Politics

Życie i twórczość Erny Rosenstein – Kultura



Zdaniem krytyczki Roberty Smith dzieła Rosenstein nadają surrealizmowi, realizmowi, asamblażowi a nawet bajkom nowe kształty. Umieściła ona wydarzenie w kategorii „kariera długoletnia”, można czytać „długodystansowa”, bo światowe uznanie przyszło do artystki omal dwie dekady po jej śmierci.


Erna Rosenstein przez całe lata płaciła wysoką cenę za swoje pochodzenie i poglądy. A była postacią epicką. Jej biografią można opowiedzieć o najtrudniejszych wyborach XX wieku, o marzeniach i zawiedzionych nadziejach poszukiwaczy, wyznawców i rozbitków.

 Wystawa „Once Upon a Time” w nowojorskiej galerii Hauser & Wirth


Wystawa „Once Upon a Time” w nowojorskiej galerii Hauser & Wirth

Fot.: materiały prasowe/ Hauser and Wirth



Burżuje i komunistka


Urodziła się 17 maja 1913 roku we Lwowie, ale jej rodzina szybko przeniosła się do Krakowa. Pochodziła z zamożnej żydowskiej rodziny kamieniczników. Jej ojciec był sędzią mianowanym za Franciszka Józefa. Od dzieciństwa rysowała, malowała i pisała, co nie jest bez znaczenia dla późniejszej poetyckiej drogi. Sama mówiła po latach, że matka miała niezrealizowane ambicje artystyczne, dlatego wspierała jej próby.


Miała wszystko. Ale dziewczynka uważnie przyglądająca się światu, widziała więcej. Po I wojnie światowej rozwarstwienie społeczeństwa odsłaniało przepaść między bogatymi a biednymi, między fabrykantami a robotnikami. Nie miała ochoty być królewną. Bawiła się na ulicy z innymi dziećmi, nie ze swojej sfery. Z czasem w Ernie budził się bunt. „Dostrzegałam zarówno w bliższym, jak i dalszym otoczeniu fałsz i obłudę. Bolała mnie krzywda ludzka. Zaczęłam szukać poważnych lektur. Czytałam gazety socjalistyczne, m.in. Naprzód”. Kolega z gimnazjum dał jej „kontakt” do organizacji. Komunizm był nielegalny, więc konspiracja podkręcała zaangażowanie. Erna wpadła w komunizm po uszy. Została mu wierna, do końca.


Adam Sandauer, syn Erny Rosenstein i Artura Sandauera: – Dlaczego pojechała na studia do Wiednia? Bo sędzia, dziadek Rosenstein, zorientował się jakie ma poglądy i czym zajmuje się matka. Chciał przeciąć wszystkie komunistyczne związki. Tymczasem komuniści mieli międzynarodowe kontakty i Erna kontynuowała bez trudu swoje działania i w Austrii. Brała udział w powstaniu lewicowym w Wiedniu.


W Wiedniu, choć uczyła się malarstwa, jej głowa rozpalona była polityką. Tylko przyłożyć zapałkę. Po powrocie z Wiednia studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i była związana ze środowiskiem Grupy Krakowskiej.



Odcięte głowy


Zaczęło się od książki Doroty Jareckiej i Barbary Piwowarskiej „Mogę powtarzać tylko nieświadomie” z 2014 r., będącej rezultatem wcześniejsze wystawy zorganizowanej przez Fundację Galerii Foksal. Autorki odczytały „Rosenstein” na nowo – przez jej poglądy polityczne i wojenną traumę. To ta książka zwróciła uwagę Alison M. Gingeras, która odwiedzając Adama Sandauera, z fascynacją oglądała obrazy jego matki.


Dziś już wiemy, że twórczość Erny Rosenstein kryje jej tajemnicę.


