Politics

Wywiad z Krzysztofem Głuchowskim dyrektorem Teatru Słowackiego w Krakowie – Kultura




Gildia stwierdziła, że rozpoczęta procedura odwołania, to jawne łamanie Konstytucji.


– Sprawa dotyczy praw kardynalnych. W podobnym tonie wypowiada się Unia Teatrów Polskich Sedno ich oświadczenia odnosi się do pytania o sens sztuki. Co wolno, a czego nie wolno robić. To tragiczne, co dzieje się dziś w polu kultury.



W sprawie Słowackiego, rzecz rozbija się o „Dziady”. Prowadzony przez pana teatr miał otrzymać w tym roku od Ministerstwa Kultury trzy miliony złotych. Nie otrzymał. Po premierze nastała głucha cisza.


– Ministerstwo wycofało się w ostatniej chwili. W sytuacji pandemii i inflacji jest to niezwykle bolesne. Urząd marszałkowski też nie chce pomóc.



Co stoi na przeszkodzie?


– Ja, nie chcąc się podporządkować. Gdzie nie spojrzeć, „Dziady”.



Boją się Mickiewicza?


– Ten spektakl nie opowiada o konkretnej władzy. Mówi o jej mechanizmach. Z niego nikt nie wychodzi bez szwanku. Wszystkim się dostaje, każdy może się przejrzeć, ale konkretnej władzy tam nie ma. Przecież rządzący „Dziadów” Kleczewskiej nie widzieli. Ich reakcja jest podszyta lękiem.



Gdzie dziś jest polska kultura?


– Tam, gdzie panuje autocenzura i strach.


Ludzie zaczynają się bać utraty stanowisk. Ktoś ich do tego inspiruje. Jak pojawia się teatr, który się nie boi, to trzeba zrobić pokazówkę i odwołać dyrektora. To ostrzeżenie: nie ma zmiłuj. Jesteśmy w punkcie, z którego nie ma odwrotu.


Jeżeli pozwolimy, żeby urzędnicy-politycy decydowali o wolności słowa i niezależnej artystycznej wypowiedzi, która zagwarantowana jest w Konstytucji i ustawie o działalności kulturalnej, to wywrócimy świat do góry nogami. Przekroczymy granicę, utracimy wolność, wierność własnym przekonaniom. Staniemy się konformistami, przestaniemy być artystami, a w konsekwencji i obywatelami. To jest walka, ostatnia rubież.



To nie dzieje się od wczoraj. Stary Teatr, Teatr Polski, CSW, Zachęta…


– Tam działano zgodnie z procedurami. Dyrektor kończył kadencję albo nie wygrywał w konkursie. W Teatrze Słowackiego mamy do czynienia z próbą łamania ustawy o działalności kulturalnej i zerwaniem kontraktu w czasie trwania kadencji. Odwołać szefa instytucji w Polsce jest trudno, jest to możliwe w wyniku śmierci, przedłużającej się niezdolności do wykonywania pracy oraz naruszenia przepisów prawa. Żaden tu nie zachodzi.



Nie odpuścili.


– Wszczęli procedurę bez podstaw prawnych.



Powód?


– Naruszenie dobrego imienia teatru. Jest to zarzut niedorzeczny.



Jest to zarzut niebezpieczny, bo stwarza precedens. Ktoś kiedyś znów wyda opinię: „ten spektakl obraża dobre imię teatru. Zwalniamy dyrektora”. Poza prawem, ale na przykładzie krakowskim.


– Tyle, że od 19 listopada do teatru nie wpłynęła żadna skarga od widza, która mówiłaby o obrażaniu jego uczuć i zdecydowanym proteście przeciwko spektaklowi. Mamy za to piętnastominutową owację na stojąco, po każdym spektaklu. Jedyną skargę, na Twitterze zamieściła pani Barbara Nowak, po tym, jak nie zobaczyła „Dziadów”. Opierała się na opinii osób trzecich, które przekazywały wiele nieścisłości, wobec tego, co faktycznie miało miejsce w scenie. Poza tym, w jej dalszej wypowiedzi na temat tego, czego nie widziała w jakimś felietonie, było całe mnóstwo inwektyw, na czele z plugastwem i ideologicznym lewactwem. Była jeszcze skarga związków kombatanckich, która nastąpiła dzień po premierze. Oni również nie widzieli przedstawienia.



