozi. Samoloty latają z pasażerami, nie z bombami”.

– Już nie. Wróciłam do nich po dwóch tygodniach w Warszawie. W Polsce cieszył mnie widok miast w niebiesko-żółtych barwach. Obawiałam się, że we Włoszech tego nie będzie. I miałam rację. Na ulicach obserwowałam ludzi, którzy żyli swoim życiem. Wkurzałam się na nich. A może im zazdrościłam? Koniec końców tak bardzo nie chciałam na nich patrzeć, że pierwsze kilka dni przesiedziałam w domu. Tutaj o wojnie wiedzieli niby wszyscy, ale miała inny kontekst niż w Polsce. Nie było jej tyle w mediach, na ulicach, w rozmowach. Okazało się, że im dalej na zachód, tym dalej od jej tematu. A ja oglądałam wiadomości non stop. Traktowałam tę czynność jak obywatelski obowiązek. We Włoszech nadal miałam problemy ze spaniem. Wydawało mi się nawet, że sny zaczęły obciążać moje ciało. Po pobudce czułam, jakbym ważyła o kilka kilo więcej.

Trochę mi głupio mówić panu o tym wszystkim. Nie mam moralnego prawa, żeby wypowiadać się w imieniu ludzi, którzy zostali na wojnie. Nie chcę porównywać się do kogoś, kto przeżył ataki w Charkowie albo Mariupolu. Obawiam się jednak, że każdy z tej wojny wyjdzie z traumą.

– W połowie marca znowu ostrzelano lotnisko w Łucku. Z kolei pod koniec miesiąca rakieta spadła na bazę paliwową w mieście. Dopadło mnie wtedy jeszcze większe poczucie winy niż kiedykolwiek. Że ja tu, a rodzice tam. I że zostali sami. Na szczęście nic im się nie stało.

Wydaje mi się jednak, że mama i tata nie mówią mi nieraz wszystkiego. Prawdopodobnie dlatego, abym się nie martwiła. Nie chcą rozmawiać o traumatycznych wydarzeniach, które w różnym stopniu dotykają dziś wszystkich Ukraińców. Wypierają ten temat. Nie poddaję się i zachęcam ich do tego, żeby zadzwonili na infolinię z pomocą psychologiczną. „Nie ma takiej potrzeby” – słyszę w odpowiedzi. Próbuję więc wsłuchiwać się w każde ich słowo. Staram się wyłapać w nim jakąkolwiek zmianę nastroju. Staję się domowym psychologiem, a jeszcze pracuję na etat, jestem wolontariuszką i logistykiem rodzinnego życia. Niemal nie rozstaję się z telefonem. Co dzień piszę do mamy po kilka razy. Najpierw po przebudzeniu. Potem w okolicach południa i obiadu. A najważniejsza wiadomość nadchodzi wieczorem. Bo z rodzicami ustaliliśmy, że dni będą spędzać u siebie w bloku. Przed nocą mają jednak przenosić się do mojego domu z piwnicą.

– Właśnie nie wiem. Mamy dziewiętnastą. Jak tylko skończymy rozmawiać, natychmiast do nich napiszę. Inaczej nie zasnę.

(Po kilku dniach) – Gdy skończyłam z panem rozmawiać, zadzwoniła do mnie mama. Przekazała, że dotarli do mojego domu i są bezpieczni. Przy okazji powiedziała: „Nie obrazisz się, gdybym kupiła sobie jutro perfumy? Bo nadchodzi wiosna i człowiekowi chce się tak banalnych rzeczy. Wojna, nie wojna, ale potrzebuję normalności. Bo jak mówiła babcia: »Póki żyjemy, myślimy o rzeczach ziemskich«”.

Yulia Lashchuk – filozofka, menedżerka kultury, kulturoznawczyni, artystka i kuratorka. Badaczka migracji kobiet. W Polsce współpracowała z fundacją Nasz Wybór. Prowadziła Galerię Ukraińskiego Domu w Warszawie

Łukasz Pilip – reporter. Laureat Festiwalu Wrażliwego w kategorii twórca szczególnie wrażliwy i Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza. Autor książki „Podwórko bez trzepaka”, współautor książki „Porwany. 82 dni w rękach piratów”



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.