Anda Rottenberg: – Poznałam ją na przełomie lat 60. i 70., pracowałam w dziale realizacji wystaw w „Zachęcie”. Byłam wtedy tylko dziewczynką, która nosi obrazy. Kiedy później zaczęłam bywać na różnych konwentyklach u Henryka Stażewskiego, Włodka Borowskiego, Ireny Jarosińskiej, spotykałam ją, przychodziła zwykle z Arturem Sandauerem. Perlił się, a ona siedziała cichutko, wszyscy ją lubili, mówili do niej „Ela” [w czasie wojny przedstawiała się jako Elżbieta Nowak]. Ponieważ to był czas konceptualizmu, obrazy surrealizujące były passé. Dla mnie ona wtedy należała do innej epoki, początku Grupy Krakowskiej. Kantor robił happeningi, przedstawienia, sztuka wyszła poza malarstwo. Nie była znana z tych szaf, torebek, bombonierek i innych surrealistycznych przedmiotów drapieżnych, bo nie wychodziły z jej pracowni. Więc mówiliśmy, że Ela została w tamtej epoce i maluje te swoje gryzmolaki, sama je tak nazywała. W sytuacjach towarzyskich starała się być nie do końca zauważona, nigdy nie wychodziła na pierwszy plan. A przecież były kłótnie, ego artystów wychodziło na wierzch. Tymczasem Ela w kąciku przysłuchiwała się, z tym swoim półuśmiechem. Dziś myślę, że to było natręctwo związane z przeszłością wojenną, ona się tego nauczyła.


Adam Sandauer: – Zawsze znałem wojenne przeżycia i przeszłość matki. Wiedziałem, że się ukrywała, że na jej oczach zamordowano dziadków. Z czasem pojawiało się coraz więcej szczegółów. Tylko czy rzeczywiście znam tę historię w szczegółach? A może matka część zdarzeń wyparła ze świadomości? Ojciec ciągle powtarzał, żeby spisała tamte zdarzenia.


Po raz pierwszy o tym, co ją spotkało opowiedziała w 1992 roku Zenonie Macużance. Przy autoryzacji tekstu zostawiła komentarz: „To nie byłam ja. To mówił moimi ustami, zmuszając mnie do tego po śmierci, Artur Sandauer”.


Rok 1939 był pełen emocji. Najpierw po pierwszomajowej manifestacji trafiła na 48 godzin do aresztu. Na procesie za głoszenie antyfaszystowskich haseł reprezentował ją ojciec. Starszy brat wyjechał zagranicę. Pod koniec sierpnia Rosensteinowie wyjeżdżają do rodziny do Lwowa. Tam Erna poznaje Artura Sandauera.


Po utworzeniu lwowskiego getta, Rosensteinowie muszą się tam przeprowadzić. Erna znajduje zatrudnienie w Spółdzielni Rzemiosł Artystycznych, powstałej, aby dawać dowód pracy. „Najbardziej zagrożony był teraz mój ojciec, stary, schorowany, nigdzie nie zatrudniony”. Ilekroć ojciec słyszy, że będą łapanki, przechodzi na aryjską stronę i wynajmuje pokój na fałszywe nazwisko, cała rodzina ma fałszywe dokumenty. Któregoś razu postanawiają z matką do niego dołączyć. Wiosną 1942 roku przyjeżdżają do Warszawy. Zatrzymują się u sióstr zakonnych. Tam poznają człowieka, któremu można zaufać. Obiecuje przeprowadzić ich na wieś. W pociągu stoi odwrócony do okna, żeby nikt nie zapamiętał jego twarzy.


Było ciemno, kiedy kazał im wysiąść. Szli przez las. Rodzice byli schorowani, ledwo szli. Nagle matka wyszeptała do Erny: – Zobacz, odciął mi palec. Facet trzymał w ręku ostry nóż. Zachowywał się jakby wpadł w furię. Ojciec ukląkł i błagał, aby ich ocalił. Ten wciąż utrzymywał, że ma dla nich lokum. Kazał Ernie iść. Wrócą po rodziców, kiedy odnajdą kryjówkę. „Drogi były kręte, zarośla i drzewa. Po pewnym czasie zatrzymał się i powiedział: – Teraz będzie mały stosunek a potem ja wrócę po starych(…) Oglądał nóż, który słabo połyskiwał w świetle księżyca, chyba się wahał. Wreszcie, jakby na razie zmienił zdanie, związał mi ręce i nogi sznurem. Byłam porażona strachem. Bałam się sprowokować go do ostatecznego czynu. Szybko oddalił się, nakazując mi, abym cicho czekała. Natychmiast zaczęłam uwalniać ręce i nogi. Pomógł mi z pewnością fakt, że ręce miałam sprawne. Prędko ruszyłam w stronę torów kolejowych”. Ranna trafiła do szpitala. Przed jej salą stał policjant. Cudem, zawsze był cud, udało jej się zbiec.