Przeciw czemu protestowali?


– Przeciw próbie wystawienia Mickiewicza w nowej interpretacji. Powinniśmy inscenizować „Dziady” jak Wyspiański w 1901 r. Problem w tym, że to też był spektakl obrazoburczy. W wypadku Kleczewskiej, nie ma skarg, więc nie ma powodów, cienia podstaw, przykładu.



Przed „Dziadami” nie był pan na cenzurowanym?


– Byłem. Raz po spektaklu pojawiła się błyskawica w geście solidarności pracowników teatru ze Strajkiem Kobiet. Przez rok nie miałem kontaktu z Marszałkiem. Nie reagował, obraza. Trafiłem na indeks. Po czasie stosunki poprawiły się. Wtedy nadeszły „Dziady”. Jestem dla nich trudnym dyrektorem.

Konferencja prasowa Krzysztofa Głuchowskiego, Teatr im. Juliusza Słowackiego, 17.02.2022, fot. Łukasz Gągulski


Konferencja prasowa Krzysztofa Głuchowskiego, Teatr im. Juliusza Słowackiego, 17.02.2022, fot. Łukasz Gągulski

Fot.: Łukasz Gągulski/PAP / PAP



Maria Peszek też trafiła na indeks.


– Marszałek Kozłowski kazał mi zdjąć ten koncert. Do głowy by mi nie przyszło, że są w tym kraju artyści zakazani. Powiedziałem, że to wykluczone, żeby występ gościnny miał się nie odbyć. Zresztą był już wyprzedany. Wybitna artystka nie może wystąpić w Krakowie, grając w innym miastach w Polsce. Jak ja mam to ludziom wytłumaczyć?



Na przykład: artystka nie zagra, bo śpiewa o pedofilii w Kościele.


– Tak, bo ten problem istnieje. Każdy ma prawo o tym mówić. Może być nieakceptowana, nie wszyscy muszą chodzić na jej koncerty, ale publiczność powinna mieć taką możliwość. Nie można odmawiać artyście dostępu do instytucji kultury. Nie powinniśmy nawet o tym rozmawiać. To jest zadziwiające, że schodzimy do poziomu, w którym rozmawiamy o klasyfikacji artystów, kto może wystąpić, a kto nie. Który jest prawomyślny, a kogo trzeba wstawić na czarną listę. Kto może dostać dotację, a kto się nie kwalifikuje, nie ze względu na jakość projektu, ale z powodu nazwiska i wyznawanych poglądów. Cały czas wracamy do punktu wyjścia.



Widzę to inaczej. Na przykładzie Marii Peszek rozmawiamy o tym, jak politycy recenzują sztukę.


– Recenzują, nie do końca wiedząc co. Niedowidzieli, niedosłyszeli. Ktoś powiedział, że to jest nieakceptowalne i teraz wszystkie urzędy będą to jak mantrę powtarzać. A jakby się ich zapytać, o czym śpiewa Marysia, to nie będą w stanie powiedzieć.



Oni są od finansowania kultury. Niech na tym się skupią.


– Parę osób, które jest akurat przy władzy w danym województwie, nie ma żadnych swoich pieniędzy, nie występuje w roli mecenasa sztuki. Oni mają nasze pieniądze. Nie są nawet zarządcami, jedynie organizatorami, jak jest to ujęte w ustawie. Ja nie jestem ich podwładnym, jestem dyrektorem niezależnej instytucji kultury. Podlegam przepisom, instancjom kontroli. Pan marszałek nie jest moim przełożonym. Nie może mi kazać czegoś zrobić lub nie. Na tym polega ustawa o działalności kulturalnej.



O tym nic nie ma w tej sprawie.


– Bo weszliśmy w pole cenzury.



Czego przez to nie zobaczymy w repertuarze „Słowaka”?


– Bez zmian odbędzie się w listopadzie pierwszy rap musical „1989” Katarzyny Szyngiery, o tym jak odzyskaliśmy niepodległość. Chcemy, żeby w czerwcu odbył się „Znachor” Kuby Roszkowskiego. Pozostałe rzeczy zostały przesunięte na drugą połowę tego roku i pierwszy kwartał 2023. Trwa zbiórka społeczna. Oprócz tego, teatr gra, nie odwołujemy spektakli, robimy zastępstwa, mamy wysoką frekwencję. To jest wszystko, co możemy zrobić: grać, jak najwięcej.