Na jej powojennych obrazach pojawią się ucięte głowy rodziców. Pojawią się i pociąg i nóż.


W Warszawie Erna nieustannie zmienia adresy, czasem na jedną noc, czasem więcej. Raz po raz trafia na szmalcowników, udaje jej się nawet uciec z komisariatu, gdzie ma udowodnić swoją polską tożsamość. Chce być niewidzialna. Przypomina sobie zasadę jeszcze z czasów wiedeńskich – jeśli jest niebezpiecznie, uśmiechaj się, nie okazuj strachu.


Pewnej nocy śni jej się matka. Wskazuje na swoją krwawiącą, przeciętą szyję. – Tak mnie to boli – mówi. Przekonuje, że nie może tak dłużej żyć. – Chodź ze mną – prosi. Dusi córkę. Erna krzyczy: – Zostaw mnie, daj mi spróbować! Może się uratuję! Ten krzyk ją samą wybudził. Postanawia przeżyć.

Erna  Rosenstei, Świt (Portret ojca) z kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie, fot.  Paweł Czernicki, © The Estate of Erna Rosenstein / Adam Sandauer


Erna Rosenstei, Świt (Portret ojca) z kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie, fot. Paweł Czernicki, © The Estate of Erna Rosenstein / Adam Sandauer

Fot.: materiały prasowe/ Hauser and Wirth



Zaangażowany surrealizm


Mieszkała na Polnej, kiedy kończyło się Powstanie Warszawskie. Z trudem zdobywała coś do jedzenia. Z grupą warszawiaków wydostała się z miasta. Pamiętała, że w Częstochowie mieszka koleżanka ze studiów. Postanowiła ją odnaleźć.


Anda Rottenberg: – To jest bardzo ciekawe, że front zbliżał się od Wschodu, a ona zwiała do Częstochowy. I tam ją zastał koniec wojny. Czyli Rosjan też się bała. To są te tajemnice. Nikt z nią nie prowadził takich rozmów. Świadectwo złożyła dopiero Macużance.


„Szczególnie mocno odczułam sam moment zakończenia wojny. Ludzie wyszli na ulicę i cieszyli się razem. Obcy śmiali się, ściskali i całowali. Biły dzwony. Odczułam wtedy mocno swą samotność. Nie było wokół mnie nikogo bliskiego”.


Adam Sandauer: – Po wojnie wróciła do Krakowa i zamieszkała z ciotką Wandą, przy ul. Krasińskiego. Nie chciała nawet pójść do mieszkania przy Kremerowskiej 14, które zostawili zamknięte w 1939 roku. Po latach, mieszkali tam już zupełnie inni ludzie. Któregoś dnia Wanda zobaczyła w witrynie zakładu fotograficznego zdjęcia Rosensteinów. Okazało się, że fotograf zachował stare przedwojenne negatywy. Tak uratowały się przedwojenne zdjęcia Erny Rosenstein i dziadków. Przedmioty z dawnego mieszkania widziała kiedyś na bazarze, ale nie kupiła ich.


Poprzez Czerwony Krzyż próbuje odnaleźć brata. Bezskutecznie. Jego adres dostaje z Uniwersytetu w Londynie, gdzie przed wojną wykładał. Na zaproszenie brata wyjeżdża zagranicę. Brat matki, Paul Rosenstein-Rodan był jednym z twórców ekonomii rozwoju.


W Paryżu spotyka ponownie Artura Sandauera, jest już znanym krytykiem. Jak ona płomiennie zaangażowany.


Kiedy wracają do Polski, zaczyna obowiązywać socrealizm. Erna nie daje żadnego obrazu na ogólnopolską wystawę malarstwa socrealistycznego, chociaż każdy członek partii jest do tego zobowiązany. Na zebraniu egzekutywy wytyka, że póki co „partia myli się w sprawach sztuki. Być może to ja się mylę, pokaże to dopiero czas. Wtedy albo ja zmienię zdanie, albo też wy towarzysze je zmienicie”. – „To co, towarzyszka myśli może, że wróci Anders na białym koniu?”. Dostaje naganę.


Adam Sandauer: – Ponieważ ojciec występował publicznie przeciw socrealizmowi, wyrzucono go z pracy w redakcji „Odrodzenia”. Matka nie malowała i nie mogła wystawiać. Nie przelewało się nam wtedy, pomagała finansowo rodzina z zagranicy. Sytuacja zmieniła się dopiero w 56 roku, po „odwilży”. Matka chyba bezskutecznie próbowała połączyć własne malarstwo z tym, czego wymagała partia. Nawet gdy próbowała, wychodził i tak surrealizm, tyle że o podtekstach II wojny światowej, czy o podtekstach lewicowych. To są ciekawe i dobre obrazy. Ta twórczość nie była propagandowa i przekupna, jak socrealizm. W Muzeum Niepodległości jest obraz rowerzysty przyklejającego czerwoną ulotkę. Obraz ewidentnie surrealistyczny. Nazwałbym to zaangażowaniem surrealizmem.



Głowa w dół


W 1967 roku galeria Zachęta organizuje jej dużą retrospektywę, aż 217 powojennych prac, nowatorsko zaaranżowaną przez Tadeusza Kantora. Są na niej nie tylko obrazy, ale również przedmioty, które pod jej ręką stawały się dziełami sztuki, m.in. szafa, która po latach poleci na nowojorską wystawę. Zdania krytyków są podzielone. Jedni są zafascynowani „scenografią” Kantora, jaką stworzył z dzieł artystki, inni uważają, że stanął na drodze pomiędzy widzem a obrazem.


Adam Sandauer: – Wszyscy wyobrażają sobie dzisiaj, że to Kantor będąc kuratorem, tworzył pozycję Erny Rosenstein. To wynik obecnej, wielkiej międzynarodowej pozycji Kantora, którą rozpoczął sukces spektaklu „Kurka wodna” na festiwalu w Edynburgu w 1972 roku. W czasie, o którym mówimy, czyli w 1967 roku Kantorowi nie przelewało się. Dorabiał scenografiami. Podobnie jak Tadeusz, mama przyjaźniła się z Gizą Szancer, dyrektorką „Zachęty”. Wymyśliły, żeby zajął się aranżacją wystawy. Dla mamy ta wystawa miała podobne znaczenie jak każda inna.


Wystawa w Zachęcie mogła długo rezonować, przyczyniając się do wzmocnienia pozycji Erny Rosenstein w świecie sztuki. I zapewne tak by się stało, gdyby nie wydarzenia Marca 1968 roku, antysemityzm, który wybił jak szambo, i bolesny dla niej fakt, że szambo rozlała część jej partyjnych towarzyszy. To był przełom. Zaczęła pisać wiersze, były polityczne.


Adam Sandauer: – Brały się z obrzydzenia, że pod sztandarami, pod którymi szła całe życie, pojawiło się to, co było jej wrogie. Ojciec był na stypendium we Francji, nie chciał wracać. Ja nie chciałem z Polski emigrować. Uważałem, że trzeba walczyć o przyzwoitą Polskę. Prowadzono wobec mnie postępowanie karne o ulotki. Babka z Izraela, przekonała ojca, żeby wrócił. Matka emigrować też nie chciała, jej zdaniem należało przeciwstawiać się „Moczarowcom” tu, to znaczy na terenie Polski i partii. No i w końcu zostaliśmy, bo Polska była naszą ojczyzną. Nie przewidzieliśmy jednego, że nie będzie to ten sam kraj, co przed marcem 68. Że znaczna część naszych znajomych wyjedzie. Matka nie miała skłonności depresyjnych. Nie zamykała się w sobie. Tak się nie zachowują ludzie, którzy byli rewolucjonistami. Miała twardy charakter. Można było z nią dyskutować, ale nie dawała się ponosić emocjom. Chyba opanowania nauczyły ją ukrywanie się i przeżycia II wojny. Pozostała komunistką, ale z bardzo wielkim dystansem do partii. Tak jak stalinizm można było tłumaczyć błędami, wypaczeniami, z których się partia wycofała, tak już antysemityzmu i faszyzacji wytłumaczyć się nie dało.

Erna Rosenstein, „Księga wiecznej pamięci”, fot. Thomas Barratt,© The Estate of Erna Rosenstein / Adam Sandauer


Erna Rosenstein, „Księga wiecznej pamięci”, fot. Thomas Barratt,© The Estate of Erna Rosenstein / Adam Sandauer

Fot.: materiały prasowe/ Hauser and Wirth



Dom


Za siódmą ciszą


za spuszczeniem powiek


stoi dom.