Pytanie, jak długo. „Dziady” po pana dymisji, pewnie zejdą z afisza.


– Tego się boję najbardziej. Nie tylko o „Dziady”, ale że w ogóle możemy zniknąć. To nie jest twierdzenie bezpodstawne. Mamy przykłady innych wspaniałych zespołów, które albo przestały istnieć albo zostały zepchnięte w takie miejsce, że nie odgrywają już takiej znaczącej roli, jak kiedyś.


Poza tym, wie pan, my od listopada jesteśmy permanentnie nękani. Staram się chronić pracowników przed tym, ale jestem nieustannie poddawany presji, że nie będę miał pieniędzy, że się mnie wyrzuci. Ciężko w takiej sytuacji nie zwariować.



Kto pana nęka?


– Ludzie, urząd. Nieustannie ktoś szuka nieprawidłowości. Z drugiej strony, nie ma decyzji, co do wsparcia finansowego, to jest bardzo trudne dla teatru, bo nie można niczego zaplanować w prowizorycznym budżecie, który bez przerwy jest zmieniany.


Do tego dochodzą pretensje, że aktorzy wychodzili do oklasków ze zdjęciami zaginionych w lesie na granicy dzieci uchodźców, jako wyraz solidarności z cierpiącymi i umierającymi ludźmi. Powinienem coś tym zrobić oczywiście – zakazać.


Nie wolno robić koncertu Marii Peszek. Co chwila, coś. Cały czas daje mi się do zrozumienia, że to ja jestem problemem. Jakby nie było mnie, to teatr miałby pieniądze, święty spokój, wszyscy dostaliby podwyżki. Tak wzbudza się we mnie poczucie winy. Nie skarżę się. Pyta pan, to mówię.



Andrzej Grabowski na konferencji prasowej mówi, że był świadkiem wielu zwolnień w tym teatrze i nigdy cały Zespół nie stał murem za dyrektorem. Widać to też po gestach solidarności, które spływają z całej Polski. Jak pan to odbiera?


– Jestem z tego dumny. W innych okolicznościach takie wotum zaufania byłoby czymś fantastycznym, dziś mam z tyłu głowy, że za tym kryje się jednak ostateczność i może być problem. To niesamowite, że zespół jest tak zintegrowany i tyle osiągnął. Mamy największe polskie archiwum teatralne na świecie i takiej sytuacji w nim nie ma. Czegoś takiego jeszcze nie było. To nie ma znaczenia. Po co słuchać ludzi kultury i sztuki, ludzi ciężko pracujących, rzemieślników teatru? My wiemy lepiej, jaki jest pan dyrektor.



Klątwa „Dziadów”? Dejmek, Zadara, teraz tu.


– W 1967 r. była taka sama sytuacja. W listopadzie premiera „Dziadów” w Teatrze Narodowym, afera, w marcu odwołanie spektaklu. Co było dalej, pamiętamy. Przedziwna analogia. Nie bardzo rozumiem, dlaczego władza dziś się w to pakuje. Po co zadzierać z Mickiewiczem? Walka z wieszczem to karkołomne zadanie. Mogą zrobić to siłowo, jak wtedy Gomułka, ale pamięć po ich czynach w podręcznikach zostanie.



Albo nie zostanie.


– Jeżeli zostawimy politykom wszystkie pola, łącznie z nauką, kulturą i sztuką, to tak. Oni z tym zrobią, co chcą. Wpiszą do książek te fakty, które im będą wygodne. Wierzę, że tak się nie stanie. Historia zawsze wraca. Bogate archiwum Teatru Słowackiego o tym mówi. Coś miało nie być w podręcznikach, coś miało być w podręcznikach, a i tak jest zupełnie na odwrót.



Jak będzie w pana przypadku?


– Trudno być optymistą, ale nic innego mi nie pozostaje, będąc odpowiedzialnym za ludzi tego Teatru. Wciąż mam nadzieję na pozytywne rozstrzygnięcie tej sprawy.


Czytaj też: „Każdy obraz staram się malować tak, jakbym nic nie wiedziała o malarstwie”



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close