Zamknęłam drzwi,


zaryglowałam okna,


aby nie wypłynęło morze,


aby nie wywaliło ścian


aby nie wyleciały korytarze szeptów.


Zamknęłam go na zawsze.


Słońce tam jeszcze rzuca paciorki luster,


biegną zajączki po dywanach,


śmiech porzucony –


– kołatka u drzwi…


Zamknęłam go na młot.


Twarde haki zatknęłam w pustkę.


Dyndają schody


głową w dół.


(Erna Rosenstein, z tomiku „Ślad”, Czytelnik, Warszawa 1972)


Anda Rottenberg: – W tym środowisku nie było śladu antysemityzmu, a ona z powrotem chciała wejść do szafy. To niezbywalna trauma. Nie można zacząć żyć inaczej, bo się wojna skończyła. Dziś patrzę na jej prace inaczej. Ważne, aby zestawiać jej malarstwo z wierszami. Ustawiło to mi jej twórczość w zupełnie innym porządku aksjologicznym, właśnie ze względu na biografię. Jest takie założenie, że po wojnie nie powinno się rozpatrywać twórczości bez kontekstu biograficznego.


W żadnym z mieszkań nie miała swojej pracowni. Ani na Iwickiej 8A, w słynnym domu pisarzy, ani w mieszkaniu przy ul. Karłowicza. Zawsze malowała w swoim pokoju, stąd często niewielki rozmiar jej prac, chyba że powstawały na plenerach lub kiedy wychodziła ze sztalugami na zewnątrz.


Z Adamem Sandauerem rozmawiam właśnie przy ul. Karłowicza. W pokoju matki już niewiele jej śladów. Są jej obrazy, pędzle, przedmioty, które lubiła, np. ręce wysuwające się przez kraty, jakby prosiły o pomoc czy uwolnienie. Kupiła je gdzieś. Na zdjęciach, jakie się zachowały, bezużyteczne przedmioty jak stare dzwonki do drzwi czy uszkodzony aparat telefoniczny, które podnosiła, aby ożywić, coś im dolepiając, domalowując, dodając. Kreowała tak swoje niewielkie a jednak niezamknięte granicami wyobraźni królestwo.


Słucham jej syna z coraz większym przejęciem. Opowiada świat od początku, który zna do końca świata Erny Rosenstein. Słuchając, przypominam sobie jej obraz z 1982 roku „Wieczność rodzi chwilę”.


Adam Sandauer: – Z mamą wywoływaliśmy czasem odbitki fotograficzne. Na wannie kładło się deskę, na niej kuwety, obok stał powiększalnik. To były moje pierwsze zdjęcia. Wieczorami grywaliśmy w karty, czasem w bierki.


W domu zawsze było jakieś zwierzę. Pierwsza była kotka Łatka. Opowiadano mi że to moja starsza siostra. I ona też chyba w to uwierzyła. Kiedyś gosposia chciała mi baty spuścić. Łatka skoczyła na nią, żeby mnie bronić. Była też suka Wrona. Mieszkała w szafie w pokoju matki. Broniła tej szafy, przed wszystkimi, poza matką. Nikt inny nie mógł się zbliżyć.


Kiedy siadaliśmy do posiłków, rodzice rozmawiali po francusku. Ambicją ojca było przekazanie mi biegłej znajomości francuskiego. Dla mnie była to męczarnia.


Ojciec poparł generała Jaruzelskiego i stan wojenny. Z jednej strony rodzice bali się, że wejdą Rosjanie, z drugiej, że staniemy się państwem kościelnym, gdzie spowiedź i rozgrzeszenie przejmą rolę samokrytyki partyjnej. W okresie pierwszej „Solidarności”, mieli jeszcze sporo sympatii dla autentycznego zrywu robotniczego, dla ruchu związkowego.


Wprowadzenie stanu wojennego zastało ojca we Włoszech. Wrócił, przy pierwszej okazji. Będąc za granicą, napisał artykuł o roli środowisk twórczych i o wykorzystywaniu kultury do propagandy politycznej.


Odmówiono mu publikacji w podziemiu. Wtedy zdecydował się przekazać tekst „Polityce”, wyłamując się z ogłoszonego przez podziemie, bojkotu oficjalnych mediów. Wtedy też dał się zaprosić do Narodowej Rady Kultury, instytucji popierającej gen. Jaruzelskiego.


Komuna się kończyła. Stary świat się walił. Rodzice byli przerażeni wizją dojścia do głosu wojującego katolicyzmu. Ojciec zaczął ciężko chorować. Miał cukrzycę, i wszyscy myśleli, że w jej wyniku doznał udaru mózgu. Trafił do szpitala na Bródnie, parę razy przyjeżdżała jego siostra z Izraela. Przekonywała ordynatora, żeby zrobił mu dokładniejsze badania mózgu. On wszystko tłumaczył cukrzycą i zmianami miażdżycowymi. W końcu przewieziono go do lecznicy rządowej, zrobiono tomografie. Okazało się, że to nie udar, a guz. Dotąd leczyli ojca środkami, które ułatwiały odżywianie i przyspieszały rozwój nowotworu. Trzy dni później zmarł. Zmarł na zakręcie historii. Trwały obrady Okrągłego Stołu. Byłem już po doktoracie. Zostałem wyrzucony z pracy.


Matka znalazła się na marginesie. Stefan Szydłowski miał małą galeryjkę i raz na jakiś czas organizował jej wystawy. Dom, w którym niegdyś było pełno ludzi, opustoszał. Pierwsi wyjechali po 68., inni po drodze umierali, z jeszcze innymi dzieliła ją różnica poglądów. Przychodzili nadal tylko nieliczni znajomi. Po śmierci ojca powstał obraz świeczki widocznej przez dziurkę od klucza. Była to dziurka w drzwiach pokoju ojca, obok był pokój matki. Teraz wszystko się załamało. Głaskała kota.


W ostatnich dwóch latach już nie malowała. Nie chciało jej się, nie mogła. Miała zmiany miażdżycowe. Wszystko ją bolało.


Przewróciła się na ulicy, koło sklepu, bo poszła na zakupy. Sąsiad zaalarmował mnie, że leży na ulicy i ma rozbity łuk brwiowy. Wezwałem pogotowie. Zabrano ją do szpitala. Myślałem, że tylko zrobią rentgen. Położyli ją jednak na obserwację, ale ona była niespokojna, wszystkim przeszkadzała. Zaczęli jej podawać leki uspakajające. Po kilku dniach wypisano ją już tak otumanioną, iż więcej nie wstawała z łóżka.


Nie pamiętam, żeby mówiła o malarstwie. Nie zajmowała się tym.


Nigdy nie uznawała obrazu za skończony, póki był na półkach, zawsze mogła do niego wrócić.


Trzymałem te obrazy nie po to, żeby je mieć, ale budować pozycję matki. Już to, co się stało, to bardzo dużo. W wyniku nowojorskiej wystawy, jej prace są dzisiaj w MOMA, w Centre Pompidou, w najlepszych galeriach świata. Jest sukces takiego wymiaru, o jaki sama się nie starała….


Brat matki, Paul Rosenstein-Rodan był jednym z twórców ekonomii rozwoju. Studiował w Wiedniu, w latach 30. wykładał w Londynie. Po wojnie przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, był dziekanem ekonomii na Boston University, wiceprezesem Banku Światowego, doradzał prezydentowi Kennedy’emu. Miał na tyle znaczącą pozycje, że gdyby mama tylko chciała, mógł pomóc jej zorganizować w Ameryce wystawy. W tamtych czasach wierzyliśmy, że świat tutaj jest równie ważny od ewentualnego sukcesu w USA. Zresztą wtedy dla nas raczej istotny był dorobek twórczy i pozycja, a nie kariery….


Tamten świat chyba ją nie interesował. Paweł był od matki starszy o dziesięć lat i była to różnica nie tylko kalendarzowa. On kształtował się przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę i stał się austriackim ekonomistą, urodzonym w Krakowie, matka jest polską malarką.


Wielkie wrażenie robią na mnie obrazy z pograniczna surrealizmu. Choćby chłopczyk z bębenkiem, w ruinach. Ruiny nie są realne. Ale chłopiec jest rzeczywisty. Czy kolumny jak kości… Czy rozumiem świat malarstwa swojej mamy? Nie. Ale czy ona sama go rozumiała?


Czytaj też: Tego wolelibyście nie znaleźć pod choinką… Najsłynniejsze kłopotliwe prezenty w literaturze



Source link

Leave a Reply

Your email address will not be published.

close